różne różności

z okazji Dnia Matki

w poprzednim wpisie pisałem o krótkowzroczności polityków i kandydatów na stanowiska publiczne. oto jeden z przykładów. profesor Magdalena Środa w jednym ze swoich genialnych felietonów opisuje, jak to jest fajnie być matką w Polsce. zresztą nie tylko matką, po prostu kobietą. felieton ów znajduje się tutaj.

przyznam się, że kiedy go czytałem, naprawdę zjeżyły mi się włosy na głowie. i ogarnęła mnie trwoga, że sprawy tak ważne dla swojej przyszłości państwo ma w głębokim poważaniu, nazywając rzecz delikatnie. przerażająca jest głupota i cynizm polityków, którzy w imię wyższych słupków w sondażach, przekonania o własnej nieomylności i wyższości własnych poglądów uważają, że wolno im forsować rozwiązania sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem, bezużyteczne i krzywdzące dla kobiet.

oczywiście politycy, jak większość ludzi, zakładają złą wolę adresatów tworzonego przez nich prawa. bo nieporównywalnie łatwiej tworzyć prawo oparte na zakazach, karach i abstrakcjach, niż prawo wspierające inicjatywy, pomagające i oparte na zdrowym rozsądku i konkretach.

na szczęście istnieje ktoś taki, jak profesor M. Środa, która przywraca nadzieję na to, że jednak istnieją w przestrzeni publicznej osoby, które stanowią obietnicę tworzenia dobrego prawa i tego, że głos oddany na nie w wyborach nie będzie głosem straconym, ale będzie dobrą inwestycją na najbliższą kadencję.

perypetie z Kościelną Komisją Majątkową

tutaj Katarzyna Wiśniewska wypowiada się w ostrych słowach na temat Kościelnej Komisji Majątkowej. zgadzam się z jej opinią w 100 %. uważam, że żadna grupa społeczna nie powinna być w faworyzowana, niezależnie od tego, czego to faworyzowanie miałoby dotyczyć. oczywiście wszyscy odróżniają faworyzowanie od emancypacji, prawda?

postawa Kościoła jest tym bardziej gorsząca, że często odzyskane ziemie/lokale sprzedaje z wielkim zyskiem, opierając się na zaniżonej wycenie, nie biorąc pod uwagę interesów społeczności lokalnej, która konkretną ziemię czy lokal wykorzystuje dla dobra wspólnego. i dopiero zajęcie się tą sprawą reporterów (najczęściej GW, ale nie tylko) powoduje zmianę decyzji, dotyczącej „odzyskania” albo przynajmniej odłożenie tej decyzji w czasie (vide: sprawa Ośrodka Pracy Twórczej w Wigrach, o której pisała GW tutaj i tutaj).

zwraca uwagę fakt pewnej obłudy i krótkowzroczności dotyczącej poglądów różnej maści kandydatów na stanowiska wybieralne. wszyscy trąbią o przejrzystości finansów, ograniczeniu korupcji i kolesiostwa – oczywiście dotyczy to tylko i wyłącznie tak zwanej sfery publicznej. żaden kandydat nie podniesie tego postulatu w odniesieniu do Kościoła katolickiego, który jest pewnego rodzaj państwem w państwie, niezależnym od nikogo. nikt nie podnosi takich postulatów z bardzo prostej przyczyny – łatwiej rządzić z poparciem lokalnego hierarchy kościelnego, choćby miał być nim proboszcz.

taka krótkowzroczność dotycząca notabene nie tylko tej kwestii, ale właściwie prawie wszystkich innych, związanych ze sferą publiczna, jest przerażająca. pod tym względem bardzo daleko nam do Europy, jeśli w ogóle można powiedzieć, że tam jesteśmy. horyzont najbliższych wyborów oraz przekonanie o własnej nieomylności i wymyślanie od nowa rozwiązań problemów, nad którymi już ktoś pracował oraz relatywna mimo wszystko słabość trzeciego sektora powodują, że Polska w UE jest postrzegana jako kraj nieudolny, nienowoczesny, archaicznie zarządzany i nieskuteczny. i nie dziwię się ludziom, którzy chcą stąd wyjechać, albo nie chcą tu wracać, jeśli już wyjechali.

EDIT:
tutaj jest przykład uległości radnych wobec Kościoła. smutne.

do urn, rodacy!

edytorial najnowszego Gościa Niedzielnego jest bardzo ciekawy (dostępny tutaj). i jak przeważnie z poglądami zamieszczonymi w GN się nie zgadzam, tak z tym tekstem zgadzam się całkowicie. mianowicie ks. Marek Gancarczyk pisze, konkludując swój wywód: „Krótko można powiedzieć tak: praktykujący katolik nie tylko grilluje, ale też głosuje. I na wójta, i na posła do Parlamentu Europejskiego.” można tylko powiedzieć: brawo, brawo, brawo!

w związku z tym apeluję: głosuj! jak chcesz, ale głosuj! w przeciwnym przypadku nie masz najmniejszego prawa do narzekania, bo nie zrobiłeś nic, by aktualny stan rzeczy zmienić.

kataryna, anonimowość i etyka dziennikarska

„Dziennik” to ścierwo.

tak uważałem od dawna, ale ostatnie wydarzenia dostarczyły mi pewności niezbitej. tak ostra opinia z mojej strony jest podyktowana ewidentnym naruszeniem standardów dziennikarskich, etyki dziennikarskiej, brakiem zwykłej przyzwoitości oraz stosowaniem szantażu. szczegółowe informacje wraz z odnośnikami znajdują się tutaj.

wygląda na to, że nie tylko GN uważa swoich czytelników za ludzi mało inteligentnych. „Dziennik” również. Cezary Michalski jako publicysta „Dziennika” zapewne czasem przegląda to, co piszą jego koledzy/koleżanki, a już na pewno artykuły dotyczące ważnych spraw, więc nie wierzę, że nie zajrzał do artykułu zamieszczonego tutaj. w takim razie publikując komentarz zamieszczony tutaj ma czytelników za ćwierćinteligentów, którzy w dodatku nie wiedzą, że komputer może służyć do wyszukiwania informacji.

ups, przepraszam. zapomniałbym o jednej istotnej sprawie. Michalski i jego koledzy/koleżanki z „Dziennika” są niestrudzonymi krzewicielami demokracji i piewcami przyzwoitości i w życiu publicznym. bo przecież przyklaskiwali idei IV RP, która według nich była samą doskonałością. to znaczy przyklaskiwali na początku, kiedy wydawało się, że bracia Kaczyńscy mają jakąś szansę urzeczywistnienia swoich chorych pomysłów. kiedy się okazało, że cały projekt się sypie, oklaski ze strony „Dziennika” trochę ucichły. a kiedy się sypnął całkiem, przestał ich popierać. stosowny tekst dotyczący postawy tychże tytanów myśli politycznej znajduje się tutaj.

tutaj natomiast znajduje się treść SMS-a, jakiego kataryna otrzymała od Sylwii Czubkowskiej, która napisała w „Dzienniku” artykuł o niej. szantaż tutaj stosowany budzi obrzydzenie, a tłumaczenie „to frustrujące wiedzieć i nie móc napisać” budzi politowanie. w takim razie mentalnie Sylwia Czubkowska jest najprawdopodobniej na poziomie dziecka które dostało cukierka, ale może go zjeść dopiero po obiedzie. no ale przecież tak bardzo chce… tylko go poliże… żałosne i żenujące.

nie wiem, jakimi kryteriami kierował się ten, kto S. Czubkowską zatrudnił w „Dzienniku”. a jeśli ma ukończone studia dziennikarskie, to chciałbym wiedzieć kto i dlaczego wystawił jej ocenę pozytywną z przedmiotu „Etyka dziennikarska”, „Prawo prasowe” czy pokrewnego. nie chcę nic sugerować, po prostu chętnie poznam odpowiedzi na oba pytania.

„Dziennik” dodatkowo pogrąża to, że „Fakt”, którym straszyła katarynę S. Czubkowska, stanowczo odcina się od całej sprawy – informacja wraz treścią komunikatu przesłanego do Gazety Wyborczej znajduje się tutaj. biorąc pod uwagę poziom merytoryczny materiałów zamieszczanych w „Fakcie” oraz typowy gazet tego formatu brak delikatności (że nazwę rzecz oględnie) musi zastanawiać chęć tak stanowczego odseparowania się od całej sprawy „Faktu”. wytłumaczeń zapewne jest dużo, mnie przychodzą do głowy takie:

  1. ta sprawa naprawdę nie leży w orbicie zainteresowań „Faktu”,
  2. „Dziennik” tą sprawą strzelił sobie nie tyle w stopę, co w brzuch i „Fakt” nie chce być jakkolwiek łączony po pierwsze z całą sprawą, po drugie z „Dziennikiem”,
  3. być może dziennikarze „Faktu” wbrew pozorom mają jakieś poczucie przyzwoitości, w przeciwieństwie do dziennikarzy „Dziennika”.

pikanterii dodaje fakt, że wydawcą zarówno „Dziennika”, jak i „Faktu” jest jeden koncern medialny.

ludzie, którzy podobnie jak C. Michalski oskarżają anonimowych blogerów o to, że tylko będąc anonimowymi potrafią być odważni oraz zarzucają im brak odpowiedzialności imieniem i nazwiskiem za napisane słowa nie biorą pod uwagę jednej rzeczy. mianowicie anonimowe publikowanie w internecie czy to komentarzy czy blogów, czy wreszcie artykułów zasadniczo różni się od publikowania dziennikarza znanego z imienia i nazwiska: dziennikarz otrzymuje wynagrodzenie za to, co napisze, natomiast użytkownik internetu nie otrzymuje nic. poza tym publikujący gdziekolwiek dziennikarz reprezentuje gazetę, czasopismo, wydawnictwo, portal czy inną formę życia medialnego, co siłą rzeczy wymusza zgodność z linią programową pracodawcy i ogranicza niezależność opinii. anonimowy użytkownik internetu reprezentuje tylko i wyłącznie siebie.

poza tym, jak słusznie pisze Igor Czajka tutaj, ktoś podpisujący to, co robi pseudonimem a nie nazwiskiem, pracuje od zera na swoją markę, która akurat w tym znaczeniu jest równoznaczna z nazwiskiem. przykład pierwszy z brzegu: Banksy. kogo obchodzi, jak się naprawdę nazywa? ważna jest jego sztuka. a to, że jest znany od początku dzięki swej twórczości jako Banksy, a nie przykładowy John Smith, to naprawdę drobiazg.

w tym sporze jestem całym sercem po stronie kataryny, niezależnie od jej poglądów.

parę słów o wolności twórczej

tutaj jest artykuł portalu feminoteka.pl dotyczący procesu Doroty Nieznalskiej o „obrazę uczuć religijnych”, na którą jakoby artystka naraziła dwoje ówczesnych posłów z ramienia LPR (Gertrudę Szumską i Roberta Strąka). mam szczerą nadzieję, że dla artystki ten koszmar się wreszcie skończy i że na kolejnej rozprawie, wyznaczonej na 4 czerwca 2009 r. usłyszy wyrok uniewinniający.

podstawową kwestią jest: kto się za co obraża i dlaczego (swoją drogą to dość pojemne określenie „obraza uczuć religijnych”, można pod to podciągnąć prawie wszystko), jednakże istotniejsze jest to, że proces od samego początku opierał się na nieobiektywnym newsie nadanym przez TVN, zawierającym informacje o dziele Doroty Nieznalskiej, którymi posłowie poczuli się obrażeni. swoją drogą to jakiś absurd opierać swoje oskarżenie na materiale wyemitowanym przez telewizję. widocznie ci posłowie są jak dzieci i wierzą w to, co się mówi w telewizji. to z kolei stawia pod dużym znakiem zapytania ich kwalifikacje do uprawiania polityki. oboje są z LPR, więc to może nieco tłumaczyć ich problem z racjonalnym podejściem do czegokolwiek.

chwała sędziemu, który, jak pisze feminoteka.pl: „zadał sobie trud zamówienia eksperckich opinii, sięgnął do materiałów źródłowych w sprawie, czyli 16 minutowego filmu, tzw. surówki, nakręconej przez operatora TVN 18 stycznia 2002 r.” skandaliczne jest to, że tak ważny dowód został odnaleziony dopiero w listopadzie zeszłego roku. we wspomnianym materiale filmowym (16 minutowym!): „dziennikarz TVN zadawał Dorocie Nieznalskiej rzeczowe pytania, artystka spokojnie tłumaczyła, na czym polega jej instalacja i jaka jest jej intencja. Dorota kilkakrotnie zapewniła, że instalacja „Pasja” nie odnosi się do uczuć religijnych i nie powinna nikogo obrażać.”

można sobie wyobrazić, jakiego newsa (który trwał zapewne 30 sekund? minutę? dwie minuty?) można zmontować z 16 minutowego materiału oraz co zostało z całego wywiadu po przemonotowaniu. zresztą wspomniany portal pisze, co zostało: „Telewizja wyeksponowała skandal i szokujące reakcje, wycięto merytoryczny opis pracy. W pierwszej instancji w 2003 r. została skazana za przysługujące jej konstytucyjne prawo do wolności twórczej.” tegoż prawa należy bronić do upadłego, inaczej grozi nam upadek kultury. inną sprawą jest wartość artystyczna dzieł „szokujących” i „obrażających”. wierzę, że niezależnie od tego typu upraszczających klasyfikacji, wartościowe dzieła same się obronią, a te kiepskie szybko zostaną zapomniane.

z tego co wiem, nikt nikogo nie zmusza do oglądania czegokolwiek w galeriach czy podobnych miejscach, do większości z nich wstęp jest biletowany, zawartość uznana za kontrowersyjną jest chyba przeważnie jakoś oznaczana i zapewne większość pracowników muezów czy galerii udzieli wyczerpujących informacji na temat tego, czy wystawa nadaje się do obejrzenia przez dzieci czy młodzież. w związku z tym możliwość narażenia kogoś na obrazę uczuć religijnych czy naruszenie dobrego smaku jest dość ściśle „reglamentowana”. innymi słowy: po prostu trzeba chcieć zostać obrażonym.

powoływanie się na opinię z drugiej czy trzeciej ręki i wypowiedzi typu: „nie widziałem, ale wiem” są niepoważne. a składanie doniesienia do prokuratury o podejrzeniu popełnienia przestępstwa na podstawie zmontowanego materiału telewizyjnego prowokuje pytanie o granice wolności sztuki oraz z drugiej strony o intencje i poczytalność składających tego typu doniesienia.

EDIT:
jak informuje feminoteka.pl w tym artykule, Dorota Nieznalska została uniewinniona.

zielona rewolucja Baracka Obamy

tutaj jest bardzo ciekawy artykuł na temat tego, co zamierza zrobić dla ekologii prezydent USA. zmiany są rewolucyjne, jak zresztą napisano we wstępie. Barack Obama jest chyba pierwszym prezydentem, który tak mocno angażuje się w sprawy związane ze środowiskiem. ciekaw jestem, jak na te zmiany (bo zakładam, że zostaną uchwalone przez Kongres) zareagują ekologowie, alterglobaliści i inni ludzie pozytywnie zakręceni na punkcie troski o naszą planetę.

mam wszelako nadzieję, że jest to pierwsza z wielu zmian, jakie Obama zamierza wprowadzić do sposobu funkcjonowania czy miejsca USA na arenie międzynarodowej, a które obiecał w swoim przemówieniu inauguracyjnym. funkcjonowanie Stanów jako kraju dla swoich obywateli interesuje mnie mniej, ponieważ jestem Polakiem, a nie obywatelem USA, wszelako jest też ważne ze względu na to, że kraj ten jest pewnym wzorcem kulturowym w dzisiejszym świecie. relatywnie więcej ludzi chce mieszkać w Stanach niż w innych krajach równie rozwiniętych cywilizacyjnie. o czymś to świadczy.

jak wspomniałem, nie jestem obywatelem USA, ale gdybym był, głosowałbym na Obamę, to nie ulega wątpliwości. mam nadzieję, że będzie on prawdziwym przywódcą na trudne czasy, jakiego potrzebują Amerykanie i cały świat. ktoś mógłby powiedzieć, że George W. Bush też rządził Stanami w trudnych czasach (atak na WTC, „wojna” z terroryzmem itp.), po pierwsze sam kreował te i inne problemy, aby móc je później rozwiązywać, albo używać w kampanii wyborczej, a po drugie: Boże uchowaj przed kolejnym takim prezydentem USA. tak naprawdę prezydenturę Obamy można będzie zacząć oceniać najwcześniej w listopadzie (po roku jego rządów), ale po tym choćby posunięciu widać, że chyba idzie ku lepszemu.

o mężach stanu (nieistniejących)

alex2001 pisze tutaj o deficycie mężów stanu. jeśli przyjąć jego definicję, trudno się z jego argumentami nie zgodzić. oczywiście, jeśli przyjąć definicję na przykład z wikipedii, to paru mężów stanu mieliśmy w naszym kraju. jednakże istotniejsza jest jedna z kolejnych notek alexa2001, zamieszczona tutaj. takie małe political fiction z cyklu: co było było, gdyby…? w tym przypadku: gdyby Karol Wojtyła nie został papieżem, tylko politykiem.

nie mam wystarczającej wiedzy, by w pełni ocenić dorobek Jana Pawła II, ale z wieloma wątkami poruszonymi w przywołanej notce trudno się nie zgodzić. oczywiście znam przysłowie, które mówi „o zmarłych dobrze, albo wcale”, wszelako nie mam na celu zmieszania dorobku Jana Pawła II z błotem. nie, chodzi mi o trochę bardziej obiektywne spojrzenie, niż prezentowane w Polsce podejście z czcią nabożną i nieomal na klęczkach, bo to przecież papież-Polak. symptomatycznie pisze alex2001: Dla nas był wyjątkowy, przyciągał tłumy, bo był człowiekiem sukcesu. Znanym na świecie Polakiem, co samo w sobie jest tak rzadkie, że nie można się tym nie zachwycać. Leczył nasze kompleksy. Gdyby Polak został nagle prezydentem USA wielbilibyśmy go podobnie.” coś jest na rzeczy, bo jakoś nie słyszałem równie strzelistych zachwytów nad Benedyktem XVI i jego pontyfikatem.

nie będę szczegółowo oceniał stosowania nauczania Karola Wojtyły w polskim Kościele, bo trudno tak naprawdę to ocenić, poza tym nie zajmuję się tą tematyką, ale chyba jest z tym cienko. abstrahuję w tym momencie od wartości teologicznej nauczania papieża, bo się na tym nie znam. mam na myśli kontrast między ciągłym powoływaniem się wszystkich na Jana Pawła II i jego nauki, a zastosowaniem tego w życiu codziennym czy funkcjonowaniu społeczno-politycznym.