różne różności

noc na Krakowskim Przedmieściu

jak wiadomo, z 9 na 10 sierpnia na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie odbyła się manifestacja (akcja? happening?) w obronie świeckości państwa i przeciwko obecności krzyża przed Pałacem Prezydenckim.

interpretacje tego faktu są jednak różne. na przykład Maciej Gdula uważa, że Lud na Krakowskim Przedmieściu zapoczątkował tą manifestacją nowy etap walki o neutralność światopoglądową państwa polskiego, a sama manifestacja z różnych powodów była niewygodna dla różnorakich sił w polskiej polityce. nawet jeśli tak nie jest (jak uważa szwedzki we wpisie Taras wybrukowany nadzieją), to z całą pewnością był to wyraźny sygnał dla wszystkich, że istnieje spora liczba osób, którym przeszkadza fakt „sojuszu tronu z ołtarzem”, jaki jest obecny w polskiej polityce po 1989 roku. ta manifestacja była (mam nadzieję, że nie jedyną) okazją do „policzenia się”.

podobne intuicje płyną z wywiadu z profesorem Radosławem Markowskim Radosny happening przeciw imperialnym zapędom Kościoła. autor zwraca uwagę na zaangażowanie polityczne Kościoła w wyborach prezydenckich, które może skutkować sprzeciwem wobec zaangażowania Kościoła w politykę. wspomniana manifestacja być może była w jakimś sensie momentem przełomowym dla procesu laicyzacji w Polsce, pokazującym chęć egzekwowania konstytucyjnego zapisu o neutralności światopoglądowej państwa.

doktor Paweł  Borecki uważa, że Żyjemy w państwie wyznaniowym. można się nie zgadzać z tym poglądem, jednak trzeba wziąć pod uwagę przywołane w wywiadzie fakty, które wskazują na to, że konkordat między Rzeczpospolitą Polską a Stolicą Apostolską jest umową niezbyt korzystną dla państwa polskiego, za to dającą duże przywileje Kościołowi katolickiemu w Polsce. ta sytuacja jest pewnym ewenementem, jeśli chodzi o umowy międzynarodowe, których państwo polskie jest stroną i sygnatariuszem, jednocześnie nic (oprócz chęci) nie stoi na przeszkodzie, by ten stan rzeczy zmienić.

z kolei Halina Bortnowska w wywiadzie To nie protest przeciw krzyżowi zwraca uwagę na to, że ludzie zgromadzeni na Krakowskim Przedmieściu z 9 na 10 kwietnia nie protestowali przeciw krzyżowi jako takiemu, ale przeciwko temu konkretnemu krzyżowi stojącemu przed Pałacem Prezydenckim i przeciwko politycznemu wykorzystywaniu go w przestrzeni publicznej. zwracają uwagę słowa: „Być może wielu z tych demonstrantów chce całować krzyż w Wielki Piątek i są przekonani o wielkiej świętości tego symbolu.”

Mirosław Czech w komentarzu Społeczeństwo świeckie i jego siła podkreśla drogę, jako przebyło polskie społeczeństwo w ciągu czterech miesięcy od katastrofy smoleńskiej do demonstracji przeciwników obecności krzyża pod Pałacem Prezydenckim. przewiduje on rozszerzenie się procesu laicyzacji w Polsce, szczególnie wśród młodego pokolenia. czas pokaże, czy ta prognoza była słuszna, natomiast słowa: „Spór o świeckie państwo i jego rozdział od Kościoła powróci z wielką siłą” zapewne okażą się prawdziwe. przypuszczam, że ów spór mocniej rozgorzeje w kampanii przed wyborami parlamentarnymi w 2011 roku.

Roman Pawłowski oglądając z Nancy, reżyserką z Los Angeles Szoł na Krakowskim (czyli relację z „wojny o krzyż”) nie wie, jak jej wytłumaczyć zaistniałą sytuację. Nancy jest Amerykanką i trudno jej zrozumieć, że do polskich władz „obrońcy krzyża” wołają: „Gestapo!”, a w księży rzucają monetami. nie tylko obcokrajowcom trudno jest pojąć sytuację, w której ludzie określający się jako katolicy traktują symbol swojej religii instrumentalnie i pozwalają na jego polityczne wykorzystywanie.

nie byłem na wspomnianej demonstracji, bo nie mieszkam w Warszawie, mogę co najwyżej organizatorom pogratulować pomysłu, a wszystkim obecnym pogratulować obywatelskiej postawy. mam nadzieję, że był to pierwszy krok na drodze do wprowadzenia w życie zasady rozdziału Kościoła od państwa. mam również nadzieję, że dla hierarchów Kościoła katolickiego był to czytelny znak, który pokazuje, że zaangażowanie Kościoła w politykę źle się kończy przede wszystkim dla Kościoła.

różne spojrzenia na „bitwę pod krzyżem”

jak powszechnie wiadomo, grupka obłąkańców mieniących się „obrońcami krzyża” skutecznie zablokowała wyznaczone na 03.08.2010 uroczyste przeniesienie krzyża stojącego przed Pałacem Prezydenckim do kościoła św. Anny w Warszawie.

Adam Leszczyński w komentarzu „Bitwę pod krzyżem” przegrali wszyscy konstatuje, że:

  • przegrało państwo, które nie umie obronić swojego (teoretycznie) świeckiego charakteru,
  • przegrał Kościół, którego kapłanów wierni wyzywali „precz z komuną”,
  • przegrali niewierzący, którzy dostali przed oczy dowód nieszanowania i olewania ich praw,
  • przegrali wierzący, których jeden z symboli można bardzo łatwo sprofanować (pomijam fakt, że krzyż nie jest poświęcony i nie wisi na nim figura Chrystusa, więc tak naprawdę są to dwie deski).

Ewa Siedlecka przytomnie zauważyła w komentarzu Kto krzyżem wojuje…, że w pewnym sensie państwo rękami swoich przedstawicieli samo sobie strzeliło w stopę, uchwalając wspomnianą przez autorkę uchwałę „W sprawie poszanowania krzyża”. niewątpliwie była ona użyteczna, kiedy trzeba było zabiegać o głosy u potencjalnych wyborców, ale w kryzysowej sytuacji stanowi oręż dla różnego rodzaju oszołomów.

Jan Turnau w komentarzu Hańba apeluje, by biskupi Kościoła katolickiego nawet za cenę utraty autorytetu wzięli odpowiedzialność za całą sytuację i włączyli się w rozwiązanie całej sytuacji. to sympatyczne, że Turnau wierzy w dojrzałość Episkopatu jako zgromadzenia biskupów, jednak prawda jest taka, że odkąd umarł papież Jan Paweł II, polski Episkopat ma problem z zajęciem odważnego  i sensownego stanowiska w kwestiach dotyczących czegoś innego, niż etyka seksualna i wybory.

w bardzo gorzkim tonie na temat biskupów wypowiada się Tadeusz Sobolewski w komentarzu Kościół umywa ręce. poprzez brak stanowczego potępienia zachowań „obrońców krzyża” biskupi oddają im inicjatywę i niejako przyzwalają na profanowanie krzyża i anarchistyczne zachowania szkodzące państwu. w pewnym sensie dają świadectwo postawy niezbyt patriotycznej, a na pewno nie obywatelskiej.

w mocnych słowach na temat „bitwy pod krzyżem” wypowiada się Dariusz Bruncz w komentarzu Profanacja krzyża. Wielka porażka Kościoła. poddaje on krytyce Kościół w osobie arcybiskupa Kazimierza Nycza stwierdzając: „Jeśli Kościół, a konkretnie arcybiskup metropolita warszawski Kazimierz Nycz nie tylko nie pojawił się przed Pałacem, co potencjalnie mogłoby uzdrowić całą sytuację, ale ustami swoich kapłanów zdystansował się od sprawy krzyża, to w jakiej sprawie może/powinien/chciałby/musiałby/wolno by mu było zająć jakiekolwiek stanowisko?”

w takich sytuacjach widać, że polski Kościół najlepiej sprawdza się w warunkach bojowych zarówno mając za przeciwnika system komunistyczny jak liberalizm. natomiast, co także podkreśla Bruncz, ma problem z misją duszpasterską, której elementem mogłoby być między innymi uświadomienie obrońcom krzyża niewłaściwości ich zachowania w ramach pasterskiej posługi biskupiej. niestety dyplomacja, w której Kościół ma duże sukcesy, tutaj się nie nadaje do zastosowania.

Maciej Gdula trochę się rozpędził sugerując w swoim komentarzu, że Komorowski nie powinien zostać zaprzysiężony, niemniej ustąpienie instytucji państwowych przed grupą fanatyków źle wróży tej prezydenturze. mimo, że gospodarzem chodnika przed Pałacem Prezydenckim według prawa jest prezydent Warszawy, to krzyż został postawiony przed siedzibą prezydenta Polski, a Komorowski jako prezydent elekt zobowiązał się do jego usunięcia stamtąd. jeśli więc prezydent nie potrafi sobie poradzić z takim zadaniem, nie wiadomo, czego się spodziewać w obliczu trudniejszych wyzwań.

Andrzej Macura napisał zaskakująco wyważony i trafny komentarz Święty nade wszystko, w którym podkreśla używanie religii do swoich celów, jakimi są dla „obrońców krzyża” wyrażenie sprzeciwu wobec nowo wybranego prezydenta i upamiętnienie zmarłego prezydenta. niezwykle ważne i mądre są zdania: „Wybrani w demokratycznych wyborach przedstawiciele naszego kraju mogą się podobać lub nie. Można się z nimi spierać właściwie o wszystko. [..] Wierzący powinien to jednak robić na swój własny rachunek. Nie może używać argumentu, że ma rację, bo po jego stronie jest Bóg.” oraz: „Niestety, zbyt wielu polskich katolików w dobrej wierze nie tyle inspiruje się Ewangelią, co szuka w Ewangelii poparcia dla swoich poglądów. To subtelna różnica, ale bardzo istotna.”

jako chrześcijaninowi jest mi niewymownie wstyd za ludzi, którzy używają symbolu krzyża do obrony swoich racji politycznych, a swoich przeciwników uważając za zło wcielone. wstyd mi również za władze państwowe, które ustępują fanatykom religijnym i wycofują się z wcześniejszych ustaleń dotyczących uporządkowania przestrzeni miejskiej. wstyd mi także za hierarchów Kościoła katolickiego, którzy nie mają odwagi potępić ludzi, którzy z krzyża uczynili sobie narzędzie służące walce politycznej. i nic już nie będzie takie samo nie po katastrofie smoleńskiej, ale po „bitwie o krzyż”.

o krzyżu i podziałach

jak zapewne wiedzą niektórzy z moich czytelników, jestem ANTYfanem Jana Pospieszalskiego, a jego „twórczość” uważam za świadectwo postawy nie mającej wiele wspólnego katolicyzmem, do którego Pospieszalski (może nie zawsze wprost, ale jednak) się odwołuje. mam również wrażenie, że pan Jan wyobraża sobie, że jest kimś w rodzaju współczesnego kaznodziei. niestety ani zdolności, ani poziom intelektualno-moralny nie predestynują go tej roli. i choć niewyrobionemu czytelnikowi/widzowi jego produkcje mogą się podobać, to jednak ich blask jest blaskiem tombaku, a nie złota, że pozwolę sobie na niewyszukane porównanie.

niedawno Pospieszalski popełnił artykuł Ten krzyż jest wyrzutem sumienia. niestety już w drugim akapicie autor dokonuje manipulacji pisząc: „Nie tylko dlatego, że Polska staje się znów krajem jednej partii i jednej gazety (a być może niebawem także jednej, choć przez kilku nadawców realizowanej, telewizji). Walka z krzyżem na Krakowskim Przedmieściu, wyjąwszy atak ZOMO, przebiega przy użyciu tych samych metod, co w PRL. Z drobnymi naturalnie różnicami.”

pozwolę sobie autorowi przypomnieć, że to obywatele decydują, komu powierzają mandat poselski i kogo wybierają na prezydenta. nie przypominam sobie protestów, gdy większość parlamentarną miał PiS, a prezydentem był Lech Kaczyński, z PiS-u się wywodzący. zaś wpływ tytułów prasowych (w tym przypadku GW) na rzeczywistość jest przez autora przeceniany.

porównanie zaś aktualnych przepychanek związanych z krzyżem przed Pałacem Prezydenckim do walki z chrześcijaństwem w czasach PRL-u jest świadectwem niebywałego cynizmu autora artykułu. w przeciwieństwie do okresu 1945 – 1989 w wolnej i demokratycznej Polsce każdy może wyznawać dowolną religię (kwestię równości wszystkich religii wobec polskiego prawa świadomie pomijam), nikt nikogo nie prześladuje za to, w co wierzy, a symbole religijne nie są zakazane. co więcej: krzyże wiszą w prawie każdym urzędzie, klasie szkolnej i w innych miejscach, niekoniecznie do tego celu przeznaczonych.

dalej autor cytuje opinię doktora Wojciecha Jabłońskiego stwierdzającą, że krzyż jest „samowolką budowlaną”. postawienie krzyża w okresie żałoby narodowej było uzasadnione emocjami i nikt wtedy nie zastanawiał się, czy jest to zgodne z prawem. ten stan rzeczy był w pewnym sensie naturalny, jednak jeśli wziąć pod uwagę przepisy prawa budowlanego zinterpretowane na przykład w tym artykule, to postawienie krzyża nie było zgodne z prawem. Pospieszalski jako dziennikarz nie zwykł zawracać sobie głowy podobnymi drobiazgami i niuansami, ważna jest teza i dopasowane do niej argumenty.

według autora artykułu „krzyż pozostaje świadectwem tygodnia Narodowego Czuwania.” (pisanego koniecznie z Dużych Liter), a jego i Ewy Stankiewicz produkcja „Solidarni 2010″ jest zapisem tego, co naród przeżywa i czego doświadcza. uważny widz dostrzeże, że ów „film” jest ordynarną manipulacją, w której pozwolono się wypowiedzieć reprezentantom tylko jednej opcji politycznej, którzy winą za katastrofę smoleńską obciążają Rosjan, sugerując zamach. ludzie występujący w filmie atakują również GW, rząd Donalda Tuska i uważają, że władza „została przekazana mafijnym układom medialno-biznesowym.” recenzja tego wiekopomnego dzieła sztuki reporterskiej jest dostępna tutaj, natomiast sam film można bez trudu znaleźć na serwisie youtube.com.

słowa: „Katastrofy smoleńskiej i tego, czego doświadczyliśmy jako wspólnota po 10 kwietnia, nie da się wymazać czy usunąć tak, jak wymienia się kafle na trotuarze.” są kolejnym nadużyciem. nikt nie ma zamiaru wymazywać i usuwać ani samej katastrofy smoleńskiej ani doświadczeń polskich obywateli, zarówno tych indywidualnych, jak i wspólnotowych. wszelako Pospieszalski dzielący świat na: MY (dobrzy) i ONI (źli) uważa, że ONI mogą posłużyć się siłą, by sprzed Pałacu Prezydenckiego usunąć ludzi, którzy przyjdą „by domagać się wyjaśnienia tej tragedii.”

gdyby cytowane przez mnie słowa były autorstwa jednego z pacjentów #psychiatryk24, skwitowałbym to prawdopodobnie wzruszeniem ramion, jednakże gdy drukowanie podobnych bzdur w ogólnopolskim dzienniku jest szkodliwe i niebezpieczne. w związku z tym wydało mi się stosownym odniesienie się do artykułu Pospieszalskiego w niniejszym wpisie.

niejako dla równowagi zacytuję słowa księdza Jacka Prusaka, który w artykule Krakowskie Przedmieście to nie Golgota dobitnie mówi, czym krzyż jest i do czego nie powinien służyć.

mianowicie: „krzyż nie jest symbolem ani żałoby, ani tragedii smoleńskiej. Dla chrześcijanina jest symbolem męki Jezusa z Nazaretu, symbolem wiary i przedmiotem kultu religijnego, a także jednym z najważniejszych gestów liturgicznych.” oraz „Można więc mówić o „kulcie smoleńskim” w znaczeniu szerszym (społecznym, historycznym), ale walka o krzyż na Krakowskim Przedmieściu po to, żeby był on znakiem kultu „nowych męczenników” czy okazją do manifestowania własnych poglądów politycznych, dzieląc obywateli na lepszych i gorszych katolików, jest jawną manipulacją krzyżem i nie ma nic wspólnego z kultem religijnym.” nic dodać, nic ująć.

warto również zapoznać się ze zdaniem Stołecznego Konserwatora Zabytków, dostępnym tutaj, a dotyczącym ingerowania w przestrzeń architektoniczną przy Pałacu Prezydenckim.

teraźniejszość i przyszłość Grzegorza Napieralskiego

jak wiadomo, Grzegorz Napieralski w wyborach prezydenckich zdobył ponad 13 % głosów. nie jest to oszałamiający wynik, ale oceniając go, należy wziąć pod uwagę różne czynniki. przede wszystkim trzeba pamiętać, że pierwotnym kandydatem SLD był Jerzy Szmajdziński, który zginął pod Smoleńskiem, a Napieralski zdecydował się kandydować „w zastępstwie”. ponadto kampania wyborcza była wyjątkowo krótka i pozbawiona konkretów, co także nie ułatwiało mu zadania.

niewątpliwie na wynik Napieralskiego miało też wpływ zmęczenie Polaków polaryzacją polityki wokół sporu PO-PiS, co przełożyło się na poparcie kandydata lewicowego. atmosferę „podziału” Polski dodatkowo podgrzewały media publiczne i niepubliczne, które zachowywały się tak, jakby oprócz Komorowskiego i Kaczyńskiego nie startował nikt inny, a spór między prowadzącą dwójką był clou polskiej polityki.

mam nadzieję, że przewodniczący SLD albo ktoś z jego otoczenia czyta wypowiedzi innych ludzi, bo niejednokrotnie bywają w nich zawarte dobre pomysły. na przykład Marek Borowski tutaj sugeruje otwarcie lewicy na nowe środowiska, co jest niezbędne do budowania większego frontu lewicowego w Polsce i osiągania lepszego wyniku wyborczego. niewątpliwie słuszne są słowa: „Wynik wyborów pokazuje spory potencjał lewicy, ale pytanie, co Napieralski z tym potencjałem zrobi.” lewica ma swój stały elektorat, ale istotne jest by pozyskiwać cały czas niezdecydowanych i zniechęconych i tych, którzy uważają, że żadna partia/kandydat nie spełnia ich oczekiwań.

Kinga Dunin w opinii Drgnęło w lewo zauważa plusy i minusy wyniku Napieralskiego. minusami jest wygrana prawicy (Komorowski lub Kaczyński) oraz poparcie na poziomie nie pozwalającym samodzielnie rządzić. plusem jest zaistnienie retoryki lewicowej w dyskursie publicznym, które jeśli nawet nie doprowadzi do załatwienia ważnych dla lewicy spraw, będzie oznaczało konieczność odniesienia się do nich przez kandydatów w czasie kampanii przed II turą wyborów. obawiam się tylko jednej rzeczy, z której prawica słynie: zawłaszczenia lewicowych postulatów i rozmycia ich albo zmarginalizowania.

z kolei Sławomir Sierakowski w komentarzu zamieszczonym tutaj słusznie sugeruje, by Napieralski nie popierał żadnego z kandydatów i podtrzymywał istnienie „trzeciej siły”, a w miarę możliwości wzmacniał jej znaczenie. natomiast w opinii Napieralski poza dobrem i złem Sierakowski proponuje, by Napieralski jako „ten trzeci” na scenie politycznej próbował coś ugrać dla sympatyków lewicy, wymuszając na PO przegłosowanie konkretnych ustaw w zamian za poparcie w II turze wyborów. to wyjście jest trochę ryzykowne, bo lewicowi wyborcy mogą się poczuć oszukani dobijaniem targów ponad ich głowami. drugą opcją jest budowanie sensownego dystansu do obu partii prawicowych, co może zaprocentować w kolejnych wyborach.

moim zdaniem najlepszym opcją dla Napieralskiego i SLD jest wyrazistość poglądów i próba stworzenia wspólnego frontu lewicowego, obejmującego SLD, Zielonych2004, Unię Pracy, Partię Demokratyczną, SdPL,  Partię Kobiet i inne ugrupowania o charakterze lewicowym, którym na sercu leży dobro Polski. jeśli Napieralski chce osiągnąć sukces, nie może skupiać się na kwestiach personalnych, ale musi wziąć pod uwagę przede wszystkim współpracę programową. jedynie to może zagwarantować poparcie różnych grup społecznych i sukces formacji lewicowej (lub centrolewicowej) w wyborach samorządowych i parlamentarnych.

Kościół i wybory

jak wiadomo, niedługo odbędą się wybory prezydenckie. podobnie, jak to ma miejsce przy okazji każdych innych wyborów, Kościół katolicki przeżywa ten sam problem, którym jest nadmierne angażowanie się niektórych duchownych w kampanię wyborczą. pisze o tym między innymi Dominika Wielowieyska w komentarzu Kościół i PiS: jak daleko, jak blisko.

w komitecie poparcia Jarosława Kaczyńskiego znalazło się pięciu księży wykładających na  Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II. na szczęście zarówno władze Uniwersytetu, jak i krakowska kuria odcięły się od tego gestu i wydały stosowne oświadczenia, w których stwierdzają, że zaangażowanie duchownych jest przejawem ich prywatnych poglądów (więcej: tutaj). również ks. Kazimierz Sowa (dyrektor kanału telewizyjnego religia.tv) odniósł się krytycznie do zaangażowania wymienionych księży stwierdzając tutaj między innymi: „Nikt nie ma pretensji, kiedy ksiądz idzie w dniu wyborów i zakreśla tego czy innego kandydata – to jest bycie obywatelem. Trochę gorzej, jak ktoś chce zbudować rzeczywistość ziemską według przepisu, który wydaje mu się że jest słuszny.”

powyższe opinie nie zmieniają jednak stanu rzeczy, z którego wynika, że na zaangażowaniu duchownych w politykę traci polityka, z której debata oparta na argumentach merytorycznych zostaje wyparta przez opartą na argumentach emocjonalnych, których bazą są nieweryfikowalne przesłanki, jakimi charakteryzuje się ex definitione wiara w rzeczywistość nadprzyrodzoną. traci również religia, której zostaje po trosze odebrana podmiotowość i która staje się tylko narzędziem wykorzystywanym do osiągania bieżących celów politycznych.

prymas Józef Kowalczyk w wywiadzie dla GW dostępnym tutaj wypowiedział między innymi bardzo mądre słowa: „Prywatnie każdy kapłan może mieć swoje poglądy, ale ambona nie służy do wskazywania ludziom, na kogo mają głosować. To absolutnie niedopuszczalne. Można jedynie modlić się o wybór człowieka prawego sumienia, który będzie dbał o dobro wszystkich obywateli.”

wybranie arcybiskupa Józefa Michalika na przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski nie przeszkodziło mu w angażowaniu się politycznym. niespecjalnie się przejął powyższymi słowami prymasa Kowalczyka i wystosował w trakcie Uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej (Boże Ciało) kazanie do wiernych, w którym powiedział między innymi „Jeśli naród nie będzie miał przywódców, którzy bronią prawa natury, prawa Bożego, prawa narodu do własnej historii, jeśli nie będzie miał przywódców mądrych, którzy będą potrafić łączyć nowoczesność z tradycją, nie rozwinie się nigdy.”

dla przypomnienia: Prezydent Polski (między innymi): „jest najwyższym przedstawicielem polskich władz, gwarantem ciągłości władzy państwowej, najwyższym organem państwa w zakresie władzy wykonawczej, czuwa nad przestrzeganiem postanowień i zapisów Konstytucji, zwierzchnikiem Sił Zbrojnych Rzeczpospolitej Polskiej.” (Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej, artykuły 126 – 145). w związku z czym wymienione przez arcybiskupa Michalika cechy kandydata na prezydenta są raczej drugorzędne, a na pewno nie są niezbędne.

trzeba wszelako przyznać uczciwie, że we wspomnianym kazaniu padły również słowa zachęcające do pójścia na wybory i oddania głosu, co nie jednak zmienia faktu, że w tak ważnym dla katolików dniu kazanie powinno dotyczyć na przykład Eucharystii i wartości Komunii świętej, a nie polityki.

Mirosław Czech w komentarzu Arcybiskup jednego procentu słusznie krytykuje słowa arcybiskupa Michalika wypowiedziane w wywiadzie dla Naszego Dziennika: „Ja zagłosuję na kandydata, który pokazał, że potrafi bronić życia niezależnie od układów, ufając, że przy swoich dużych umiejętnościach zawsze będzie wierny zasadom troski o dobro.” (cały tekst wywiadu tutaj).

w ten sposób Michalik wskazuje wprost i bezpośrednio na jednego z kandydatów (Marka Jurka), co zdecydowanie nie powinno mieć z uwagi na konkordat między Stolicą Apostolską a Rzeczpospolitą Polską, który stwierdza między innymi: „Państwo i Kościół katolicki są – każde w swej dziedzinie – niezależne i autonomiczne oraz zobowiązują się do pełnego poszanowania tej zasady we wzajemnych stosunkach i we współdziałaniu dla rozwoju człowieka i dobra wspólnego”.

Czech słusznie pisze: „Abp Michalik może uważać, że poza sprawami ochrony życia poczętego i sposobami przezwyciężania bezpłodności nie liczy się nic innego. I że właściwa postawa w tej materii daje certyfikat moralnej nieomylności. W polityce państwowej tak jednak nie jest. Dla zdecydowanej większości polskich katolików liczą się inne kwestie.” poparcie dla Marka Jurka w sondażach prezydenckich oscylujące w okolicach tak zwanego błędu statystycznego zdecydowanie potwierdza tą tezę. dodałbym jeszcze: na szczęście dla Polaków inne kwestie są ważne, choć wolałbym, żeby ich wyrazem była debata o Polsce i ważnych dla niej sprawach, a nie walka PO z PiS-em.

trudny wybór

w artykule Obrońca praw pokrzywdzonych. Kto będzie rzecznikiem praw obywatelskich? profesor Andrzej Nowak i Jan Lityński rozważają kandydatury Zofii Romaszewskiej i profesor Ireny Lipowicz na stanowisko Rzecznika Praw Obywatelskich, które wakuje po śmierci Janusza Kochanowskiego.

niewątpliwie rację ma Nowak mówiąc, że cała władza nie powinna być skupiona w rękach jednej partii. pisząc „cała władza” mam na myśli wszystkie najważniejsze stanowiska w państwie. jeśli kandydat PO wygra wybory prezydenckie (a wszystko na to wskazuje) i jeśli PO za rok wygra wybory parlamentarne (co jest również bardzo prawdopodobne), to  partia ta skupi w swoich rękach władzę, której żadne ugrupowanie po 1989 roku nie miało.

Rzecznik Praw Obywatelskich w Polsce nie ma żadnej realnej władzy ustawodawczej czy wykonawczej. jego obowiązkiem jest zwracanie uwagi na nieprawidłowości w ramach funkcjonującego systemu prawnego pod kątem praw obywatelskich oraz ochrona najsłabszych i pokrzywdzonych i ich reprezentowanie, często przeciw państwu stanowiącemu złe prawo. ze względu na wymienione przeze mnie funkcje związane raczej z władzą symboliczną oraz ze względu na społeczny odbiór obsady tego stanowiska istotne jest, by Rzecznikiem Praw Obywatelskich była osoba bezstronna i niezwiązana z żadną partią polityczną.

z całym szacunkiem dla Zofii Romaszewskiej i jej dokonań dla opozycji demokratycznej oraz działalności w Biurze Interwencyjnym Senatu uważam, że nie jest dobrą kandydatką na stanowisko RPO. jej wypowiedź na antenie radia TOK FM nie wystawia jej dobrego świadectwa (nagranie dostępne jest tutaj). nie chodzi mi nawet o słynne zdanie, w którym jakoby porównała gejów i lesbijki do prostytutek, ale o całą wypowiedź, która sprawia wrażenie mało profesjonalnej. swoją drogą, przedstawiony tutaj obraz Romaszewskiej jest zdecydowanie krzywdzący i autor artykułu powinien ją przeprosić.

podobnie jak Jan Lityński uważam, że lepszą kandydatką na stanowisko RPO jest Irena Lipowicz ze względu na swoje wykształcenie prawnicze (doktor habilitowany nauk prawnych). może być ono bardzo przydatne w codziennej pracy polegającej na analizie aktów prawnych pod względem ich zgodności z szeroko pojętymi prawami człowieka. nie ukrywam, że profesor Lipowicz jest mi bliższa ze względu na swoją niegdysiejszą przynależność partyjną (Unia Demokratyczna, potem Unia Wolności).

dzielenie społeczeństwa, żałoba i spiski

Paweł Poncyljusz w odpowiedzi na apel rodzin ofiar katastrofy pod Smoleńskiem (dostępny tutaj) twierdzi, że ten list „może być elementem gry politycznej”. mówi także: „Ja szczerze mówiąc nie widzę takich przykładów, żeby ktokolwiek dzisiaj zawłaszczał tę tragedię, szczególnie ze strony sztabu Jarosława Kaczyńskiego [..]„. (więcej: tutaj). mam wrażenie, że Poncyljusz chyba żyje  w alternatywnej rzeczywistości. chociaż z drugiej strony: czy telewizja bezczelnie agitująca za Jarosławem Kaczyńskim (przykłady tutaj i tutaj) jest częścią sztabu? nie jest. albo: czy reżyserka żenującego filmu „Solidarni 2010″ jest częścią sztabu? też nie jest. więc pod względem logicznym wszystko jest w porządku.

problem w tym, że zawłaszczanie tragedii i dzielenie Polaków następuje w niespotykany dotąd sposób, o czym bardzo mądrze pisze Tomasz Lis w komentarzu Jednomyślność kontra pluralizm. wiadomo nie od dziś, że istotą rządzenia PiS-u jest dzielenie społeczeństwa i zagospodarowywanie elektoratu, który można ogólnie określić jako „ludzie niezadowoleni z przemian III RP”. dotychczas owo dzielenie miało jakieś ramy i zasady, jednak odkąd poparcie w sondażach zaczęło spadać, a formuła Jedynych Prawdziwych Patriotów zaczęła się wyczerpywać, PiS-owi zaczął się palić grunt pod nogami. dodatkowo niektóre sondaże nie dawały większych szans Lechowi Kaczyńskiemu nie tylko na reelekcję, ale nawet na wejście do drugiej tury wyborów prezydenckich.

jak wiemy, 10.04.2010 wydarzyła się katastrofa pod Smoleńskiem, w której zginął prezydent wraz z 95 innymi osobami. nie trzeba było długo czekać, aż partia Jarosława Kaczyńskiego wystawi go jako kandydata w wyborach prezydenckich (choć przez chwilę w to wątpiłem, o czym napisałem tutaj). on sam w wygłoszonym oświadczeniu określił się jako kontynuator polityki zmarłego brata, a jego sztab przystąpił do pracy. choć właściwie w kontekście tego, co się dzieje w telewizji i internecie, powinienem powiedzieć: do brudnej roboty.

ciekawie o pewnym dualizmie związanym z żałobą pisze Waldemar Kuczyński w komentarzu Knebel Żałoby zwracając uwagę na to, że „Krytyka PiS, jego prezesa i zmarłego brata, jest przedstawiana jako przestępstwo moralne, godzenie w powagę żałoby i lekceważenie cierpienia ludzi, którzy stracili bliskich. Przy tym szantaż nie obejmuje jednakową ochroną wszystkich ofiar i dotkniętych żałobą, lecz głównie prezydenta i jego brata.” a z drugiej strony „[...] ich medialne i internetowe armie są w natarciu, wykorzystując w stopniu niespotykanym wcześniej rynsztokowy rezerwuar języka. Ich samych żałobna cenzura nie obowiązuje rzecz jasna, bo wymyślają tym, którzy, ich zdaniem, zmarłych i ich rodziny nie chcą uszanować.”

nawet w takim wypadku, jak żałoba widać, kto jest/był naprawdę ważny w PiS-ie – Jarosław Kaczyński i jego brat. pomimo śmierci innych polityków, cenzura obowiązuje tylko w przypadku wymienionej dwójki. powód jest prosty – cokolwiek może szkodzić zmarłemu Lechowi Kaczyńkiemu – jest złe. a ponieważ Jarosław Kaczyński chce (w przenośni oczywiście) za pomocą trumny brata wwieźć się do Pałacu Prezydenckiego, krytyka Lecha Kaczyńskiego może mu szkodzić i na wszelki wypadek jest wycinana, pomniejszana, zagadywana i tak dalej.

oczywiście problemem jest wspomniane przeze mnie zawłaszczanie żałoby i bezwstydne agitowanie za kandydaturą prezesa PiS-u. jednak dużo większym problemem jest istnienie zaplecza w postaci różnej maści dziennikarzy i blogerów snujących różnego rodzaju teorie spiskowe, mające na przykład na celu poinformowanie społeczeństwa, że prezydent padł ofiarą zamachu. przykładem może być jest niejaki Toyah (notabene bloger roku 2009), który w tym wpisie sugeruje, że prezydent został zamordowany. prawicowi publicyści publikujący na platformie salon24.pl nie wierzą w to, co jest przekazywane w oficjalnych kanałach informacyjnych i uważają, że wszystkim rządzą Oni, którzy chcą źle dla Polski. dlatego też mają na BLIP-ie specjalny tag: #psychiatryk24.

to, w jaki sposób PiS wykorzystuje śmierć prezydenta Lecha Kaczyńskiego do własnych, nikczemnych celów, budzi moje obrzydzenie i sprzeciw. chociaż właściwie można się było tego w pewnym sensie spodziewać po partii, która wszelkimi dostępnymi sposobami chce wrócić do władzy, by zrealizować swój wymarzony projekt, czyli IV RP. mam szczerą nadzieję, że Jarosław Kaczyński poniesie sromotną porażkę w wyborach prezydenckich, a jego partia w wyborach samorządowych i parlamentarnych. mam również nadzieję, że Grzegorz Napieralski osiągnie dobry wynik w wyborach samorządowych, a partie lewicowe w wyborach parlamentarnych i samorządowych. w przeciwnym wypadku czeka nas kolejne zmarnowane 5 lat. chyba na to nie zasłużyliśmy?