o płodności i świętości
wczoraj gfedorynski wrzucił na BLIP-a coś takiego: http://blip.pl/s/260446007. zaciekawiony treścią blipnięcia wszedłem pod wskazany adres, przeczytałem linkowany tekst i przyznam, że w pierwszej chwili nie wiedziałem, czy mam się śmiać, czy raczej zapłakać.
otóż pod wskazanym adresem znajduje się blog Tomasza Terlikowskiego, a konkretnie wpis Szaleństwo Bożej Miłości, w którym autor pisze, że cieszy się z rozpoczęcia procesu beatyfikacyjnego małżeństwa, które miało 21 dzieci (z czego przeżyło trzynaścioro z nich). po krótkim guglaniu doszedłem to tej strony, na której są podane daty narodzin i śmierci przyszłych świętych.
jak widać, żyli oni w dwudziestym wieku i zastanawiające jest to, że aż ośmioro dzieci im zmarło. no, ale z drugiej strony w trakcie ich życia odbyły dwie wojny światowe, we Włoszech rządził Benito Mussolini, a medycyna nie była tak rozwinięta, jak obecnie, więc ósemka dzieci miała prawo umrzeć.
o wiele bardziej zastanawia mnie inna rzecz: po co powoływać na świat aż tak liczne potomstwo? domyślam się, że wspomniane małżeństwo nie było specjalnie zamożne, a czasy, w których przyszło im żyć, były niespokojne, na pomoc państwa nie można było liczyć, więc płodzenie (wtedy) dwudziestki dzieci oznacza dla mnie skrajną głupotę i nieodpowiedzialność, a nie wzór do naśladowania.
rozumiem, że Kościół katolicki pokazuje jako przykład świętości życie świętej Joanny Beretta Mola, która mimo włókniaka macicy donosiła ciążę, a niedługo po narodzinach dziecka zmarła. jestem w stanie zrozumieć, co nie znaczy, że uważam jej postawę za wzór do naśladowania. natomiast jest dla mnie niepojęte, że mogą zostać wyniesieni na ołtarze ludzie, którzy spłodzili dwudziestkę dzieci, z czego prawie połowa im zmarła. nie bardzo rozumiem, w jaki sposób taka postawa ma być przykładem dla wiernych?
Terlikowski (można powiedzieć, że jak zwykle) przeinacza fakty. pisze między innymi: „w świecie, w której kobieta wychowująca dzieci w domu uznawana jest za niespełnioną, a mężczyzna za niewyżytego”. być może żyjemy w alternatywnych rzeczywistościach, ale feministki (bo do nich zapewne pije autor) walczą zarówno o to, żeby kobieta mogła nie mieć dzieci, jeśli nie chce, ale również o to, żeby mogła ich mieć jak najwięcej, jeśli chce. wysiłki feministek zmierzają do skłonienia państwa do pomocy w OBU przypadkach, czego autor niestety nie zauważa.
autor pisze dalej: „Oczywiście przyjęcie dwudziestki (a nawet dziesiątki) dzieci wymaga zaufania. Tu ludzkie wyliczenia nie wystarczą, trzeba głęboko wierzyć Bogu, temu, że nie pozostawi on swoich dzieci bez pomocy, że wraz z dzieckiem przyjdzie na świat także kolejny bochenek chleba” .
niewątpliwie jest w tym trochę racji, równocześnie jednak trzeba być realistą i mieć po pierwsze świadomość wyniszczenia organizmu kobiety, która ma rodzić te dzieci, po drugie zdawać sobie sprawę z tego, że najnormalniej w świecie nie da się kochać tak samo wszystkich dzieci, a po trzecie brać pod uwagę różne nieprzewidziane wydarzenia (choćby choroba czy śmierć jednego z rodziców albo utrata źródła utrzymania).
większość ludzi chcących mieć dzieci bierze pod uwagę różne ograniczenia, którym jako istoty ludzkie/kobiety i mężczyźni/będący w pewnym wieku/obywatele danego państwa są poddani. moim zdaniem jest to używanie rozumu, będącego darem Boga i sensowna realizacja Bożego zamysłu wyrażonego w słowach: „bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną” (por. Rdz 1, 28).
Terlikowski zdaje się tego nie rozumieć i bredzi o „antyżyciowej histerii”, „mentalności antykoncepcyjnej” i „strachu przed życiem”. mam wrażenie, że autor zmierza do tego, że najlepiej będzie, jeśli wszyscy bez opamiętania zaczniemy się rozmnażać, a troskę o zapewnienie dzieciom i rodzicom chleba powszedniego pozostawimy Bogu. bo przecież „skoro dał dziecko, da i na dziecko”, nieprawdaż?
problem z Generałem
Krzysztof Burnetko w analizie Wojciech Jaruzelski, czyli problem z generałem odnosi się do osoby generała Wojciecha Jaruzelskiego. punktem wyjścia rozważań autora jest zaproszenie generała Wojciecha Jaruzelskiego na posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Narodowego przez prezydenta Bronisława Komorowskiego.
niewątpliwie było to posunięcie kontrowersyjne, ale nie można zapominać o tym, że niezależnie od oceny działalności Generała, jest on byłym prezydentem Polski. a to, że został on wybrany przez Sejm, a nie w wyborach powszechnych, nie ma znaczenia. w końcu ktoś wybrał do Sejmu posłów, którzy przegłosowali jego wybór na prezydenta Polski.
zastanawiające, że ci, którzy najzajadlej krytykują sam fakt prezydentury Jaruzelskiego, zdają się nie pamiętać o przeróżnych uwarunkowaniach z lat 1989 – 1990. co prawda aktualna konstytucja przyznająca prezydentowi między innymi rolę gwaranta ciągłości władzy państwowej obowiązuje od 1997 roku, ale obsadzenie stanowiska prezydenta właśnie tym, a nie innym człowiekiem miało być sygnałem dla rządzących Związkiem Radzieckim, że Polska jest krajem stabilnym, a nieuchronna zmiana władzy odbywa się pokojowo i nie stanowi dla nich zagrożenia.
warto również pamiętać, że Wojciech Jaruzelski podpisał (choć nie musiał) wszystkie ustawy, które uchwalił Sejm kontraktowy. niby nic w tym dziwnego, ale jeśli zastanowić, jakie wtedy ustawy były przedkładane prezydentowi do podpisu, to łatwo dojść do wniosku, że większość z nich była zdecydowanie sprzeczna z poglądami samego Generała i pomysłami gospodarczo-politycznymi formacji, z której się wywodził. niemniej prawie wszystkie zostały podpisane i weszły w życie.
mało kto również pamięta o tym, że to sam Jaruzelski zawnioskował o skrócenie swojej kadencji, choć nie musiał tego robić. najwidoczniej uznał, że jego rola w polskiej polityce się wypełniła, a jego służba dla kraju jest zakończona. moim skromnym zdaniem dowodzi to dużej klasy i poziomu kultury osobistej.
nie zamierzam negować odpowiedzialności Wojciecha Jaruzelskiego za „wydarzenia grudniowe” czy wprowadzenie stanu wojennego. on sam się tego bynajmniej nie wypiera. moim zdaniem głęboko nieuczciwe jest przedstawianie tylko negatywnych faktów z czyjegoś życia i działalności, niezależnie od tego, czy mówimy o świętym Maksymilianie Maria Kolbe czy o Che Guevarze.
Grzegorz Rzeczkowski w opinii Wojciech Jaruzelski w składzie RBN zwraca uwagę na dwie ważne rzeczy. pierwszą jest szaleństwo rozliczania i sprawiedliwości dziejowej, które jednakże do niczego sensownego i konstruktywnego nie prowadzi, skwitowane słowami: „Za to wydaje się, że próbując utopić w błocku Jaruzelskiego, ubrudziliśmy się wszyscy.” i „Od moralnej odpowiedzialności nikt go nie zwolni, zresztą sam generał od niej się nie uchyla, o czym zresztą wielokrotnie mówił.”
drugą jest sam gest prezydenta Komorowskiego, o którym Rzeczkowki pisze tak: „Zapraszając generała Bronisław Komorowski nie tylko wznosi się ponad historyczne podziały, po raz kolejny przykładając w ten sposób rękę do ich zniwelowania. Wysyła również Rosji sygnał, że w Polsce kończy się czas polowania na wszystko, co wiąże się z okresem sprzed 1989 roku. Że najwyższy czas na nowe otwarcie.”
mam zastrzeżenia do prezydenta Komorowskiego, choćby o pochopne podpisanie nowelizacji ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii („antydopalaczowej”), wszelako ten gest pokazuje, że stara się on być prezydentem wszystkich Polaków. równie ważne jest to, że jako prezydent chce łączyć, a nie dzielić i to, że docenia ludzi z różnych środowisk i chce wykorzystać ich wiedzę i zdolności. wymienione przeze mnie cechy wydają się być niezwykle ważne w odniesieniu do najwyższej osoby w państwie.
dla kronikarskiego obowiązku przypomnę, że o generale Wojciechu Jaruzelskim pisałem tutaj. zapraszam do komentowania.