różne różności

powyborcze refleksje

jak wiadomo, w niedzielę 09.10.2011 odbyły się wybory parlamentarne. wyniki jakie są, każdy mniej więcej wie (wygrała PO – 39,18%, drugi był PiS – 29,89 %, potem kolejno Ruch Palikota, PSL i SLD – wszystkie trzy z poparciem w okolicach 10%). można różnie interpretować te wyniki, ja pokuszę się również o parę słów w temacie.

wygrana PO niewątpliwie jest związana z tym, że albo większości Polakom odpowiada aktualny stan rzeczy albo tak się boją powrotu rządów PiS-u, że zagłosowali na PO ze strachu. poziom poparcia dla PiS-u wskazuje, że druga hipoteza nie jest całkiem bezpodstawna. co prawda partia Kaczyńskiego nie byłaby w stanie stworzyć koalicji z kimkolwiek, a rząd mniejszościowy od początku kadencji nie wchodziłby w grę w dzisiejszych czasach, ale zapewne spora część głosujących na PO powodowała się właśnie strachem przed PiS-em.

stosunkowo duże poparcie PiS-u przez głosujących oznacza, że spora część społeczeństwa daje się nabrać na brednie człowieka, który sprawia wrażenie nie tylko kompletnie oderwanego od jakichkolwiek realiów, ale też opętanego manią prześladowczą. te dwie rzeczy nie są groźne, natomiast w połączeniu z kwestionowaniem podstaw demokracji oraz obrażaniem i poniżaniem przeciwników są groźne, jeśli mają poparcie prawie jednej trzeciej głosujących. zadaniem PO na kolejne cztery lata rządów jest wytłumaczenie elektoratowi PiS-u, że można inaczej.

poparcie Ruchu Palikota na poziomie 10% jest wynikiem niebywałego zmęczenia Polaków wojną między PO i PiS-em. oznacza też, że można do parlamentu wprowadzić posłów nie dysponując dotacjami budżetowymi i nie mając tak zwanego „aparatu”. oczywiście Palikot dysponuje swoimi funduszami, jest osobą publiczną i ma kontrowersyjne poglądy odpowiadające sporej rzeszy ludzi. jednak nie byłoby tak dobrego wyniku bez jeżdżenia po Polsce i rozmawiania z ludźmi. czas pokaże, czy jego program (niewątpliwie dość populistyczny) był obliczony głównie na wynik wyborczy czy zostaną podjęte próby realizacji przynajmniej niektórych postulatów. liczę na drugą opcję.

katastrofalny wynik SLD oznacza zmianę przywództwa (wreszcie!). stawiam na kogoś z trójki: Piekarska, Kalisz, Balicki i jeśli rzeczywiście któreś z nich zostanie szefem Sojuszu, będzie oznaczało to większe otwarcie na inne środowiska (Zieloni2004, Partia Kobiet, osoby związane z Krytyką Polityczną), co może wyjść Sojuszowi tylko na lepsze. mówiąc: „otwarcie” mam na myśli nie tylko listy wyborcze, ale przede wszystkim współpracę ideową i odświeżenie wizerunku, które Sojuszowi jest zdecydowanie potrzebne.

stabilny wynik PSL-u jest konsekwencją tego, co ktoś powiedział na Twitterze: ich elektorat odwdzięcza się im za to, że cały czas realizują jego interesy. niby oczywiste, ale jak widać na przykładzie SLD pod rządami Napieralskiego, nie dla wszystkich. z drugiej strony trudno wyobrazić sobie parlament bez posłów PSL-u, bo niby kto miałby realizować postulaty rolników. oczywiście abstrahuję tutaj od zasadności tych postulatów, ale chyba elektorat agrarny jako jedyny z pełnym przekonaniem może powiedzieć „mamy SWOICH ludzi w Sejmie”.

osobiście cieszę się z  niezłego wyniku Ruchu Palikota, martwię się słabym wynikiem SLD, jestem przerażony stosunkowo dużym poparciem PiS-u. wynik PO i PSL pozwalający im rządzić przez drugą kadencję nie wzbudza we mnie specjalnych emocji.

z innej beczki: ciekaw jestem, czy hierarchowie Kościoła katolickiego wezmą sobie do serca spostrzeżenia Bogumiła Łozińskiego z Gościa Niedzielnego (Tusk zwycięzca), który zauważa, że „Poparcie antykościelnego ruchu przez ponad milion obywateli powinno wzbudzić refleksję wśród osób odpowiedzialnych za kształt Kościoła w Polsce m.in. na temat tego, jakie są powody niechęci do Kościoła tak znacznej grupy Polaków.

nie łudzę się specjalnie, bo od dłuższego czasu Kościół w Polsce, przynajmniej ten najbardziej widoczny i sprawujący władzę nad resztą, czyli hierarchiczny ma problem z wyciąganiem wniosków ze swoich porażek (o tym, że Kościół przegrał podwójnie, ciekawie pisze Katarzyna Wiśniewska). diagnozy autorstwa takich osób, jak ks. Adam Boniecki, o. Ludwik Wiśniewski czy o. Jacek Prusak są lekceważone, a to się kiedyś zemści.

zamieszanie z Powstaniem Warszawskim

jak co roku, pierwszego sierpnia przypada kolejna rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego. nie kręci mnie nurzanie się cierpiętnictwie i martyrologii (o czym napisałem między innymi w tym wpisie), bardzo nie lubię, kiedy słowem „Ojczyzna” wycierają sobie gębę różne polityczne męty i budzi we mnie obrzydzenie próba załatwiania swoich interesów za pomocą bogojczyźnianej retoryki.

na szczęście w takiej postawie nie jestem w tym osamotniony: Tomasz Piątek w swoim felietonie Reklama W odnosi się krytycznie do pomysłu przelotu nad Warszawą Herkulesa (amerykański transprtowiec C-130) i zrzucenia zeń stu tysięcy ulotek przypominających o uczczeniu minutą ciszy poległych powstańców. słusznie Piątek zauważa, że chyba nie jest najlepszym pomysłem zrzucenie ulotek, które potem będą leżeć na bruku obok reklam agencji towarzyskich. bo jeśli już ktoś czci pamięć o Powstaniu, to coś takiego jest zdecydowanie niesmaczne. zaś wspomnianą przez Piątka paradę kajaków pominę litościwym milczeniem.

ośmielony przez Tomasza Piątka również Cezary Michalski napisał felieton dotyczący Powstania Warszawskiego – 63 dni gniewu albo wizażyści zwłok. Michalski przypomina, że w pewnym sensie wynikiem wysłania na nieomal pewną śmierć znacznej części polskiej młodzieży i mieszkańców okupowanej Warszawy było tak gremialne i entuzjastyczne poparcie stalinizmu przez tych, którzy ocaleli. oczywiście, wybór był – można było działać w zbrojnym podziemiu antykomunistycznym, narażając siebie i swoich bliskich na ciężkie więzienie albo rozstrzelanie. zdaniem Michalskiego: „Ta absurdalna rzeź zwalniała z wszelkich zobowiązań wobec polskości. [..] Absurdalna masakra nie przywiązuje ludzi do Polski, ona ich od Polski odpycha.” 100% racji, Panie Redaktorze.

z przerażającym, bo pisanym na serio bełkotem w felietonie Tomasza Terlikowskiego Wychować swoje dzieci na powstańców rozprawia się Sara we wpisie jak wychować swoje dzieci na sztywne zimne trupki z małymi paluszkami zaciśniętymi na karabinach, jak na pomniku (ależ długi tytuł, swoją drogą). otóż redaktor Terlikowski chciałby wychować swoje dzieci na powstańców. oczywiście ma nadzieję, że nie będą wystawione na taką próbę, ale jeśli zajdzie taka potrzeba, to chciałby, żeby zginęły za Ojczyznę (oczywiście taką, jak ją rozumie Terlikowski). kluczowe jest zdanie: „Ale też, że wiemy, że są takie momenty, gdy trzeba oddać życie, by zachować twarz”. no tak, twarz wychowa dzieci po zakończeniu wojny, wytłumaczy im Wszystkie Ważne Rzeczy i będzie je wspierać w życiu, to przecież oczywiste.

Sara zwraca uwagę na niebywałą hipokryzję autora. otóż „redaktor Terlikowski nigdzie nie pisze o tym, ze *on* zamierza umierać; nic z tych rzeczy”. nie, on przeżyje po to, by Dać Świadectwo Prawdzie, ewentualnie napisać książkę „O Bohaterskiej Obronie Ojczyzny Przez Małych, Ale Dzielnych Powstańców”. kiedy słyszę takie #cozapierdolenie, robi mi się słabo i urywa mi wszystko od wszystkiego.

mojego #mindfuck.u w temacie Powstania dopełniają dwie rzeczy: pomysł nakręcenia filmu skierowanego do młodych ludzi (made by: Łukasz Orbitowski i Tomasz Bagiński, więcej: tutaj) oraz słowa bodajże Jana Nowaka-Jeziorańskiego z filmu dokumentalnego Powstanie Warszawskie – 60 lat później. otóż Nowak-Jeziorański mówi tam mniej więcej tak: „Gdyby Powstanie nie wybuchło z rozkazu AK, mogłoby zostać przejęte przez kogo innego, na przykład komunistów. Wtedy Polska po wojnie byłaby kolejną republiką sowiecką. ” biorąc pod uwagę to, że Stalin czekał na drugim brzegu Wisły (co prawda z mocno osłabioną armią, ale jednak), to jest w tym sporo racji, bo wtedy miałby Warszawę podaną na talerzu przez wiernych sobie ludzi.

dla jasności: uważam podobnie, jak Grzegorz Sroczyński w komentarzu Kłóćmy się o powstanie, że potrzebna jest rzetelna debata dotycząca sensowności samego Powstania, jego (nie) osiągniętych celów i stosunku Polaków do niego, a wpis ministra Radosława Sikorskiego na Twitterze uważam za bardzo cenny i ważny. w przeciwieństwie do Agaty Puścikowskiej, która w niezwykle słabym komentarzu Katastrofa, panie ministrze daje wyraz swojej jednostronnej wizji Powstania. z drugiej jednakże strony Gość Niedzielny nigdy nie słynął z pluralizmu poglądów prezentowanych na jego łamach, więc nie jestem wielce zaskoczony.

dzisiejszy Al Capone

na prośbę synafii (czy ktoś oprócz niej jeszcze zagląda na mojego bloga? nie liczę tych, którzy trafiają na ten wpis, szukając aplikacji dla Androida – około 100 odsłon dziennie) postanowiłem coś skrobnąć, zanim wyjadę na urlop.

problem w tym, że nie za bardzo czuję potrzebę pisania dłuższych tekstów. mógłbym coś napisać na temat wymysłów chorego umysłu Jarosława Kaczyńskiego, który uważa, że „W Polsce nie ma demokracji”. ciekawe zatem, co prezes powiedziałby o latach 1945-89. zapewne wtedy w Polsce była demokracja, wszak rządzili politycy lewicowi średniego pokolenia i komuniści, ale patrioci.

mam nadzieję, że recepty prezesa na naprawę Polski przekonają jak najmniej osób. wolałbym, żeby tzw. wykluczonych reprezentowała w Sejmie jakaś inna partia, bo taka reprezentacja jest konieczna z psychologicznego punktu widzenia. mam nadzieję, że zwycięzcy wyborów nie przyjdzie do głowy pomysł współrządzenia z PiS-em i że ta właśnie partia będzie w Sejmie i Senacie rodzajem pariasa, którego obecność się toleruje, bo tego wymaga przyzwoitość, ale bliższe kontakty z nim są źle widziane.

mógłbym również napisać o tym, że o. Tadeusz Rydzyk widzi zaciskającą się wokół swojego radia pętlę (więcej tutaj). jaka przenikliwość i inteligencja, brawo! wygląda na to, że z Radiem Maryja postanowiono się rozprawić drogą administracyjną, która jest najskuteczniejsza w demokratycznym państwie. pozwolę sobie przypomnieć, że prawomocny wyrok na Ala Capone został orzeczony za niepłacenie podatków, nie za morderstwa, stręczycielstwo czy przemyt.

oczywiście nie zamierzam porównywać gangstera do zakonnika (?), ale trudno uciec od pewnych analogii. Rydzyk co prawda nikogo nie zabił, ale słowa nadawane na antenie jego radia i telewizji są pełne nienawiści i jak ulał pasują słowa z piosenki Czesława Niemena „A jednak często jest, że ktoś słowem złym zabija tak, jak nożem.” Rydzyk podobnie jak Capone nie jest politykiem, ale podobnie jak on wpływa na politykę, realizując swoje chore i złe ambicje. Capone stworzył program walki z krzywicą i otworzył jadłodajnie dla ubogich – Rydzyk … hmm, nie przychodzi mi do głowy żaden przykład działalności charytatywnej Radia Maryja.

wiem, że jest to kolejny wpis dotyczący tego, czego nie lubię (PiS i Radio Maryja), ale tym, co lubię i co mi się podoba, dzielę się na Facebooku, tudzież innych serwisach społecznościowych. jeśli ktoś chce, nietrudno mnie znaleźć w sieci, zapraszam do kontaktu.

rok później

jak wiadomo, jutro przypada pierwsza rocznica katastrofy smoleńskiej (mała wskazówka dla mediów: katastrofy, a nie tragedii), w której zginął kwiat polskiej polityki. można się spierać, czy ten kwiat pachniał ładnie, tak sobie czy brzydko – wszak de gustibus non est disputandum, niemniej to wydarzenie zmieniło polską politykę na wiele lat. mam niestety wrażenie, że zmieniło ją na gorsze, poziom debaty politycznej od dawna pukającej w dno od spodu jest cały czas z zapałem pogłębiany, a ważne sprawy są dalej niezałatwione.

dzisiaj przyszła mi do głowy bardzo brzydka myśl: otóż pomyślałem, że Jarosławowi Kaczyńskiemu w pewnym sensie nie mogło się przydarzyć nic lepszego niż katastrofa smoleńska. oczywiście mam na myśli względy tylko i wyłącznie polityczne. śmierć brata bliźniaka stała się dla niego czymś  w rodzaju wieloczynnościowego scyzoryka szwajcarskiego, który w zależności od potrzeby może służyć do cięcia, piłowania, otwierania puszek i butelek bądź wreszcie wkręcania śrubek.

Jarosław Kaczyński uczynił ze śmierci swojego brata najpierw Kombajn Do Zbierania Głosów Wśród Ludu (podczas kampanii prezydenckiej), potem przyspawanej do krzyża na Krakowskim Przedmieściu używał do dezawuowania wybranego prezydenta Bronisława Komorowskiego.  w zależności od nastroju i bieżących potrzeb albo się nią zasłaniał, by nie wypowiadać się na niewygodne tematy, albo używał jej jako obucha na politycznych przeciwników. zapewne nie wyliczyłem wszystkich zastosowań i pewnie sam prezes Kaczyński jeszcze ich wszystkich nie wymyślił.

jak wierne psy za panem swego politycznego życia i śmierci postępują takie tuzy, jak Mirosław Błaszczak, Jacek Kurski, Beata Szydło czy Zbigniew Ziobro. ich pozycja w partii jest mocna, ale nie na tyle, żeby sprzeciwić się prezesowi, więc autoryzują swoją osobą każdą brednię, którą Kaczyński raczy obdarować społeczeństwo za pośrednictwem mediów. nie będę się zastanawiał, jak są w stanie patrzeć w lustro i nie zarzygać wszystkiego dookoła, bo to przerasta moją zdolność pojmowania. dziwię się jedynie mainstreamowym mediom, że relacjonują #cozapierdolenie prezesa, zamiast odizolować społeczeństwo od jego samego i jego pomysłów.

w związku przesytem aż do wyrzygu informacji na temat katastrofy smoleńskiej, obchodów rocznicy tejże tudzież doniesień na tematy: kto z kim, gdzie i dlaczego (bądź nie) postanowiłem sobie urwać jutro od wszystkich mediów, a w szczególności internetu. dzień bez Smoleńska dla zdrowia psychicznego!

P. S.

oczywiście współczuję rodzinom wszystkich ofiar katastrofy i niniejszy wpis tego bynajmniej nie pomniejsza.

dobra doczesne, czyli arcybiskup Głódź atakuje

Benedykcie XVI, czym Ci tak dopiekli mieszkańcy diecezji gdańskiej, że ich pokarałeś powołując na urząd biskupi Sławoja Leszka Głódzia? używając terminologii samochodowej: poprzedni metropolita, arcybiskup Tadeusz Gocłowski był jak  auto produkcji niemieckiej – czyste, solidne i eleganckie, natomiast aktualny biskup jest jak brudny i śmierdzący Fiat 126p, który się często psuje, a podczas jazdy wydziela dużą ilość smrodliwych spalin.

do powyższej konstatacji skłoniła mnie wypowiedź biskupa Głódzia na temat zwrotu zabytków wypożyczonych z Muzeum Narodowego w Warszawie do Bazyliki Mariackiej w Gdańsku. wypowiedział on takie słowa: „Konia ze stajni się nie wyprowadza. Te dzieła sztuki tam są i tam pozostaną, bo one tam były od zawsze (…) Skończmy te monologi, które prawdopodobnie wywołała sama pani dyrektor muzeum. Wyszła przed szyk, ona nie jest symetryczną stroną całego sporu, partnerem jest minister” (więcej na ten temat tutaj).

dowodzą one jasno, że biskup zachował się jak chciwy cham i prostak. być może nie zdaje sobie sprawy z tego, że dzieła sztuki nie są jego własnością, a rzeczy pożyczone należy oddawać. nie sądzę, żeby w wojsku (z którym Głódź miał kontakt przez znaczący okres swojego  życia jako biskup polowy) obowiązywały inne zasady. nie wspominając o tym, że jego stosunek do słów dyrektorki Muzeum Narodowego dowodzi niebywałej arogancji, która nie przystoi nikomu, a zdecydowanie najmniej pasterzowi Kościoła katolickiego. wstyd i hańba.

dla jasności: nie miałbym nic przeciwko temu, żeby dzieła znajdujące się w Bazylice Mariackiej były tam nadal. wszelako niezbędne byłoby spełnienie określonych warunków, takich jak: dopuszczenie konserwatorów do zbadania przechowywanych dzieł, rzeczowa rozmowa i przeprosiny oraz zaznaczenie, że rzeczone zabytki są wypożyczone z Muzeum Narodowego i nie stanowią własności Kościoła. oczywistą rzeczą jest, że dzieła sztuki muszą być przechowywane w stosownych dla nich warunkach nie mogą być narażone na kradzież czy akty wandalizmu.

niestety, postawa koncyliacyjna i pewien poziom kultury są, jak widać niedostępne  dla biskupa Głódzia, w związku z tym Muzeum Narodowe zdecydowało się na bezprecedensowy proces przeciw Bazylice Mariackiej w Gdańsku w sprawie odzyskania zagarniętych dzieł sztuki. nie zdziwiłbym się wcale, gdyby Muzeum Narodowe wygrało ten proces i i szczerze na to liczę. być może przegrana sprawa przyczyni się nieco do ukrócenia zapędów niektórych hierarchów kościelnych, którzy zamiast zająć się powierzonym im ludem, troszczą się przede wszystkim o dobra doczesne.

problem z Generałem

Krzysztof Burnetko w analizie Wojciech Jaruzelski, czyli problem z generałem odnosi się do osoby generała Wojciecha Jaruzelskiego. punktem wyjścia rozważań autora jest zaproszenie generała Wojciecha Jaruzelskiego na posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Narodowego przez prezydenta Bronisława Komorowskiego.

niewątpliwie było to posunięcie kontrowersyjne, ale nie można zapominać o tym, że niezależnie od oceny działalności Generała, jest on byłym prezydentem Polski. a to, że został on wybrany przez Sejm, a nie w wyborach powszechnych, nie ma znaczenia. w końcu ktoś wybrał do Sejmu posłów, którzy przegłosowali jego wybór na prezydenta Polski.

zastanawiające, że ci, którzy najzajadlej krytykują sam fakt prezydentury Jaruzelskiego, zdają się nie pamiętać o przeróżnych uwarunkowaniach z lat 1989 – 1990. co prawda aktualna konstytucja przyznająca prezydentowi między innymi rolę gwaranta ciągłości władzy państwowej obowiązuje od 1997 roku, ale obsadzenie stanowiska prezydenta właśnie tym, a nie innym człowiekiem miało być sygnałem dla rządzących Związkiem Radzieckim, że Polska jest krajem stabilnym, a nieuchronna zmiana władzy odbywa się pokojowo i nie stanowi dla nich zagrożenia.

warto również pamiętać, że Wojciech Jaruzelski podpisał (choć nie musiał) wszystkie ustawy, które uchwalił Sejm kontraktowy. niby nic w tym dziwnego, ale jeśli zastanowić, jakie wtedy ustawy były przedkładane prezydentowi do podpisu, to łatwo dojść do wniosku, że większość z nich była zdecydowanie sprzeczna z poglądami samego Generała i pomysłami gospodarczo-politycznymi formacji, z której się wywodził. niemniej prawie wszystkie zostały podpisane i weszły w życie.

mało kto również pamięta o tym, że to sam Jaruzelski zawnioskował o skrócenie swojej kadencji, choć nie musiał tego robić. najwidoczniej uznał, że jego rola w polskiej polityce się wypełniła, a jego służba dla kraju jest zakończona. moim skromnym zdaniem dowodzi to dużej klasy i poziomu kultury osobistej.

nie zamierzam negować odpowiedzialności Wojciecha Jaruzelskiego za „wydarzenia grudniowe” czy wprowadzenie stanu wojennego. on sam się tego bynajmniej nie wypiera. moim zdaniem głęboko nieuczciwe jest przedstawianie tylko negatywnych faktów z czyjegoś życia i działalności, niezależnie od tego, czy mówimy o świętym Maksymilianie Maria Kolbe czy o Che Guevarze.

Grzegorz Rzeczkowski w opinii Wojciech Jaruzelski w składzie RBN zwraca uwagę na dwie ważne rzeczy. pierwszą jest szaleństwo rozliczania i sprawiedliwości dziejowej, które jednakże do niczego sensownego i konstruktywnego nie prowadzi, skwitowane słowami: „Za to wydaje się, że próbując utopić w błocku Jaruzelskiego, ubrudziliśmy się wszyscy.” i „Od moralnej odpowiedzialności nikt go nie zwolni, zresztą sam generał od niej się nie uchyla, o czym zresztą wielokrotnie mówił.”

drugą jest sam gest prezydenta Komorowskiego, o którym Rzeczkowki pisze tak: „Zapraszając generała Bronisław Komorowski nie tylko wznosi się ponad historyczne podziały, po raz kolejny przykładając w ten sposób rękę do ich zniwelowania. Wysyła również Rosji sygnał, że w Polsce kończy się czas polowania na wszystko, co wiąże się z okresem sprzed 1989 roku. Że najwyższy czas na nowe otwarcie.”

mam zastrzeżenia do prezydenta Komorowskiego, choćby o pochopne podpisanie nowelizacji ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii („antydopalaczowej”), wszelako ten gest pokazuje, że stara się on być prezydentem wszystkich Polaków. równie ważne jest to, że jako prezydent chce łączyć, a nie dzielić i to, że docenia ludzi z różnych środowisk i chce wykorzystać ich wiedzę i zdolności. wymienione przeze mnie cechy wydają się być niezwykle ważne w odniesieniu do najwyższej osoby w państwie.

dla kronikarskiego obowiązku przypomnę, że o generale Wojciechu Jaruzelskim pisałem tutaj. zapraszam do komentowania.

krew i pseudopolityka

jak można przeczytać choćby tutaj, niejaki Ryszard C. wtargnął do siedziby PiS-u w Łodzi, gdzie oddał 6-8 strzałów, zabił asystenta europosła PiS-u i zranił asystenta innego posła PiS-u. po zatrzymaniu mówił, że chciał zabić Jarosława Kaczyńskiego. za popełnione zabójstwo grozi mu dożywocie. tyle faktów.

Jarosław Kaczyński od razu znalazł winnych tej tragedii – jest nim według prezesa PiS-u Donald Tusk i PO, które rozpętały „kampanię nienawiści”. te brednie należałoby pominąć litościwym milczeniem, jednak trzeba pamiętać, że Jarosław Kaczyński w czasie kampanii wyborczej brał leki, co mogło wpłynąć w sposób znaczący na jego aktualne postrzeganie rzeczywistości i kłopoty z pamięcią. no chyba, że jest skończonym cynikiem, a ludzi uważa za kretynów, którzy łykną każde jego kłamstwo. ja wolę wersję z lekami, może jest prawdziwa.

Donald Tusk ma nadzieję, że ta śmierć przyczyni się do otrzeźwienia (wypowiedź: tutaj). jako premier polskiego rządu musiał powiedzieć takie właśnie słowa, które mają przyczynić się do tonowania nastrojów, ale jakoś nie chce mi się w to wierzyć. zwłaszcza, że zbliżają się wybory samorządowe, za rok będą wybory parlamentarne, a poziom merytoryczny debaty politycznej w Polsce osiągnął już dawno dno, które jest ciągle z zapałem pogłębiane. z drugiej strony nie dziwię się premierowi: w końcu nadzieja umiera ostatnia.

Apel Kościoła do polityków też nie jest zaskoczeniem, bo w końcu co mieli powiedzieć? brak reakcji w sprawie krzyża odbił się czkawką (i zapewne jeszcze niejeden raz odbije), więc reakcja hierarchów jest naturalna. wszelako w kontekście wypowiedzi dotyczących mającej się rozpocząć niebawem sejmowej debaty o in vitro apel biskupów brzmi wyjątkowo niewiarygodnie. przypomnę: procedura in vitro jest porównywana do „wyrafinowanej aborcji” i nazywana „młodszą siostrą eugeniki”. jeśli to są słowa pełne miłości bliźniego, miłosierdzia i zrozumienia dla człowieka, to albo czegoś nie doczytałem, albo nie zrozumiałem.

Waldemar Kuczyński w felietonie Ktoś sieje wiatr, burzę zbierają wszyscy większą część winy za spiralę nienawiści nakręcającą polską politykę przypisuje PiS-owi. oczywiście prezes Kaczyński odpowiada za puszczenie jej w ruch, ale niewiele mniej winy jest po stronie Donalda Tuska i jego partii, która według Kuczyńskiego jest przede wszystkim ofiarą. oczywiście trudno nie reagować, kiedy ktoś bije jak w bęben, ale z drugiej strony: gdyby wszyscy ignorowali rewelacje głoszone przez Kaczyńskiego i jego podwładnych, być może po jakimś czasie znudziłoby im się ględzenie wciąż o jednym i tym samym. dobrą analogią jest tutaj dziecko, na którego płacz się nie reaguje w sytuacji wymuszania, a które w końcu się uspokaja i potulnie przychodzi do rodziców.

z diagnozą Kuczyńskiego nie zgadza się Michał Sutowski pisząc w felietonie Znów dwie Polski – równo warte o jałowym i wyniszczającym polską politykę sporze PiS-PO, który po wczorajszym zabójstwie prawdopodobnie wróci z powrotem do retoryki sprowadzającej się do: Kto Kogo, Kto Zaczął i Kto Winien. Sutowski trafnie pisze: „Krew ofiar posłuży za ostateczny argument obu stronom – i kierunek oskarżeń nie ma dużego znaczenia.” oraz „Wygląda to tak, jakbyśmy wrócili do polityki „sprzed krzyża”. Po trupach do celu? Chyba nie, bo tu już żadnego celu nie widać – tylko jałową wojnę permanentną.” oby autor nie miał racji, bo na kolejne zmarnowane lata Polski po prostu nie stać.

z kolei Cezary Michalski  odpowiedzialnością za Krew na rękach obarcza również siebie jako tego, który w 2005 roku głosował na PO/PiS, a nawet innych do tego namawiał. takie postawienie sprawy wydaje się  zbyt srogie, bo kto mógł przypuszczać 5 lat temu, że „obaj ci „liderzy postsolidarnościowego obozu”, kiedy już dostali pełnię władzy podzieloną na pół, cały swój talent przeżycia i do „polityki” zainwestowali nie w reformę państwa, nie w naprawę polskiej polityki, ale w opłacalny dla obu stron konflikt.” zwłaszcza, że szli oni do władzy pod szumnym hasłem naprawy III RP (PO) i zbudowania IV RP (PiS). tak czy owak: chcieli wykorzenić zło, które się w polskiej polityce zalęgło na wszystkich szczeblach.

niestety nie udało im się Polski naprawić, za to jednym udało się bardziej popsuć, drugim mniej. ponadto sprowadzili politykę do rynsztoka i sprawili, że ludzie przestali się nią interesować, a głosowanie w wyborach staje się przede wszystkim plebiscytem popularności i głosowaniem „przeciw”, a nie realnym wyborem między alternatywnymi programami. marzę o końcu takiej pseudo-polityki i mam nadzieję, że się doczekam jej, zanim stuknie mi czwarty krzyżyk (btw, wczoraj skończyłem 35 lat, więc nie zostało zbyt wiele czasu).