śmierć i statystyka
nie ukrywam, że informacja o śmierci Amy Winehouse mną wstrząsnęła dużo bardziej niż informacja o zamachach w Norwegii. właściwie mógłbym powiedzieć, że informacja o zamachach w Norwegii obeszła mnie tyle, co informacja o tegorocznym trzęsieniu ziemi w Japonii czy tsunami w 2004 roku. oczywiście przyjąłem do wiadomości, że ludzi zginęło sporo (Norwegia), dużo (Japonia) czy bardzo dużo (Azja Południowo-Wschodnia), ale prawda jest brutalna: z żadną z ofiar nie łączyło mnie nic więcej, niż to, że podobnie jak ja, była człowiekiem mieszkającym na planecie Ziemia.
pewną część winy za brak empatycznego podejścia do ofiar wyżej wymienionych katastrof ponosi telewizja i jej banalizacja śmierci, tudzież sposób podawania informacji w mediach, a także wałkowanie tematu do usranej śmierci, aby mieć o czym gadać z ekranu (vide: sprawa Krzysztofa Olewnika). słysząc enty raz doniesienie o tym albo tamtym dostaję białej gorączki i naciskam na piocie przycisk „mute”, przełączam na inny kanał, na którym nie ma wiadomości, albo całkiem wyłączam telewizor.
kiedy umiera ktoś, kogo znałem osobiście, ewentualnie ktoś znany publicznie, który robił coś, co było dla mnie w taki czy inny sposób ważne – przejmuję się tym przez dłuższy albo krótszy czas, co jakiś czas go wspominam i myślę o nim. natomiast kiedy umiera ktoś, kogo nie znałem – przykro mi, ale nie wzbudza to we mnie specjalnych emocji.
jeśli chodzi o Amy Winehouse: lubiłem ja, bardzo podobał mi się jej głos i piosenki, jakie śpiewała. ba, uważałem, że jest jedną z najzdolniejszych wokalistek swojego pokolenia (wiem, banał). równocześnie było mi przykro, że prowadzi taki, a nie inny styl życia, który wcześniej czy później może ją doprowadzić do samozagłady. jak widać – wcześniej, niestety.
w pewnym, ale tylko w pewnym sensie (co ładnie napisała Szprota we wpisie Amy) można powiedzieć, że Amy sama sobie zapracowała na taki koniec. oczywiście jest to tylko część prawdy, bo osoba uzależniona jest nią, zanim sięgnie po pierwszy kieliszek czy pierwszą działkę, a samo uzależnienie jest silnie uwarunkowane genetycznie (Tomasz Piątek genialnie to tłumaczy w felietonie Pokrętna logika Tomasza Wiścickiego). niektórym ludziom się udaje wyjść z nałogu, jej niestety się nie udało.
jak powiedział Józef Stalin: „Jedna śmierć to tragedia, milion – to statystyka”. w rzeczy samej.
dobra doczesne, czyli arcybiskup Głódź atakuje
Benedykcie XVI, czym Ci tak dopiekli mieszkańcy diecezji gdańskiej, że ich pokarałeś powołując na urząd biskupi Sławoja Leszka Głódzia? używając terminologii samochodowej: poprzedni metropolita, arcybiskup Tadeusz Gocłowski był jak auto produkcji niemieckiej – czyste, solidne i eleganckie, natomiast aktualny biskup jest jak brudny i śmierdzący Fiat 126p, który się często psuje, a podczas jazdy wydziela dużą ilość smrodliwych spalin.
do powyższej konstatacji skłoniła mnie wypowiedź biskupa Głódzia na temat zwrotu zabytków wypożyczonych z Muzeum Narodowego w Warszawie do Bazyliki Mariackiej w Gdańsku. wypowiedział on takie słowa: „Konia ze stajni się nie wyprowadza. Te dzieła sztuki tam są i tam pozostaną, bo one tam były od zawsze (…) Skończmy te monologi, które prawdopodobnie wywołała sama pani dyrektor muzeum. Wyszła przed szyk, ona nie jest symetryczną stroną całego sporu, partnerem jest minister” (więcej na ten temat tutaj).
dowodzą one jasno, że biskup zachował się jak chciwy cham i prostak. być może nie zdaje sobie sprawy z tego, że dzieła sztuki nie są jego własnością, a rzeczy pożyczone należy oddawać. nie sądzę, żeby w wojsku (z którym Głódź miał kontakt przez znaczący okres swojego życia jako biskup polowy) obowiązywały inne zasady. nie wspominając o tym, że jego stosunek do słów dyrektorki Muzeum Narodowego dowodzi niebywałej arogancji, która nie przystoi nikomu, a zdecydowanie najmniej pasterzowi Kościoła katolickiego. wstyd i hańba.
dla jasności: nie miałbym nic przeciwko temu, żeby dzieła znajdujące się w Bazylice Mariackiej były tam nadal. wszelako niezbędne byłoby spełnienie określonych warunków, takich jak: dopuszczenie konserwatorów do zbadania przechowywanych dzieł, rzeczowa rozmowa i przeprosiny oraz zaznaczenie, że rzeczone zabytki są wypożyczone z Muzeum Narodowego i nie stanowią własności Kościoła. oczywistą rzeczą jest, że dzieła sztuki muszą być przechowywane w stosownych dla nich warunkach nie mogą być narażone na kradzież czy akty wandalizmu.
niestety, postawa koncyliacyjna i pewien poziom kultury są, jak widać niedostępne dla biskupa Głódzia, w związku z tym Muzeum Narodowe zdecydowało się na bezprecedensowy proces przeciw Bazylice Mariackiej w Gdańsku w sprawie odzyskania zagarniętych dzieł sztuki. nie zdziwiłbym się wcale, gdyby Muzeum Narodowe wygrało ten proces i i szczerze na to liczę. być może przegrana sprawa przyczyni się nieco do ukrócenia zapędów niektórych hierarchów kościelnych, którzy zamiast zająć się powierzonym im ludem, troszczą się przede wszystkim o dobra doczesne.
o prywatności słów parę
Zbigniew Mikołejko w wywiadzie Targowisko prywatności w bardzo ciekawy sposób opowiada o ewolucji stosunku do prywatności na przestrzeni dziejów. oczywiście ze względu na specyficzną formę (wywiad) wypowiedź profesora Mikołejko jest raczej skróconym obrazem, niemniej jest warta przeczytania.
na samym początku są przytaczane fakty, które dla współczesnego człowieka są trudne do pojęcia czy wręcz niewyobrażalne. mam na myśli zdania: „W średniowiecznym zamku kobiety, mężczyźni, dzieci – wszyscy razem mieszkali w największej izbie wieży obronnej i nic nie mieli przed sobą do ukrycia.” i „Przechodząc amfiladą z pokoju do pokoju, było się świadkiem rodzenia, gotowania, życia seksualnego. To był naturalny tryb życia w gromadzie.”
tego typu pomysły próbowali zrealizować w życie hipisi i rewolucjoniści spod znaku paryskiej wiosny ’68 i okolic, jednak były to tylko eksperymenty, których żywot umarł śmiercią naturalną. pod pewnymi względami była to naturalna reakcja na duszny mieszczański świat, który po II wojnie światowej stał się obowiązującym modelem życia w Europie Zachodniej i USA. niemożność funkcjonowania w taki sposób przez dłuższy czas trafnie pokazał Lukas Moodysson w filmie Tylko razem.
Mikołejko słusznie uważa, że jedną z największych zdobyczy cywilizacji jest możliwość bycia samemu, która wynika z chęci odosobnienia się. wszelako nie byłoby tej zdobyczy, gdyby nie Oświecenie, które położyło teoretyczne podstawy pod nadanie człowiekowi podmiotowości i stworzenie „obywatela” mającego prawa, a nie tylko obowiązki oraz rewolucja francuska z 1789 roku, która oświeceniowe ideały zaczęła wprowadzać w życie.
ciekawie stwierdzenia padają w odniesieniu do „sprzedawania” własnej prywatności przez twórców, na przykład literatów piszących pamiętniki. zadająca pytania Aleksandra Klich stwierdza: „mam wrażenie, że nawet pisząc intymnie, dla siebie, artysta siebie kreuje.” taka postawa jest w pewnym sensie naturalna, bo artystą się jest przez cały czas. można powiedzieć (co jest oczywistym banałem), że odbiorcy sztuki są dla twórcy lustrem, w którym się przegląda on sam i jego sztuka.
profesor Mikołejko podkreśla wagę prywatności odwołując się do możliwości naruszenia jej przez różnego rodzaju służby (za jego czasów SB, w czasach współczesnych na przykład ABW, CBA czy choćby policję). ze względów technologicznych niemożliwe jest w dzisiejszych czasach zachowanie całkowitej prywatności. oczywiście w niektórych przypadkach można próbować kontrolować, jakie dane o nas zostaną opublikowane, ale nie zawsze jest to możliwe. w związku z powyższym niezwykle ważne jest regulowanie dostępu do tych informacji. w Polsce bardzo duże zasługi w zakresie kontrolowania wykorzystywania informacji o obywatelach ma Fundacja Panoptykon.
prywatność ma jeszcze jedną niezaprzeczalną zaletę, o której jest mowa we wspomnianym wywiadzie: umożliwia zróżnicowanie, które jest podstawą ciekawości świata i możliwości odkrywania cały czas czegoś nowego w drugim człowieku i w sobie samym. dlatego prywatność sama w sobie jest niezbędna, a prawa do niej trzeba bronić ze wszystkich sił i wszystkimi możliwymi środkami.
co warto przeczytać – Krytyka Polityczna
Tagi: Krytyka Polityczna, media, polityka prorodzinna, prawa człowieka
czytuję Krytykę Polityczną i zaglądam na jej stronę internetową. a są na tej stronie czasami bardzo ciekawe teksty. paroma z nich postanowiłem się podzielić z szanownymi Czytelnikami.
wygląda na to, że coś się zaczyna dziać, jeśli chodzi o politykę prorodzinną. dowodzą tego informacje zamieszczone tutaj. oczywiście jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale od czegoś trzeba zacząć. mam nadzieję, że za tym pójdą inne regulacje prawne, na przykład obowiązkowość urlopu ojcowskiego czy więcej środków przeznaczonych na żłobki i przedszkola.
jeśli chodzi o przedszkola, to Jan Smoleński w artykule Coroczny przedszkolny dramat stawia niewesołą diagnozę dotyczącą konsekwencji braku przedszkoli. sytuacja, w której do przedszkoli uczęszcza 28% polskich dzieci, prowadzi według autora do dyskryminacji kobiet na rynku pracy (co będzie skutkowało niższą emeryturą w przyszłości), przechodzenia dużej ilości kobiet na wcześniejszą emeryturę (co skutkuje tym, że aktualnie otrzymują one mniejsze świadczenia) oraz utrwalaniem podziałów klasowych (ci, których na to stać, oddają dzieci do przedszkoli prywatnych).
w kwestii społeczeństwa informacyjnego wypowiadają się Jarosław Lipszyc (Prawa podstawowe społeczeństwa informacyjnego) i Katarzyna Szymielewicz (Wolność w społeczeństwie informacyjnym). J. Lipszyc pokazuje nieadekwatność podstawowych dokumentów gwarantujących wolności obywatelskie (Powszechna deklaracja praw człowieka i obywatela, Karta praw podstawowych, Konwencja o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności) do nowoczesnych technologii mających coraz większy wpływ na nasze życie. temat ten porusza również K. Szymielewicz, pisząc o kwestii gromadzenia danych, przechowywania ich i dostępu do nich. z tekstu jasno wynika, że rząd przy okazji prac nad ustawą antyhazardową chciał wprowadzić w życie przepisy zwiększające możliwości inwigilacji obywateli oraz przekazujące niebezpiecznie dużą władzę w ręce różnego rodzaju służb mundurowych. na razie nic z tego nie wyszło, ale z oczywistych względów (por. Rok 1984 Orwella) należy być czujnym i do tego nie dopuścić.
Bartłomiej Kozek w tekście Kolejna ofiara „historycznych kompromisów” pisze o odwołaniu Magdaleny Jethon ze stanowiska dyrektorki programu III Polskiego Radia i powołaniu na to miejsce Jacka Sobali. niegdysiejsi słuchacze Radia BIS wiedzą, jak się J. Sobala niechlubnie zasłużył. dość powiedzieć, że za jego rządów z Radia BIS odeszli najwartościowsi prowadzący audycje (Novika, Aleksandra Kaczkowska, Max Cegielski, Pan Duże Pe i inni), a sama stacja straciła wielu słuchaczy, na których pracowała bardzo długo. dla porządku należy przypomnieć, że cała ta sytuacja miała miejsce dzięki porozumieniu SLD i PiS. zaprawdę, trzeba być skończonym idiotą, aby w taki sposób się zapisywać w polskiej polityce. na szczęście zasada (dotychczas się sprawdzająca polskiej polityce) mówi, że ten kto ma media, przegrywa wybory.
zoofilia i terlikowszczyzna, czyli Jaś Kapela w akcji
Jaś Kapela w felietonie Zoofilia i terlikowszczyzna w genialny sposób odniósł się do poruszanego przeze mnie w tym wpisie artykułu Tomasza Terlikowskiego Rewolucja homoseksualna. zrobił to, używając słowa „jeśli”. co prawda Terlikowski też użył tego słowa w swoim artykule, ale zrobił to raz. potem było jak zwykle, czyli ex cathedra wygłosił swoje poglądy w formie nieomal prawdy objawionej.
felieton J. Kapeli jest napisany w formie pewnego konstruktu myślowego, a poprzez użycie trybu przypuszczającego oraz pewnego rodzaju logicznego wnioskowania obnaża niską wartość merytoryczną tekstu T. Terlikowskiego. uważam, że nie wszystkie felietony Jasia trzymają równy poziom, ale ten jest rewelacyjny.
o braku wrażliwości
przeglądając zaległe wiadomości z czytnika RSS-ów trafiłem na newsa portalu feminoteka.pl pod tytułem Gadacz, Środa, Żakowski i ryzyko emancypacji. ponieważ temat poruszony w tymże newsie jest bardzo delikatny, sięgnąłem do przywoływanych źródeł, aby wyrobić sobie własną opinię w temacie.
pokrótce: zaczęło się od „komiksu” dotyczącego profesora Tadeusza Gadacza zamieszczonego w świątecznym wydaniu „Dużego Formatu” w cyklu Męska muzyka. w tymże „komiksie” T. Gadacz dzieli się z czytelnikami kawałkiem swojego życia. między innymi doświadczeniem odejścia z zakonu, swoich zmagań z Bogiem i wreszcie narodzin i śmierci dzieci.
profesor Magdalena Środa, którą lubię i cenię, tym razem się nie popisała, a właściwie popisała się brakiem elementarnej wrażliwości. mianowicie w swoim felietonie Gadacz, Hiob i niesmak zarzuciła T. Gadaczowi, że nie informuje czytelników o kobiecie, z którą miał dzieci tudzież nie pokazuje jej cierpienia, które zapewne było większe, bo nie mogła ona „[...] zagłuszyć tego stanu tłumaczeniem Rosenzweiga i wcielaniem się w postać pracowitego Hioba [...]„. oczywiście nie można wykluczyć, a nawet można założyć w ciemno, że cierpienie matki, której umierają dzieci, jest nieporównywalne z żadnym innym cierpieniem.
jednakże trzeba wziąć pod uwagę, jak zauważa Miłada Jędrysik, specyfikę tej formy literackiej, jaką jest komiks. jeśli ktoś chciałby napisać biografię profesora Gadacza czy przeprowadzić z nim wywiad-rzekę, z całą pewnością jego żonie i jej dramatowi zostałaby poświęcona należyta ilość miejsca. ponadto komiks ów został zamieszczony w cyklu „Męska muzyka”, czyli z założenia poświęconego przede wszystkim mężczyznom. zdaje się, że profesor Środa niestety zapomniała o tych dwóch niuansach. mam przynajmniej nadzieję, że było to zapomnienie czy zaniedbanie, a nie celowe działanie.
jak słusznie zauważa Jacek Żakowski w komentarzu Ryzyko emancypacji: „Prawidłowość historyczna jest taka, że wielkie emancypacje (religijne, stanowe, narodowe, klasowe, rasowe) wyrastały z buntu przeciw niesprawiedliwościom i okrucieństwom losu, a potem same tworzyły nowe niesprawiedliwości i nowe okrucieństwa. Okrucieństwa nowoczesnych społeczeństw – od gilotyny po gułag, islamski terroryzm i pisowską lustrację – były ubocznym produktem wielkich emancypacji„. trudno się nie zgodzić z tymi słowami. każdy, kto trochę bardziej zna historię nowożytną, przyzna mi rację.
zgadzam się z obydwojgiem przywołanych powyżej publicystów GW w jednym: jeśli profesor Gadacz zechciał się podzielić z nami swoim trudnym doświadczeniem, to zapewne zrobił to, abyśmy mogli się czegoś nauczyć, coś zrozumieć czy doświadczyć wsparcia w podobnych doświadczeniach. komentowanie tego, zwłaszcza w taki sposób, jak zrobiła to profesor Środa jest zdecydowanie niepotrzebne, nie na miejscu i dowodzi braku pomyślunku i wrażliwości z jej strony. mam szczerą nadzieję, że takie zdarzenie nie powtórzy.
Selector Festival profanacją?
dawno nie czytałem o podobnym idiotyzmie, jak zamieszczony w tym artykule pomysł niejakiego Stanisława Markowskiego. nie napiszę: nigdy nie czytałem, bo ludzka głupota jest nieskończona i mógłbym kogoś nieuprzejmie pominąć ;-)
mianowicie pan Markowski jest oburzony organizowaniem na krakowskich Błoniach Selector Festivalu, którego jeden dzień odbywa się akurat w 30 rocznicę pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II do Polski. cóż, tak się składa, że krakowskie Błonia są świetnym miejscem do organizowania imprez masowych takich, jak festiwale, koncerty, zloty czy wreszcie pielgrzymki papieskie. dlaczego? ano dlatego, że jest tam dużo miejsca, zieleni i niedaleko stamtąd do Krakowa. a to, że festiwal odbywa się akurat w 30 rocznicę papieskiej pielgrzymki? cóż, trudno. tak się złożyło.
pozwolę sobie zwrócić uwagę na pewien bardzo niepokojący fakt. mianowicie pomysłodawca tego pomysłu posługuje się wyrażeniami, które określiłbym jako dzieląco-zawłaszczające: wróg Kościoła, plugawić święte miejsca, haniebna decyzja. poziom merytoryczny tego typu wypowiedzi oraz ich odniesienie do chrześcijaństwa, które określa się jako religia oparta na miłości bliźniego, pozostawiam ocenie czytelników.
właściwie trudno się dziwić podobnym wypowiedziom, skoro od 1991 roku pewna rozgłośnia radiowa z pięknego miasta Torunia zatruwa umysły Polaków i uczy ich nienawiści i ksenofobii. wzór stosowania wszelkich socjotechnik i manipulowania – rewelacyjny, faktycznie jest się od kogo uczyć. a transmisja mszy świętej i modlitwa na antenie? owszem, jest, ale wydaje się być listkiem figowym, żeby można było nazwać rozgłośnię „katolicką” i uzyskać aprobatę hierarchów Kościoła.
pan Markowski wykazuje się niewiedzą (głupotą?), jeśli chodzi o charakter imprezy: Selector Festival nie jest festiwalem muzyki techno. oczywiście nie każdy musi znać się na muzyce, ale sprawdzenie czegoś w internecie albo w jakiejkolwiek lokalnej gazecie o charakterze informacyjnym pozwoliłoby temu panu na uniknięcie dość kompromitującej wpadki.
zaś pomysł nazwania Błoni imieniem Jana Pawła II jest kuriozalny pod każdym względem i aż się ciśną na usta pytania: a może jeszcze pomnik postawimy? może wartę honorową, jak na Placu Nieznanego Żołnierza w Warszawie? może maszt z flagą? w sumie politykom centroprawicowym mógłby się ten pomysł spodobać, mieliby się gdzie lansować z kwiatami i modlitwami przed kamerami i mikrofonami. a słupki popularności rosną… tylko w takim razie „co z tą Polską?”
EDIT:
tutaj jest wypowiedź innego „zorientowanego” w temacie. gratulacje.