różne różności

o płodności i świętości

wczoraj gfedorynski wrzucił na BLIP-a coś takiego: http://blip.pl/s/260446007. zaciekawiony treścią blipnięcia wszedłem pod wskazany adres, przeczytałem linkowany tekst i przyznam, że w pierwszej chwili nie wiedziałem, czy mam się śmiać, czy raczej zapłakać.

otóż pod wskazanym adresem znajduje się blog Tomasza Terlikowskiego, a konkretnie wpis Szaleństwo Bożej Miłości, w którym autor pisze, że cieszy się  z rozpoczęcia procesu beatyfikacyjnego małżeństwa, które miało 21 dzieci (z czego przeżyło trzynaścioro z nich). po krótkim guglaniu doszedłem to tej strony, na której są podane daty  narodzin i śmierci przyszłych świętych.

jak widać, żyli oni w dwudziestym wieku i zastanawiające jest to, że aż ośmioro dzieci im zmarło. no, ale z drugiej strony w trakcie ich życia odbyły dwie wojny światowe, we Włoszech rządził Benito Mussolini, a medycyna nie była tak rozwinięta, jak obecnie, więc ósemka dzieci miała prawo umrzeć.

o wiele bardziej zastanawia mnie inna rzecz: po co powoływać na świat aż tak liczne potomstwo? domyślam się, że wspomniane małżeństwo nie było specjalnie zamożne, a czasy, w których przyszło im żyć, były niespokojne, na pomoc państwa nie można było liczyć, więc płodzenie (wtedy) dwudziestki dzieci oznacza dla mnie skrajną głupotę i nieodpowiedzialność, a nie wzór do naśladowania.

rozumiem, że Kościół katolicki pokazuje jako przykład świętości życie świętej Joanny Beretta Mola, która mimo włókniaka macicy donosiła ciążę, a niedługo po narodzinach dziecka zmarła. jestem w stanie zrozumieć, co nie znaczy, że uważam jej postawę za wzór do naśladowania. natomiast jest dla mnie niepojęte, że mogą zostać wyniesieni na ołtarze ludzie, którzy spłodzili dwudziestkę dzieci, z czego prawie połowa im zmarła. nie bardzo rozumiem, w jaki sposób taka postawa ma być przykładem dla wiernych?

Terlikowski (można powiedzieć, że jak zwykle) przeinacza fakty. pisze między innymi: „w świecie, w której kobieta wychowująca dzieci w domu uznawana jest za niespełnioną, a mężczyzna za niewyżytego”. być może żyjemy w alternatywnych rzeczywistościach, ale feministki (bo do nich zapewne pije autor) walczą zarówno o to, żeby kobieta mogła nie mieć dzieci, jeśli nie chce, ale również o to, żeby mogła ich mieć jak najwięcej, jeśli chce. wysiłki feministek zmierzają do skłonienia państwa do pomocy w OBU przypadkach, czego autor niestety nie zauważa.

autor pisze dalej: „Oczywiście przyjęcie dwudziestki (a nawet dziesiątki) dzieci wymaga zaufania. Tu ludzkie wyliczenia nie wystarczą, trzeba głęboko wierzyć Bogu, temu, że nie pozostawi on swoich dzieci bez pomocy, że wraz z dzieckiem przyjdzie na świat także kolejny bochenek chleba” .

niewątpliwie jest w tym trochę racji, równocześnie jednak trzeba być realistą i mieć po pierwsze świadomość wyniszczenia organizmu kobiety, która ma rodzić te dzieci, po drugie zdawać sobie sprawę z tego, że najnormalniej w świecie nie da się kochać tak samo wszystkich dzieci, a po trzecie brać pod uwagę różne nieprzewidziane wydarzenia (choćby choroba czy śmierć jednego z rodziców albo utrata źródła utrzymania).

większość ludzi chcących mieć dzieci bierze pod uwagę różne ograniczenia, którym jako istoty ludzkie/kobiety i mężczyźni/będący w pewnym wieku/obywatele danego państwa są poddani. moim zdaniem jest to używanie rozumu, będącego darem Boga i sensowna realizacja Bożego zamysłu wyrażonego w słowach: „bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną” (por. Rdz 1, 28).

Terlikowski zdaje się tego nie rozumieć i bredzi o „antyżyciowej histerii”, „mentalności antykoncepcyjnej” i „strachu przed życiem”. mam wrażenie, że autor zmierza do tego, że najlepiej będzie, jeśli wszyscy bez opamiętania zaczniemy się rozmnażać, a troskę o zapewnienie dzieciom i rodzicom chleba powszedniego pozostawimy Bogu. bo przecież „skoro dał dziecko, da i na dziecko”, nieprawdaż?

poganizacja czyli o pośrednikach i utracie kontroli

Tomasz Piątek prawie rok temu napisał felieton Rozważania nad likwidacją polskiego katolicyzmu. odnosi się w nim do dość istotnej dla polskiej polityki i Kościoła katolickiego w Polsce kwestii, jaką jest wpływ Kościoła na życie polityczne w Polsce. wpływ, który nie jest mierzalny wprost („ile dywizji ma papież”), a jego siła wyraża się w bezalternatywności (oby przejściowej) dotyczącej sposobu funkcjonowania w polskim życiu społeczno-politycznym.

świetnie ten fakt ilustrują zdania z cytowanego przez autora artykułu Wiesława Władyki i Mariusza Janickiego:  „Większość polityków, włącznie z postkomunistyczną lewicą, układała się z Kościołem po jego myśli, nie szła z nim na żadną wojnę, tak jak gdyby przyjęto żelazną zasadę, że tu frontów się nie buduje, tu trzeba się dogadać, czyli ustąpić.” oraz: „Bo wobec Kościoła wszyscy coś robią na wszelki wypadek”. w jakiś sposób jest to zgodne z polską mentalnością, która każe nie wychylać się, ale równocześnie uczy kombinowania i radzenia sobie na własną rękę, niestety przeważnie po szkodzie.

Piątek twierdzi, że w społeczeństwie nie dokonuje się tak naprawdę laicyzacja (zakładająca świadomy wybór, refleksję natury moralnej i autonomiczne decyzje odpowiedzialnych jednostek), tylko poganizacja (oddanie życia duchowego w ręce kogoś, kto zaspokoi moje potrzeby w tym względzie, ale nie będzie wymagał przemiany duchowej i pozwoli żyć tak, jak wcześniej).

jeśli ktoś zamierza zarzucić mi rozpowszechnianie nieprawdy, proponuję odpowiedzenie sobie na pytanie: jak funkcjonuje katolicyzm w Polsce? czy rządzi nim tradycja i przyzwyczajenie, czy jest oparty na katechezie prowadzącej do zmiany życia na lepsze? mam na myśli katolicyzm en bloc, a nie grupy typu Odnowa w Duchu Świętym, Ruch Światło-Życie, Droga Neokatechumenalna czy im podobne.

autor felietonu proponuje rozwiązanie tego problemu. mianowicie radzi ludziom wierzącym, by swojego kontaktu z Bogiem nie zostawiali w rękach pośredników (kapłanów i biskupów), bo: „Można natomiast poszukać bezpośredniego kontaktu z Bogiem – i życie wcale nie musi stać się od tego straszniejsze (w moim przypadku było wręcz przeciwnie).” oczywiście generalizuje i przesadza pisząc: „Nie trzeba płacić chciwym obłudnikom ani uczestniczyć w ich kampaniach nienawiści.”, jednak należy pamiętać, że najbardziej widoczne są niestety rzeczy, które zdecydowanie w instytucji opierającej się na Ewangelii nie powinny mieć miejsca i to one rzutują na obraz całości (por. powiedzenie o łyżce dziegciu w beczce miodu).

w niedawnym felietonie Kato się doigrało Piątek zauważa symboliczne pęknięcie Polski na dwie części, które się dokonało (dokonuje?), a dla którego kluczowe są: katastrofa smoleńska i jej wykorzystanie w kampanii prezydenckiej, „bitwa pod krzyżem” i wielkość poparcia dla Jarosława Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich. wszystkie te wydarzenia spowodowały według Piątka to, że Kościół katolicki przestaje w Polsce być potrzebny klasie średniej, która jest kluczowa w demokracji liberalnej (a z całą pewnością przestaje być potrzebny PO, określającej się jako przedstawiciel tejże klasy średniej).

dowodami na ową „niepotrzebność” są między innymi przegrana popieranego mniej lub bardziej jawnie przez Kościół katolicki Jarosława Kaczyńskiego (przegrana mimo poparcia potężnej instytucji, jaką jest Kościół), rosnące poparcie dla postulatów realnego rozdziału Kościoła od państwa oraz postępująca coraz szybciej modernizacja państwa, która niestety idzie w parze z pauperyzacją społeczeństwa.

Piątek określa ów ostatni proces jako „plastikową-pseudomodernizację” i prorokuje nadejście, a może i wygraną w wyborach kogoś, kto będzie skrzyżowaniem populisty z liberałem, czyli polskiej wersji Berlusconiego (świetnie napisała o Berlusconim i upadki polityki Agnieszka Graff w felietonie Wielka pupa, wielki cyc). obawiam się, że obydwoje mają rację, jeśli chodzi o przewidywanie kierunku, w którym podąża polska polityka i polskie media. wobec powyższego pytanie nie brzmi: „czy?”, tylko „kiedy?”

z kolei Cezary Michalski w felietonie Najwierniejsza córa kontrreformacji opisuje związek Kościoła z polską polityką z nieco innej perspektywy, mianowicie historycznej. udowadnia on, że Kościół katolicki w Polsce od czasów kontrreformacji żywi się słabością świeckiej Polski, szczególnie zaś jej efektownymi klęskami i upadkami (powstania, zabory). także niektórzy politycy, których znaczenie jest raczej marginalne, mogą liczyć na poparcie Kościoła. jak pisze Michalski: „Im są słabsi, tym chętniej Kościół używa ich jako narzędzi.”

jeśli założyć, że któryś z wymienionych przeze mnie felietonistów ma rację, będzie to oznaczać, że w miarę upływu czasu wpływ Kościoła katolickiego na polską politykę będzie maleć nie przez zeświecczenie społeczeństwa czy wpływ „cywilizacji śmierci”. bezpośrednią przyczyną będzie brak sensownej „oferty” skierowanej do ogółu wierzących (którzy stanowią równocześnie elektorat partyjny) oraz wzrost znaczenia w polskim Kościele hierarchów pokroju biskupa Sławoja Leszka Głódzia czy ojca Tadeusza Rydzyka.

niestety hierarchowie nie dostrzegają zagrożenia i skupiają się na kwestiach praw reprodukcyjnych (in vitro, aborcja) albo na świętowaniu 20-lecia wprowadzenia katechezy do szkół. cóż, pasażerowie Titanica też do pewnego momentu nie dostrzegali, że toną…

noc na Krakowskim Przedmieściu

jak wiadomo, z 9 na 10 sierpnia na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie odbyła się manifestacja (akcja? happening?) w obronie świeckości państwa i przeciwko obecności krzyża przed Pałacem Prezydenckim.

interpretacje tego faktu są jednak różne. na przykład Maciej Gdula uważa, że Lud na Krakowskim Przedmieściu zapoczątkował tą manifestacją nowy etap walki o neutralność światopoglądową państwa polskiego, a sama manifestacja z różnych powodów była niewygodna dla różnorakich sił w polskiej polityce. nawet jeśli tak nie jest (jak uważa szwedzki we wpisie Taras wybrukowany nadzieją), to z całą pewnością był to wyraźny sygnał dla wszystkich, że istnieje spora liczba osób, którym przeszkadza fakt „sojuszu tronu z ołtarzem”, jaki jest obecny w polskiej polityce po 1989 roku. ta manifestacja była (mam nadzieję, że nie jedyną) okazją do „policzenia się”.

podobne intuicje płyną z wywiadu z profesorem Radosławem Markowskim Radosny happening przeciw imperialnym zapędom Kościoła. autor zwraca uwagę na zaangażowanie polityczne Kościoła w wyborach prezydenckich, które może skutkować sprzeciwem wobec zaangażowania Kościoła w politykę. wspomniana manifestacja być może była w jakimś sensie momentem przełomowym dla procesu laicyzacji w Polsce, pokazującym chęć egzekwowania konstytucyjnego zapisu o neutralności światopoglądowej państwa.

doktor Paweł  Borecki uważa, że Żyjemy w państwie wyznaniowym. można się nie zgadzać z tym poglądem, jednak trzeba wziąć pod uwagę przywołane w wywiadzie fakty, które wskazują na to, że konkordat między Rzeczpospolitą Polską a Stolicą Apostolską jest umową niezbyt korzystną dla państwa polskiego, za to dającą duże przywileje Kościołowi katolickiemu w Polsce. ta sytuacja jest pewnym ewenementem, jeśli chodzi o umowy międzynarodowe, których państwo polskie jest stroną i sygnatariuszem, jednocześnie nic (oprócz chęci) nie stoi na przeszkodzie, by ten stan rzeczy zmienić.

z kolei Halina Bortnowska w wywiadzie To nie protest przeciw krzyżowi zwraca uwagę na to, że ludzie zgromadzeni na Krakowskim Przedmieściu z 9 na 10 kwietnia nie protestowali przeciw krzyżowi jako takiemu, ale przeciwko temu konkretnemu krzyżowi stojącemu przed Pałacem Prezydenckim i przeciwko politycznemu wykorzystywaniu go w przestrzeni publicznej. zwracają uwagę słowa: „Być może wielu z tych demonstrantów chce całować krzyż w Wielki Piątek i są przekonani o wielkiej świętości tego symbolu.”

Mirosław Czech w komentarzu Społeczeństwo świeckie i jego siła podkreśla drogę, jako przebyło polskie społeczeństwo w ciągu czterech miesięcy od katastrofy smoleńskiej do demonstracji przeciwników obecności krzyża pod Pałacem Prezydenckim. przewiduje on rozszerzenie się procesu laicyzacji w Polsce, szczególnie wśród młodego pokolenia. czas pokaże, czy ta prognoza była słuszna, natomiast słowa: „Spór o świeckie państwo i jego rozdział od Kościoła powróci z wielką siłą” zapewne okażą się prawdziwe. przypuszczam, że ów spór mocniej rozgorzeje w kampanii przed wyborami parlamentarnymi w 2011 roku.

Roman Pawłowski oglądając z Nancy, reżyserką z Los Angeles Szoł na Krakowskim (czyli relację z „wojny o krzyż”) nie wie, jak jej wytłumaczyć zaistniałą sytuację. Nancy jest Amerykanką i trudno jej zrozumieć, że do polskich władz „obrońcy krzyża” wołają: „Gestapo!”, a w księży rzucają monetami. nie tylko obcokrajowcom trudno jest pojąć sytuację, w której ludzie określający się jako katolicy traktują symbol swojej religii instrumentalnie i pozwalają na jego polityczne wykorzystywanie.

nie byłem na wspomnianej demonstracji, bo nie mieszkam w Warszawie, mogę co najwyżej organizatorom pogratulować pomysłu, a wszystkim obecnym pogratulować obywatelskiej postawy. mam nadzieję, że był to pierwszy krok na drodze do wprowadzenia w życie zasady rozdziału Kościoła od państwa. mam również nadzieję, że dla hierarchów Kościoła katolickiego był to czytelny znak, który pokazuje, że zaangażowanie Kościoła w politykę źle się kończy przede wszystkim dla Kościoła.

różne spojrzenia na „bitwę pod krzyżem”

jak powszechnie wiadomo, grupka obłąkańców mieniących się „obrońcami krzyża” skutecznie zablokowała wyznaczone na 03.08.2010 uroczyste przeniesienie krzyża stojącego przed Pałacem Prezydenckim do kościoła św. Anny w Warszawie.

Adam Leszczyński w komentarzu „Bitwę pod krzyżem” przegrali wszyscy konstatuje, że:

  • przegrało państwo, które nie umie obronić swojego (teoretycznie) świeckiego charakteru,
  • przegrał Kościół, którego kapłanów wierni wyzywali „precz z komuną”,
  • przegrali niewierzący, którzy dostali przed oczy dowód nieszanowania i olewania ich praw,
  • przegrali wierzący, których jeden z symboli można bardzo łatwo sprofanować (pomijam fakt, że krzyż nie jest poświęcony i nie wisi na nim figura Chrystusa, więc tak naprawdę są to dwie deski).

Ewa Siedlecka przytomnie zauważyła w komentarzu Kto krzyżem wojuje…, że w pewnym sensie państwo rękami swoich przedstawicieli samo sobie strzeliło w stopę, uchwalając wspomnianą przez autorkę uchwałę „W sprawie poszanowania krzyża”. niewątpliwie była ona użyteczna, kiedy trzeba było zabiegać o głosy u potencjalnych wyborców, ale w kryzysowej sytuacji stanowi oręż dla różnego rodzaju oszołomów.

Jan Turnau w komentarzu Hańba apeluje, by biskupi Kościoła katolickiego nawet za cenę utraty autorytetu wzięli odpowiedzialność za całą sytuację i włączyli się w rozwiązanie całej sytuacji. to sympatyczne, że Turnau wierzy w dojrzałość Episkopatu jako zgromadzenia biskupów, jednak prawda jest taka, że odkąd umarł papież Jan Paweł II, polski Episkopat ma problem z zajęciem odważnego  i sensownego stanowiska w kwestiach dotyczących czegoś innego, niż etyka seksualna i wybory.

w bardzo gorzkim tonie na temat biskupów wypowiada się Tadeusz Sobolewski w komentarzu Kościół umywa ręce. poprzez brak stanowczego potępienia zachowań „obrońców krzyża” biskupi oddają im inicjatywę i niejako przyzwalają na profanowanie krzyża i anarchistyczne zachowania szkodzące państwu. w pewnym sensie dają świadectwo postawy niezbyt patriotycznej, a na pewno nie obywatelskiej.

w mocnych słowach na temat „bitwy pod krzyżem” wypowiada się Dariusz Bruncz w komentarzu Profanacja krzyża. Wielka porażka Kościoła. poddaje on krytyce Kościół w osobie arcybiskupa Kazimierza Nycza stwierdzając: „Jeśli Kościół, a konkretnie arcybiskup metropolita warszawski Kazimierz Nycz nie tylko nie pojawił się przed Pałacem, co potencjalnie mogłoby uzdrowić całą sytuację, ale ustami swoich kapłanów zdystansował się od sprawy krzyża, to w jakiej sprawie może/powinien/chciałby/musiałby/wolno by mu było zająć jakiekolwiek stanowisko?”

w takich sytuacjach widać, że polski Kościół najlepiej sprawdza się w warunkach bojowych zarówno mając za przeciwnika system komunistyczny jak liberalizm. natomiast, co także podkreśla Bruncz, ma problem z misją duszpasterską, której elementem mogłoby być między innymi uświadomienie obrońcom krzyża niewłaściwości ich zachowania w ramach pasterskiej posługi biskupiej. niestety dyplomacja, w której Kościół ma duże sukcesy, tutaj się nie nadaje do zastosowania.

Maciej Gdula trochę się rozpędził sugerując w swoim komentarzu, że Komorowski nie powinien zostać zaprzysiężony, niemniej ustąpienie instytucji państwowych przed grupą fanatyków źle wróży tej prezydenturze. mimo, że gospodarzem chodnika przed Pałacem Prezydenckim według prawa jest prezydent Warszawy, to krzyż został postawiony przed siedzibą prezydenta Polski, a Komorowski jako prezydent elekt zobowiązał się do jego usunięcia stamtąd. jeśli więc prezydent nie potrafi sobie poradzić z takim zadaniem, nie wiadomo, czego się spodziewać w obliczu trudniejszych wyzwań.

Andrzej Macura napisał zaskakująco wyważony i trafny komentarz Święty nade wszystko, w którym podkreśla używanie religii do swoich celów, jakimi są dla „obrońców krzyża” wyrażenie sprzeciwu wobec nowo wybranego prezydenta i upamiętnienie zmarłego prezydenta. niezwykle ważne i mądre są zdania: „Wybrani w demokratycznych wyborach przedstawiciele naszego kraju mogą się podobać lub nie. Można się z nimi spierać właściwie o wszystko. [..] Wierzący powinien to jednak robić na swój własny rachunek. Nie może używać argumentu, że ma rację, bo po jego stronie jest Bóg.” oraz: „Niestety, zbyt wielu polskich katolików w dobrej wierze nie tyle inspiruje się Ewangelią, co szuka w Ewangelii poparcia dla swoich poglądów. To subtelna różnica, ale bardzo istotna.”

jako chrześcijaninowi jest mi niewymownie wstyd za ludzi, którzy używają symbolu krzyża do obrony swoich racji politycznych, a swoich przeciwników uważając za zło wcielone. wstyd mi również za władze państwowe, które ustępują fanatykom religijnym i wycofują się z wcześniejszych ustaleń dotyczących uporządkowania przestrzeni miejskiej. wstyd mi także za hierarchów Kościoła katolickiego, którzy nie mają odwagi potępić ludzi, którzy z krzyża uczynili sobie narzędzie służące walce politycznej. i nic już nie będzie takie samo nie po katastrofie smoleńskiej, ale po „bitwie o krzyż”.

o krzyżu i podziałach

jak zapewne wiedzą niektórzy z moich czytelników, jestem ANTYfanem Jana Pospieszalskiego, a jego „twórczość” uważam za świadectwo postawy nie mającej wiele wspólnego katolicyzmem, do którego Pospieszalski (może nie zawsze wprost, ale jednak) się odwołuje. mam również wrażenie, że pan Jan wyobraża sobie, że jest kimś w rodzaju współczesnego kaznodziei. niestety ani zdolności, ani poziom intelektualno-moralny nie predestynują go tej roli. i choć niewyrobionemu czytelnikowi/widzowi jego produkcje mogą się podobać, to jednak ich blask jest blaskiem tombaku, a nie złota, że pozwolę sobie na niewyszukane porównanie.

niedawno Pospieszalski popełnił artykuł Ten krzyż jest wyrzutem sumienia. niestety już w drugim akapicie autor dokonuje manipulacji pisząc: „Nie tylko dlatego, że Polska staje się znów krajem jednej partii i jednej gazety (a być może niebawem także jednej, choć przez kilku nadawców realizowanej, telewizji). Walka z krzyżem na Krakowskim Przedmieściu, wyjąwszy atak ZOMO, przebiega przy użyciu tych samych metod, co w PRL. Z drobnymi naturalnie różnicami.”

pozwolę sobie autorowi przypomnieć, że to obywatele decydują, komu powierzają mandat poselski i kogo wybierają na prezydenta. nie przypominam sobie protestów, gdy większość parlamentarną miał PiS, a prezydentem był Lech Kaczyński, z PiS-u się wywodzący. zaś wpływ tytułów prasowych (w tym przypadku GW) na rzeczywistość jest przez autora przeceniany.

porównanie zaś aktualnych przepychanek związanych z krzyżem przed Pałacem Prezydenckim do walki z chrześcijaństwem w czasach PRL-u jest świadectwem niebywałego cynizmu autora artykułu. w przeciwieństwie do okresu 1945 – 1989 w wolnej i demokratycznej Polsce każdy może wyznawać dowolną religię (kwestię równości wszystkich religii wobec polskiego prawa świadomie pomijam), nikt nikogo nie prześladuje za to, w co wierzy, a symbole religijne nie są zakazane. co więcej: krzyże wiszą w prawie każdym urzędzie, klasie szkolnej i w innych miejscach, niekoniecznie do tego celu przeznaczonych.

dalej autor cytuje opinię doktora Wojciecha Jabłońskiego stwierdzającą, że krzyż jest „samowolką budowlaną”. postawienie krzyża w okresie żałoby narodowej było uzasadnione emocjami i nikt wtedy nie zastanawiał się, czy jest to zgodne z prawem. ten stan rzeczy był w pewnym sensie naturalny, jednak jeśli wziąć pod uwagę przepisy prawa budowlanego zinterpretowane na przykład w tym artykule, to postawienie krzyża nie było zgodne z prawem. Pospieszalski jako dziennikarz nie zwykł zawracać sobie głowy podobnymi drobiazgami i niuansami, ważna jest teza i dopasowane do niej argumenty.

według autora artykułu „krzyż pozostaje świadectwem tygodnia Narodowego Czuwania.” (pisanego koniecznie z Dużych Liter), a jego i Ewy Stankiewicz produkcja „Solidarni 2010″ jest zapisem tego, co naród przeżywa i czego doświadcza. uważny widz dostrzeże, że ów „film” jest ordynarną manipulacją, w której pozwolono się wypowiedzieć reprezentantom tylko jednej opcji politycznej, którzy winą za katastrofę smoleńską obciążają Rosjan, sugerując zamach. ludzie występujący w filmie atakują również GW, rząd Donalda Tuska i uważają, że władza „została przekazana mafijnym układom medialno-biznesowym.” recenzja tego wiekopomnego dzieła sztuki reporterskiej jest dostępna tutaj, natomiast sam film można bez trudu znaleźć na serwisie youtube.com.

słowa: „Katastrofy smoleńskiej i tego, czego doświadczyliśmy jako wspólnota po 10 kwietnia, nie da się wymazać czy usunąć tak, jak wymienia się kafle na trotuarze.” są kolejnym nadużyciem. nikt nie ma zamiaru wymazywać i usuwać ani samej katastrofy smoleńskiej ani doświadczeń polskich obywateli, zarówno tych indywidualnych, jak i wspólnotowych. wszelako Pospieszalski dzielący świat na: MY (dobrzy) i ONI (źli) uważa, że ONI mogą posłużyć się siłą, by sprzed Pałacu Prezydenckiego usunąć ludzi, którzy przyjdą „by domagać się wyjaśnienia tej tragedii.”

gdyby cytowane przez mnie słowa były autorstwa jednego z pacjentów #psychiatryk24, skwitowałbym to prawdopodobnie wzruszeniem ramion, jednakże gdy drukowanie podobnych bzdur w ogólnopolskim dzienniku jest szkodliwe i niebezpieczne. w związku z tym wydało mi się stosownym odniesienie się do artykułu Pospieszalskiego w niniejszym wpisie.

niejako dla równowagi zacytuję słowa księdza Jacka Prusaka, który w artykule Krakowskie Przedmieście to nie Golgota dobitnie mówi, czym krzyż jest i do czego nie powinien służyć.

mianowicie: „krzyż nie jest symbolem ani żałoby, ani tragedii smoleńskiej. Dla chrześcijanina jest symbolem męki Jezusa z Nazaretu, symbolem wiary i przedmiotem kultu religijnego, a także jednym z najważniejszych gestów liturgicznych.” oraz „Można więc mówić o „kulcie smoleńskim” w znaczeniu szerszym (społecznym, historycznym), ale walka o krzyż na Krakowskim Przedmieściu po to, żeby był on znakiem kultu „nowych męczenników” czy okazją do manifestowania własnych poglądów politycznych, dzieląc obywateli na lepszych i gorszych katolików, jest jawną manipulacją krzyżem i nie ma nic wspólnego z kultem religijnym.” nic dodać, nic ująć.

warto również zapoznać się ze zdaniem Stołecznego Konserwatora Zabytków, dostępnym tutaj, a dotyczącym ingerowania w przestrzeń architektoniczną przy Pałacu Prezydenckim.

biskup Juliusz Paetz – kłopotów ciąg dalszy

podczas pisania poprzedniego wpisu dotyczącego odwołania watykańskiego dekretu zakazującego sprawowania władzy biskupiej Juliuszowi Paetzowi przypuszczałem, że sprawa jest „rozwojowa”, ale nie sądziłem, że do tego stopnia. i nie przyszłoby mi do głowy, że wydarzenia będą następować tak szybko.

jak informuje tutaj GW (za PAP-em), arcybiskup Stanisław Gądecki złożył rezygnację z urzędu, czemu z kolei zaprzecza tutaj poznańska kuria. Katarzyna Wiśniewska trafnie skomentowała decyzję Gądeckiego w komentarzu Abp Gądecki odważny i bezradny. jest to zaiste krok godny podziwu i naśladowania, jeśli chodzi o prawdziwą troskę o Kościół jako powierzoną sobie owczarnię Pańską. obawiam się wszakże, że taka postawa jest niestety postawą Don Kichote’a. honorową i piękną, ale będącą wyrazem bezradności mimo posiadanej racji.

Tomasz Terlikowski wypowiada się tutaj na temat istnienia tak zwanej „lawendowej mafii”. nie darzę autora zbytnim szacunkiem ze względu na jego zafiksowanie na punkcie aborcji i homoseksualizmu, ale jestem skłonny uwierzyć w jego słowa choćby ze względu na to, że brzmią one dość prawdopodobnie. Terlikowski zwraca uwagę  na to, co podkreśla również wielu świeckich publicystów: wyjaśnienie skandali związanych z molestowaniem seksualnym (również homoseksualnym) nie może się opierać tylko na kościelnych instancjach, niezbędna jest współpraca z władzami świeckimi.

jakkolwiek dziwnie to brzmi dla mnie samego, zgadzam się z Terlikowskim, który przewiduje, że rozwiązanie sprawy biskupa Paetza w sposób, z jakim mamy do czynienia, może przyspieszyć proces laicyzacji w Polsce. zarówno Terlikowski, jak i Wiśniewska zwracają uwagę na to, że w bieżącym kontekście słowa papieża potępiającego nadużycia seksualne księży (na przykład w liście katolików do Irlandii, o czym pisałem tutaj) brzmią mało wiarygodnie.

profesor Józef Baniak w wywiadzie Ultimatum abp. Gądeckiego podkreśla troskę Gądeckiego o jedność diecezji i dobro moralne wiernych. pewne zdumienie muszą budzić słowa: „Nie wiem, czy Watykan przypadkiem nie „testuje” sytuacji: co stałoby się w Polsce, gdyby cofnął zakazy abp. Paetzowi.” zakładam, że faktycznie wspomniany dekret został odwołany (czemu zdecydowanie jestem przeciwny). jeśli jednak tak nie jest, a wspomniana sytuacja jest faktycznie „testem”, oznacza to robienie z wiernych durniów, czemu jestem również przeciwny, ponieważ jako chrześcijanin wyposażony w podmiotowość nie życzę sobie tego typu traktowania.

skoro już w drugim miejscu pojawiają się pewne określenia, stosownym będzie odniesienie się do nich. mam na myśli „to sprawa prestiżu” (tutaj) oraz „splendor hierarchy czynnego w Kościele lokalnym” (tutaj). naprawdę trudno mi powiedzieć, jak ma się zabieganie o ziemski prestiż i splendor do słów Jezusa: „Lecz kto by między wami chciał stać się wielkim, niech będzie waszym sługą. A kto by chciał być pierwszym między wami, niech będzie niewolnikiem waszym, na wzór Syna Człowieczego, który nie przyszedł, aby Mu służono, lecz aby służyć i dać swoje życie na okup za wielu.” (Mt 20,26-28)

o zgorszeniu i przyzwoitości

Gazeta Wyborcza informuje tutaj, że Watykańska Kongregacja ds. Biskupów odwołała dekret, którym zakazała arcybiskupowi Juliuszowi Paetzowi sprawowania posługi biskupiej w archidiecezji poznańskiej po ujawnieniu przypadków molestowania przez niego kleryków w poznańskim seminarium. Paetz został wtedy zmuszony do rezygnacji ze stanowiska metropolity poznańskiego i jako biskup senior zamieszkał w domu w Poznaniu.

nie udało mi się dotrzeć do oficjalnego komunikatu Kongregacji, w związku z tym mogę tylko zakładać, że wiadomości podane przez GW są prawdziwe. ks. Adam Boniecki nie chce sprawy komentować, ponieważ jest osobą publiczną i redaktorem Tygodnika Powszechnego, natomiast ja jako anonimowy bloger mogę nie czyniąc takiego zastrzeżenia odnieść się do całej sytuacji.

w pierwszej chwili po przeczytaniu wspomnianych informacji poczułem głęboki niesmak. i nie wynikał on z samej natury przewinienia biskupa Paetza, ale z braku przyzwoitości w jego postępowaniu. wprawdzie nie przyznał się do zarzucanych mu czynów i nie został on skazany prawomocnym wyrokiem, ale stało się tak dlatego, że pokrzywdzeni nie złożyli zawiadomienia o przestępstwie. w jakimś stopniu można tłumaczyć takie postępowanie strachem przed zamknięciem sobie drogi, jeśli chodzi o „karierę” w Kościele, co mogłoby mieć miejsce, biorąc pod uwagę rozległe znajomości Paetza.

jeśli rzeczywiście biskupowi Paetzowi zależy na odczytaniu stosownego listu we wszystkich kościołach archidiecezji poznańskiej, oznacza to, że jest w pewnym sensie osobą mściwą i chce swoich przeciwników upokorzyć, wykorzystując do tego władzę biskupią. ten, kto spodziewałby się więcej pokory po pasterzu Kościoła katolickiego, srodze się pomylił. widzę tutaj zaprzeczenie słów Jezusa: Wiecie, że ci, którzy uchodzą za władców narodów, uciskają je, a ich wielcy dają im odczuć swą władzę. Nie tak będzie między wami.” (Mk 10, 42-43)

trudno mi też zgodzić się ze słowami ks. Bonieckiego, który powiedział: „Jest w Ewangelii napisane, że „większa jest radość z jednego grzesznika czyniącego pokutę niż z 99 sprawiedliwych”. Ktoś, kto był odsunięty, może wrócić. Wspólnota chrześcijańska powinna się z tego radować.” przyczyna jest prosta – po biskupie Paetzu nie widać skruchy i żalu za popełnione czyny. jak powiedział o. Joachim Badeni w przywołanym przez Jana Turnaua komentarzu Szczyty zła: „A on sobie spokojnie siedzi tam, gdzie siedział – nie urzęduje co prawda, nie zarządza diecezją, ale gdzie kara? Gdzie publiczne przeproszenie wszystkich pokrzywdzonych? Tego nie ma!”

najgorsze jest w całej sytuacji zgorszenie, które ta sytuacja wywołuje wśród wiernych, dla których biskup (jako pasterz Kościoła) powinien być wzorem postępowania. niewykluczone, że dla wielu z nich stał się przyczyną odejścia od Kościoła. rację ma Turnau pisząc: „Nie pojmuję zatem, jak Watykan mógł podjąć decyzję korzystną dla winnego, przywrócić mu święte uprawnienia. Widać są tam ludzie, którzy uważają, że póki nie ma protestów, nie ma sprawy. Spokojnie czekają, aż Polska będzie drugą Irlandią.”

jest jedna zasadnicza różnica między Irlandią a Polską: Kościół katolicki ma  w Polsce ogromny wpływ na partie polityczne. i kiedy faktycznie podobne nadużycia w dużej ilości zaczną wychodzić na jaw, a sądy zostaną zasypane pozwami procesowymi, może okazać się, że z polskiego Kościoła nie będzie czego zbierać. z całą pewnością zmieni to polską politykę, a władzę może przejąć na długie lata antyklerykalna lewica. obawiam się wszelako, że hierarchowie polskiego Kościoła są zbyt skupieni na ochronie praw zarodków i innych kwestiach związanych z tak zwaną sprawiedliwością reprodukcyjną, by podobny scenariusz przyszedł im na myśl.