sterylizacja w majestacie prawa
tutaj Gazeta Wyborcza pisze na temat bulwersującego zdarzenia, które absolutnie nie powinno mieć miejsca w cywilizowanym kraju. chodzi mianowicie o wysterylizowanie bez pytania o zgodę kobiety, która urodziła dziecko. ową kobietą jest Wioleta Woźna, mama małej Róży, odebranej jej decyzją sędzi Jolanty Biniak, o czym mowa tutaj.
oburzające jest, że pomimo nielegalności zabiegu sterylizacji w Polsce (z wyjątkiem bezpośredniego zagrożenia życia), został on przeprowadzony w państwowym szpitalu bez pytania pacjentki o zgodę. tłumaczenie które przedstawia Elżbieta Nosek (zastępca ordynatora oddziału położniczego), gdzie odebrano poród, urąga zdrowemu rozsądkowi i stawia pytanie o kompetencje lekarza opiekującego się panią Wioletą: „Macica była uszkodzona, przy następnym porodzie mogłaby pęknąć (…) Nie mogliśmy zapytać pacjentki o zgodę. Była uśpiona. Trzeba by ją wybudzić z narkozy. Narazilibyśmy ją na kolejną operację.” z całym szacunkiem, ale chyba lepiej narazić kogoś na kolejną operację, niż podejmować tak ryzykowną moralnie decyzję, w dodatku podpadającą pod kodeks karny. nawet jeśli lekarz jest przekonany o swojej racji, nie ma prawa zrobić czegoś takiego, w dodatku będącego czymś nieodwracalnym.
skoro lekarz przewidywał, że podczas porodu może dojść do komplikacji czy powikłań, powinien mieć na tyle refleksu, zdrowego rozsądku czy zdolności przewidywania, aby poinformować rodzącą kobietę o tym, co w przyszłości może mieć miejsce, jeśli coś pójdzie nie tak. oczywiście powinien uzyskać jej pisemną zgodę na przeprowadzenie ewentualnych dodatkowych działań medycznych, gdy będzie pozbawiona świadomości (pod wpływem narkozy). niedopełnienie tego obowiązku stawia pod znakiem zapytania prawo do wykonywania zawodu przez lekarza, który odbierał poród. jak wspomniałem wcześniej – wystarczy zdrowy rozsądek i zdolność przewidywania, nie potrzeba doktoratu czy Bóg wie jakiego doświadczenia w zawodzie.
Ewa Wieczorek pisze tutaj o pewnej postawie, która niestety chyba nie jest aż taka rzadka w Polsce. ja do jej słów „Mam mdlącą pewność, że stoi za tym pogardliwa protekcjonalność wobec kogoś biednego, niewykształconego, ze wsi.” dodałbym jeszcze słowa „wobec kobiety”. kłania się tutaj kwestia, dla której między innymi został zorganizowany Kongres Kobiet Polskich w czerwcu 2009: kobiety są w Polsce traktowane jako obywatele drugiej kategorii, ich zdanie się nie liczy, a ich potrzeby i problemy są pomijane. w takiej sytuacji trudno nie być feministą i nie dążyć do zmiany aktualnego stanu rzeczy.
aby zostać dobrze zrozumianym: popieram stosowanie antykoncepcji i świadomą refleksję nad tym, czy daną parę będzie stać na to, aby utrzymać siebie i dziecko i zapewnić mu godne warunki do wejścia w dorosłe życie. jednakże jeśli według opinii sąsiadów, proboszcza i rzecznika praw dziecka w rodzinie pani Wiolety na dzień obecny wszystko się układa, to nie ma potrzeby odbierać jej nowonarodzonego dziecka.
jestem również przeciwny wyciąganiu ręki do państwa po nienależną pomoc i zwykłemu wykorzystywaniu ludzkiej dobroci. jednakże jeśli pani Wioleta o ojciec jej dzieci byliby darmozjadami, ich sąsiedzi (znając polską bezinteresowną zawiść) pierwsi poinformowaliby o tym fakcie wszystkich i narobili rabanu. to, że żyje się w biedzie, nie oznacza, że nie jest się w stanie wychować dziecka. zresztą bieda różni się od nędzy, która to uniemożliwia.
niezależnie od tego, co się myśli na temat poziomu intelektualnego i zaradności życiowej pani Wiolety, nic nie usprawiedliwia takiego postępowania, jakiego jesteśmy świadkami. nikt nie ma prawa traktować jej jako kogoś gorszego, nad kim można mieć przewagę i wykorzystywać ją w tak wstrętny sposób.
pozostaje mieć nadzieję, że listy czytelników w obronie pani Wiolety zamieszczone tutaj odzwierciedlają poglądy tak zwanych zwykłych ludzi i że jest ich więcej niż ludzi popierających decyzję sądu i lekarzy. mam także nadzieję, że opinia profesora Marka Safjana zamieszczona tutaj wyraża zdanie ludzi, którzy są w Polsce odpowiedzialni za stanowienie prawa.
w przeciwnym wypadku wolę nie pisać, co myślę o niektórych rodakach…
pokrętna logika Tomasza W.
tutaj pisałem o artykule Jana Smoleńskiego zamieszczonym na stronie Krytyki Politycznej. pan Tomasz Wiścicki również odniósł się do tego artykułu w tym miejscu. jednak zaprezentowane przez niego argumenty kompletnie nie przekonują. co więcej, autor przeinacza wypowiedzi i fakty.
czyni to między innymi w taki sposób:
- „Specjaliści”, także z zagranicy, na podstawie „naukowych badań” domagają się, by zasadniczym celem kuracji narkomanów nie była abstynencja, podobno utopijna, ale zastąpienie dotąd zażywanych narkotyków innymi, mniej groźnymi w skutkach.” – absolutna nieprawda. nikt nie mówi o zastępowaniu jednych narkotyków innymi. z logicznego punktu widzenia to nie ma sensu. natomiast wypowiedzi różnych ludzi, reportaże, opisy mówią o jednej rzeczy: jeśli niemożliwym jest kuracja abstynencyjna (a w przypadku niektórych ludzi ona zwyczajnie nie działa), to może lepsze skutki będzie miała kuracja substytucyjna, umożliwiająca uzależnionym normalne funkcjonowanie i powrót do społeczeństwa. tenże powrót do społeczeństwa ma bardzo wymierne skutki: uzależniony podejmuje pracę i płaci podatki, że ograniczę się do najbardziej jaskrawych korzyści,
- „Z jakichś powodów ci, którzy uważają, że Polaków (narkopolaków?) trzeba reedukować, uznali, że nadszedł czas na zmianę naszego stosunku do narkotyków. Wszystkie ich działania mają wspólny cel: chodzi o kulturową legitymizację narkotyków, o zdjęcie z nich odium zjawiska z istoty złego, które należy zwalczać wszelkimi dostępnymi sposobami.” – z tego, co udało mi się zrozumieć, to wspomnianym „edukatorom” chodzi przede wszystkim o zmianę myślenia dotyczącą osób uzależnionych i zdjęcie z nich (a nie z narkotyków!) odium społecznego wykluczającego ich poza margines,
- „Naszym edukatorom chodzi o to, byśmy już nie walczyli z narkotykami jako takimi, ale z ich nadużywaniem, niewłaściwym używaniem itp. – tak samo jak np. w przypadku alkoholu.” – nie da się ukryć, że narkotyki same w sobie, podobnie jak alkohol i inne używki, nie są złe. złe jest ich nadużywanie, złe są skutki i koszty społeczne tego nadużywania, zła jest wreszcie niewiedza na temat uzależnień, w tym narkomanii.
- „Oczywiście nikt przy zdrowych zmysłach nie powie, że kto raz zapali marihuanę, skończy jako nieuleczalny heroinista. Prawdopodobieństwo takiego ponurego obrotu rzeczy rośnie jednak przez samo (auto) przyzwolenie dla narkotyków – jeśli nie zaczniemy łagodnie, trudno sobie wyobrazić, byśmy od razu sięgnęli po środki najmocniejsze. Takie są zresztą wyniki badań.” – przepraszam bardzo: jakich badań? użycie w artykule podobnego sformułowania bez jakichkolwiek źródeł, nawet niechby niekoniecznie aktualnych, moim zdaniem dyskwalifikuje autora jako osobę mało profesjonalną,
- „Zupełnie nie rozumiem więc logiki, zgodnie z którą, jeśli chcemy rozwiązać poważny problem społeczny (bo nawet nasi narkotyczni edukatorzy przyznają, że tzw. twarde narkotyki takim problemem są), to powinniśmy przyzwolić nań w formie łagodniejszej.” – pierwsze słyszę, żeby ktoś coś podobnego proponował. słyszałem natomiast o propozycji niekarania za posiadanie niewielkiej ilości narkotyków na własny użytek. co w połączeniu z sensowną edukacją i zwiększeniem kar dla handlarzy dałoby lepsze efekty, moim skromnym zdaniem.
- „Subtelne rozróżnienia łatwo jest zresztą czynić w tekście publicystycznym. Kiedy jednak nastolatek, który miał fajny odjazd po kolorowej pastylce, dowie się od dilera, że po białym proszku będzie miał jeszcze fajniejszy, to dlaczego miałby z niego zrezygnować? Bo jakiś publicysta uznał, że tamto było miękkie, czyli nieszkodliwe, a to jest twarde, więc groźne?” – niewątpliwie nastolatek chcący próbujący narkotyków będzie się kierował opiniami publicystów… gratuluję panu Tomaszowi kontaktu z rzeczywistością, serio. choć możliwe, że że pan Tomasz nie słyszał o programach edukacyjnych, więc właściwie niepotrzebnie się czepiam…
po stylu, w jaki napisany jest artykuł wnoszę, że pan Wiścicki, podobnie jak panowie Terlikowski i Pospieszalski, najlepiej się czuje przemawiając z pozycji Wszystkowiedzącego-Żadną-Słabością-Nie-Dotkniętego. szkoda tylko, że taka postawa jest wyjątkowo mało przekonująca.
P. S.
Tomasz Piątek na łamach tutaj polemizuje z artykułem Tomasza Wiścickiego. wygląda na to, że pisaliśmy swoje wpisy w tym samym czasie, ale jego wpis został wcześniej opublikowany, w związku z czym zbieżność tytułów jest przypadkowa. tak czy owak zachęcam do przeczytania.
jak w Polsce szanuje się prawo
tutaj jest wzmianka o tym, jak w Polsce szanuje się prawo. przykład jeden z wielu oczywiście. ale jest tym boleśniejszy, że idzie z góry: osoba, o której pisze rp.pl, jest synem ministra sprawiedliwości.
trudno w tym momencie mieć pretensje do pana ministra dotyczące wychowania syna, bo pan Krzysztof jest osobą dorosłą, odpowiedzialną za siebie i powinien wiedzieć, jak się należy zachowywać w pewnych sytuacjach, zwłaszcza podczas piastowania przez jego ojca tak ważnego urzędu. ale najwidoczniej pan Krzysztof nie zna powiedzenia o żonie Cezara. a jeśli zna, to ma je w głębokim poważaniu.
inną kwestią jest samo fakt nieregulowania należności. jest to rzecz skandaliczna i powinna być piętnowana gdzie tylko można. im więcej ludzi nie płaci należności, tym mniejsze jest zaufanie społeczne i biznesowe, co się przekłada na spadek ilości Polaków robiących interesy z innymi Polakami. a jeśli już je robią, to zabezpieczają się na przysłowiową „dziesiątą stronę”, żeby mieć pewność, że na danym interesie nie stracą.
smutne, ale w Polsce kultura robienia interesów czy nazywając rzecz bardziej naukowo – etyka biznesu stoi na bardzo niskim poziomie. i między innymi to jest jeden z gorszych „spadków” po poprzednim systemie.
edukacja seksualna w Polsce: nie jest lepiej. przykład: Łódź
nieoceniona feminoteka.pl informuje tutaj o kuriozalnej inicjatywie „edukacyjnej” dotyczącej projektu „Wychowanie do abstynencji”, który od września będzie prawdopodobnie nauczany jako przedmiot w łódzkich szkołach.
celowo napisałem „kuriozalnej”, bo o ile zgadzam się z tym, że podejmowanie współżycia seksualnego przez młodzież nie powinno z różnych względów następować zbyt wcześnie, to równocześnie uważam, że należy respektować to, że młodzież jednak współżycie podejmuje i należy jej przekazać pełną i rzetelną wiedzę na temat „co to jest seks i czym to się je”.
tego typu inicjatywy, jak wyżej wspomniana, choć zapewne oparte na dobrych chęciach, charakteryzują się jednakowoż nieznajomością młodzieży i pobudek, którymi się kierują młodzi ludzie. jedną z nich jest przekora. oczywiście nie twierdzę, że cała młodzież bez wyjątku za punkt honoru stawia sobie sprzeciwianie się rodzicom i wychowawcom. co nie umniejsza potrzeby przekazywania kompleksowej i rzetelnej wiedzy dotyczącej tematów, z którymi młody człowiek może się zetknąć, przede wszystkim zaś zagrożeń i konsekwencji związanych z takim czy innym postępowaniem.
uprzedzając możliwe sprzeciwy co do mojego wywodu, bazujące na wypowiedziach różnych osób: nie wydaje mi się, żeby przekazywanie informacji było zachęcaniem do czegokolwiek. oczywiście wszystko zależy od tego, kto i w jaki sposób tą wiedzę przekazuje. ale skłaniałbym się tutaj ku zasadzie: lepiej zapobiegać niż leczyć.
można się zastanawiać, czy przyswojenie tak podstawowej wiedzy, jaką powyżej przywołałem, wymaga jakichś szczególnych kwalifikacji umysłowych. moim zdaniem: nie wymaga. więc tym bardziej dziwi postawa różnej maści specjalistów od wychowania młodzieży.
myślę, że najlepiej wypowiedziała się w tym dyskusji na forum na ten temat Aldi: „Takie zajęcia mają EDUKOWAĆ, pokazują przede wszystkim, że seks jest czymś normalnym, naturalnym, a jego efekty mogą być przeróżne…
Lepiej pokazać wszystkie ZA i PRZECIW, uwrażliwiać młodych ludzi, zaufać im i zdać się na ich decyzje (które i tak podejmą!), niż przekonywać tylko do abstynencji. Jeśli pokazuje się jedyną słuszną drogę zbuntują się przeciw temu.” nic dodać, nic ująć.