różne różności

o kapłaństwie kobiet czyli Bolanda wita

spółka autorska Jarosław Makowski & Kazimierz Bem opublikowała w Rzeczypospolitej ciekawy artykuł pod tytułem Matki, żony, pastorki, w którym opisywany jest problem kapłaństwa kobiet i stosunku do tego postulatu w Polsce. ów stosunek najlepiej wyraził prymas Józef Glemp mówiąc, że „powołaniem kobiety nie jest kapłaństwo, ale jedynie bycie matką kapłana”. doskonale to współgra z wizją polskich prawicowych polityków i publicystów (przeważnie mężczyzn), wedle których powołaniem kobiety jest rodzenie dzieci, czyli obywateli państwa polskiego. jak niesłychanie zubażająca jest to interpretacja, nie trzeba nikogo przekonywać. choć z drugiej strony niektóre kobiety również wyznają taką wizję siebie, na przykład te związane  z seminarium naukowym kobieta21 i publikujące tutaj.

autorzy artykułu słusznie konstatują, że problem ordynacji kobiet nie jest tylko problemem Kościoła katolickiego, ale również Kościołów protestanckich w Polsce. przy czym jeśli chodzi o katolików, to papież Jan Paweł II wyraził zdecydowany sprzeciw tej idei, a papież Benedykt XVI go tylko podtrzymał. w związku z czym w ogóle rozpoczęcia jakiejkolwiek dyskusji na temat ordynacji kobiet w Kościele katolickim można się spodziewać najwcześniej za pontyfikatu następnego papieża, jeśli nie później. natomiast w przypadku protestantów istnieją tylko (?) „bariery socjologiczne”, które uniemożliwiają ordynację kobiet. problem w tym, że owe bariery można pokonać tylko robiąc coś, co wcześniej wydawało się nie do pomyślenia.

przypomnę, że kiedyś nikt nie wyobrażał sobie kobiety chodzącej w spodniach, pracującej zawodowo czy będącej szefem międzynarodowej korporacji itd., a jednak we wszystkich wymienionych przeze mnie przypadkach i wielu innych znalazła się pierwsza odważna, która udowodniła, że jednak można i da się. warto iść tym tropem, bo tylko w analogiczny sposób ludzie przyzwyczają się do kobiety sprawującej Nabożeństwo Wieczerzy Pańskiej w Kościele protestanckim. oczywiście by nie skończyło się to kolejnym poddaństwem kobiet, konieczne jest także ordynowanie kobiet na biskupów.

wydaje się właściwie nie do pomyślenia, by o sprawach związanych z rolą i miejscem kobiety w Kościele, a dotyczących  wbrew pozorom zarówno mężczyzn, jak i kobiet, decydowali tylko mężczyźni. niestety aktualnie sytuacja tak właśnie wygląda w Polsce. zdanie nielicznych kobiet będących członkiniami różnych gremiów kościelnych albo nie jest brane pod uwagę, albo jest przegłosowywane. a przecież kobiety mogłyby Kościół tyle nauczyć, jeśliby im pozwolono na to. ale mężczyźni uważają zdanie kobiet za niewarte uwagi, jak widać.

podobnie sytuacja kobiety wygląda w polskim społeczeństwie, o czym pisałem nieraz na moim blogu. wystarczy kliknąć po prawej stronie tag „feminizm” albo po prostu kliknąć tutaj. o przykładach dyskryminacji kobiet informuje ponadto feminoteka.pl. również autorzy wspomnianego artykułu podają przykłady tego, jak widziana jest kobieta w polskim społeczeństwie. niestety także ze strony władzy ustawodawczej i sądowniczej, która powinna być wzorem traktowania kobiety jako podmiotu, a nie przedmiotu. a jak jest, każdy widzi – jest bardzo źle.

bardzo mądrze i słusznie Bem i Makowski zauważają, że: „Jeśli jakieś rozwiązania wydają się słuszne i sprawiedliwe, należy je realizować niezależnie od ideologicznego zabarwienia.” szkoda, że podobnego zdania jest tak niewielu polityków, którzy koniecznie muszą przeforsować swoje pomysły nie patrząc na dokonania poprzedników, którzy byli odmiennej orientacji politycznej. oczywiście mówię o Polsce, w cywilizowanych krajach kooperacja polityczna na rzecz wspólnego dobra jest możliwa. wszelako nadzieję, na to, że Polska kiedyś dołączy do ich grona zaczynam powoli tracić, bo na razie jesteśmy Bolandą. pytanie brzmi: jak długo jeszcze?

Elżbieta Radziszewska dostarcza

popełniłem tutaj wpis dotyczący minister Elżbiety Radziszewskiej, ale po namyśle uznałem, że pani minister ds. równego traktowania zasługuje na coś więcej, niż trzyzdaniowy wpis. postanowiłem więc dokonać nieco szerszej analizy jej wypowiedzi zawartych w wywiadzie dla Rzeczypospolitej, który znajduje się tutaj. oto efekt.

już w odpowiedzi na pierwsze pytanie jest nieźle: „[...] feministki dobrze się czują w ferworze walki, muszą mieć jakiegoś wroga. Najlepiej ideologicznego, i do tego katolika, taki jest wręcz idealny.” bzdura. feministki starają się zwrócić uwagę na pewne rzeczy, ale do tego niepotrzebny im żaden wróg. oczywiście piętnowanie pewnych zachowań wiąże się czasami z podaniem przykładów, ale raczej nie widziałbym w tym walki na śmierć i życie niezbędnej do istnienia ruchu feministycznego.

odpowiedź na pytanie dotyczące przyjścia na Manifę brzmiąca: „Głęboko bym się zastanowiła, bo jeśli poprzednią Manifę promowano hasłem „Chcemy zdrowia, nie zdrowasiek”, to ja się pytam, o co chodzi?” moim zdaniem świadczy o niezrozumieniu problematyki kobiecej przez panią minister. praktycznie od momentu uchwalenia tak zwanej ustawy antyaborcyjnej Kościół katolicki skutecznie wpływa na uchwalanie niektórych ustaw, często dotyczących tak zwanego zdrowia reprodukcyjnego. w związku z czym feministki przygotowały hasło mówiące o tym, że zależy im na dobrym i skutecznym prawie chroniącym kobiety, a nie na zbyt dużym wpływie Kościoła katolickiego na ustawodawstwo. niestety ta interpretacja umknęła pani minister, jak się wydaje.

wypowiedź pani minister na temat parytetów świadczy z kolei o niezrozumieniu ich idei. sama ustawa oczywiście będzie obowiązywać w przypadku wyborów samorządowych, wyborów do Sejmu RP i wyborów do Parlamentu Europejskiego, ale docelowo ma zmierzać do zmiany świadomości w polityce. tymczasem w ustach Radziszewskiej została sprowadzona do aktu prawnego, który będzie służył przede wszystkim „paniom z Warszawy”. zaś porównanie Polski do krajów Europy Zachodniej jest wyjątkowo nietrafione, bo w  Europie Zachodniej ruchy feministyczne działają nieprzerwanie od ponad 60 lat, a rewolta roku ’68 zmieniła tam postrzeganie świata i jego problemów, a w Polsce w tym czasie myślano nad strategiami walki z opresyjnym systemem, a po 1989 roku próbowano na nowo wszystko poukładać tak, by działało.

jeśli chodzi brak zaproszenia na Kongres Kobiet, na którzy Radziszewska narzeka, śpieszę z informacją, że zaproszenie nie było potrzebne. była natomiast potrzeba dobra wola i chęć uczestnictwa i dialogu. albowiem w Kongresie Kobiet mógł uczestniczyć kto tylko chciał, pod warunkiem, że się zarejestrował. rozumiem, że pani minister uważa się za ważną personę i oczekiwała zaproszenia ze względu na swoje stanowisko, ale powinna pamiętać, że piastuje je tylko przejściowo i to ona powinna zabiegać o poparcie środowisk kobiecych, które były, są i będą.

zaś zdanie: „Widocznie uznano, że lepiej, by była jednomyślność jak za starych, słusznych czasów, a ci, którzy mają inne poglądy, by się z nimi nie objawiali. A ja jeszcze bym coś powiedziała, co paniom popsułoby atmosferę. Więc uznano mnie za osobę niepożądaną.” jest wyrazem niewiedzy o tym, kto w Kongresie Kobiet uczestniczył (lewica i prawica, bizneswomen i gospodynie domowe, polityczki, aktorki i przedstawicielki innych zawodów) i co miał on na celu (dialog, dyskusję, podsumowanie 20 lat transformacji ustrojowej).

smutne, że osoba o tak nikłym poziomie wiedzy na niektóre tematy jest pełnomocnikiem rządu ds. równego traktowania. niestety jest to element wpisujący się w większą całość polityki PO pod przewodnictwem Donalda Tuska, który zamiast zmierzyć się z realnymi problemami zajmuje się public relations.

dodam jeszcze, że Tygodnik Powszechny również zrobił z minister Radziszewską wywiad, który można przeczytać tutaj i warto to zrobić dla porównania. oprócz tego z kronikarskiego obowiązku dodam, że o pani minister pisałem tutaj, tutaj i tutaj