śmierć i statystyka
nie ukrywam, że informacja o śmierci Amy Winehouse mną wstrząsnęła dużo bardziej niż informacja o zamachach w Norwegii. właściwie mógłbym powiedzieć, że informacja o zamachach w Norwegii obeszła mnie tyle, co informacja o tegorocznym trzęsieniu ziemi w Japonii czy tsunami w 2004 roku. oczywiście przyjąłem do wiadomości, że ludzi zginęło sporo (Norwegia), dużo (Japonia) czy bardzo dużo (Azja Południowo-Wschodnia), ale prawda jest brutalna: z żadną z ofiar nie łączyło mnie nic więcej, niż to, że podobnie jak ja, była człowiekiem mieszkającym na planecie Ziemia.
pewną część winy za brak empatycznego podejścia do ofiar wyżej wymienionych katastrof ponosi telewizja i jej banalizacja śmierci, tudzież sposób podawania informacji w mediach, a także wałkowanie tematu do usranej śmierci, aby mieć o czym gadać z ekranu (vide: sprawa Krzysztofa Olewnika). słysząc enty raz doniesienie o tym albo tamtym dostaję białej gorączki i naciskam na piocie przycisk „mute”, przełączam na inny kanał, na którym nie ma wiadomości, albo całkiem wyłączam telewizor.
kiedy umiera ktoś, kogo znałem osobiście, ewentualnie ktoś znany publicznie, który robił coś, co było dla mnie w taki czy inny sposób ważne – przejmuję się tym przez dłuższy albo krótszy czas, co jakiś czas go wspominam i myślę o nim. natomiast kiedy umiera ktoś, kogo nie znałem – przykro mi, ale nie wzbudza to we mnie specjalnych emocji.
jeśli chodzi o Amy Winehouse: lubiłem ja, bardzo podobał mi się jej głos i piosenki, jakie śpiewała. ba, uważałem, że jest jedną z najzdolniejszych wokalistek swojego pokolenia (wiem, banał). równocześnie było mi przykro, że prowadzi taki, a nie inny styl życia, który wcześniej czy później może ją doprowadzić do samozagłady. jak widać – wcześniej, niestety.
w pewnym, ale tylko w pewnym sensie (co ładnie napisała Szprota we wpisie Amy) można powiedzieć, że Amy sama sobie zapracowała na taki koniec. oczywiście jest to tylko część prawdy, bo osoba uzależniona jest nią, zanim sięgnie po pierwszy kieliszek czy pierwszą działkę, a samo uzależnienie jest silnie uwarunkowane genetycznie (Tomasz Piątek genialnie to tłumaczy w felietonie Pokrętna logika Tomasza Wiścickiego). niektórym ludziom się udaje wyjść z nałogu, jej niestety się nie udało.
jak powiedział Józef Stalin: „Jedna śmierć to tragedia, milion – to statystyka”. w rzeczy samej.
samokrytyka i kod kulturowy judaizmu
Cezary Michalski w felietonie Kod kulturowy Borata rozprawia się z dwoma tekstami, zawierającymi stek bzdur – jeden z tychże jest autorstwa Jarosława Marka Rymkiewicza, drugi Krzysztofa Kłopotowskiego. nie czytałem żadnego z nich, bo szkoda mojego czasu na takie #cozapierdolenie, więc poniższą analizę tekstu opieram na cytatach z tekstu Michalskiego.
w swoim felietonie Rymkiewicz zarzuca twórcom Gazety Wyborczej działanie na szkodę państwa polskiego, którego szczególnymi przejawami mają być między innymi bycie duchowymi spadkobiercami KPP, chęć sprawienia, „by Polacy przestali być Polakami” oraz „strach przed polskim krzyżem”. niestety Rymkiewicz plecie od rzeczy, co Michalski elegancko punktuje.
akurat twórcy GW jak mało kto odczuli na swojej skórze konsekwencje buntu najpierw przeciwko praktykom KPP, potem przeciwko jej teoriom wcielanym w życie w okresie 1945-89. co do bycia Polakami, to cały czas niestety słuchamy zdartej płyty pt. „co znaczy być Prawdziwym Polakiem?”, której głównymi wykonawcami są politycy i publicyści prawicy, zafiksowani na tym punkcie. jeśli chodzi o „polski krzyż”, to ja też się go boję, przynajmniej w takim wykonaniu, z jakim mamy obecnie do czynienia. a GW ma po prostu nieco inny punkt widzenia na rolę Kościoła w Polsce, co niektórym prawicowcom trudno zrozumieć.
jest dla mnie niezmiernie pocieszającym i budującym fakt, że Michalski jeszcze wierzy w to, że Polaków da się czegokolwiek nauczyć, przynajmniej w kwestii stosunku do bliźnich. pisze tak: „Spróbujmy się nauczyć, że jeśli ktoś ma inną wizję polskości niż my, nie jest od razu wrogiem polskości, zaprzańcem i zdrajcą. Jeśli ma inną wizję krzyża w życiu publicznym, nie od razu „krzyża się boi”, a jeśli różni się od nas w politycznych i ideowych wyborach, nie jest z automatu „duchowym spadkobiercą KPP”” po wydarzeniach ostatniego roku przestaję mieć nadzieję na to, że w Polsce zmieni się na lepsze przed upływem kolejnych dwudziestu lat, a tu proszę: skoro pan Cezary wierzy, to może i ja powinienem jednak porzucić pesymizm?
natomiast Krzysztof Kłopotowski w swoim tekście informuje czytelników o „mądrościach” zapisanych w Protokołach Mędrców Syjonu pisząc, że kierownictwo GW realizuje „ewolucyjną strategię judaizmu”. sugeruje on w swojej antysemickiej wypowiedzi, że prawdą są przeróżne kłamstwa na temat Żydów, a Polakom doradza ich naśladowanie, bo „Żydom lepiej się wiodło od Polaków”. faktycznie lepiej, skoro w ciągu paru tysięcy lat historii Żydzi nie mieli swojego państwa przez czas nieporównywalny z Polakami (jakieś 2000 lat), ogromna część narodu została eksterminowana podczas Holokaustu i w żadnym kraju poza swoim nie są mile widziani. rzeczywiście, jest czego zazdrościć.
dalej jest mowa o realizowaniu „kodu kulturowego judaizmu” w nawiązaniu do sztuki krytycznej w Polsce i Izraelu (mądre i błyskotliwe), natomiast mnie osobiście bardzo ważne wydaje się co innego. mianowicie Kłopotowski pisząc o realizacji „kodu kulturowego judaizmu” przywołuje słynny/niesławny wywiad Cezarego Michalskiego z Michałem Cichym i Michalski przyznaje (lepiej późno niż wcale), że opublikowanie tego wywiadu było błędem, bo stało się pożywką dla dla prymitywnego antysemityzmu, którego erupcję można było zaobserwować między innymi w #psychiatryk24.
potem jest jeszcze ciekawiej: „Oczywiście ponieważ mam w dupie udawanie anioła, przyznam, że kierowały mną także intencje mniej szlachetne. Byłem rozgoryczony tym, że kiedy wraz z rówieśnikami w latach 90. próbowaliśmy się z Michnikiem spierać, a nawet kłócić o rzeczy zupełnie inne niż „kulturowy kod judaizmu”, to on, zamiast nam odpowiadać argumentami, napiętnował nas jako antysemitów i populistów, którymi – powtarzam po raz dwa tysiące pierwszy – wówczas nie byliśmy, a nawet niektórzy z nas nigdy się nimi nie stali. Zatem za tym wywiadem stały też niskie pobudki, których nie ukrywam.”
rzadko się zdarza ten typ uczciwości względem siebie jaki prezentuje Michalski. nie próbuje się wybielać, nie kręci, nie tłumaczy – pisze wprost: byłem szują. duży szacunek, a postępowanie godne naśladowania.
noc na Krakowskim Przedmieściu
jak wiadomo, z 9 na 10 sierpnia na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie odbyła się manifestacja (akcja? happening?) w obronie świeckości państwa i przeciwko obecności krzyża przed Pałacem Prezydenckim.
interpretacje tego faktu są jednak różne. na przykład Maciej Gdula uważa, że Lud na Krakowskim Przedmieściu zapoczątkował tą manifestacją nowy etap walki o neutralność światopoglądową państwa polskiego, a sama manifestacja z różnych powodów była niewygodna dla różnorakich sił w polskiej polityce. nawet jeśli tak nie jest (jak uważa szwedzki we wpisie Taras wybrukowany nadzieją), to z całą pewnością był to wyraźny sygnał dla wszystkich, że istnieje spora liczba osób, którym przeszkadza fakt „sojuszu tronu z ołtarzem”, jaki jest obecny w polskiej polityce po 1989 roku. ta manifestacja była (mam nadzieję, że nie jedyną) okazją do „policzenia się”.
podobne intuicje płyną z wywiadu z profesorem Radosławem Markowskim Radosny happening przeciw imperialnym zapędom Kościoła. autor zwraca uwagę na zaangażowanie polityczne Kościoła w wyborach prezydenckich, które może skutkować sprzeciwem wobec zaangażowania Kościoła w politykę. wspomniana manifestacja być może była w jakimś sensie momentem przełomowym dla procesu laicyzacji w Polsce, pokazującym chęć egzekwowania konstytucyjnego zapisu o neutralności światopoglądowej państwa.
doktor Paweł Borecki uważa, że Żyjemy w państwie wyznaniowym. można się nie zgadzać z tym poglądem, jednak trzeba wziąć pod uwagę przywołane w wywiadzie fakty, które wskazują na to, że konkordat między Rzeczpospolitą Polską a Stolicą Apostolską jest umową niezbyt korzystną dla państwa polskiego, za to dającą duże przywileje Kościołowi katolickiemu w Polsce. ta sytuacja jest pewnym ewenementem, jeśli chodzi o umowy międzynarodowe, których państwo polskie jest stroną i sygnatariuszem, jednocześnie nic (oprócz chęci) nie stoi na przeszkodzie, by ten stan rzeczy zmienić.
z kolei Halina Bortnowska w wywiadzie To nie protest przeciw krzyżowi zwraca uwagę na to, że ludzie zgromadzeni na Krakowskim Przedmieściu z 9 na 10 kwietnia nie protestowali przeciw krzyżowi jako takiemu, ale przeciwko temu konkretnemu krzyżowi stojącemu przed Pałacem Prezydenckim i przeciwko politycznemu wykorzystywaniu go w przestrzeni publicznej. zwracają uwagę słowa: „Być może wielu z tych demonstrantów chce całować krzyż w Wielki Piątek i są przekonani o wielkiej świętości tego symbolu.”
Mirosław Czech w komentarzu Społeczeństwo świeckie i jego siła podkreśla drogę, jako przebyło polskie społeczeństwo w ciągu czterech miesięcy od katastrofy smoleńskiej do demonstracji przeciwników obecności krzyża pod Pałacem Prezydenckim. przewiduje on rozszerzenie się procesu laicyzacji w Polsce, szczególnie wśród młodego pokolenia. czas pokaże, czy ta prognoza była słuszna, natomiast słowa: „Spór o świeckie państwo i jego rozdział od Kościoła powróci z wielką siłą” zapewne okażą się prawdziwe. przypuszczam, że ów spór mocniej rozgorzeje w kampanii przed wyborami parlamentarnymi w 2011 roku.
Roman Pawłowski oglądając z Nancy, reżyserką z Los Angeles Szoł na Krakowskim (czyli relację z „wojny o krzyż”) nie wie, jak jej wytłumaczyć zaistniałą sytuację. Nancy jest Amerykanką i trudno jej zrozumieć, że do polskich władz „obrońcy krzyża” wołają: „Gestapo!”, a w księży rzucają monetami. nie tylko obcokrajowcom trudno jest pojąć sytuację, w której ludzie określający się jako katolicy traktują symbol swojej religii instrumentalnie i pozwalają na jego polityczne wykorzystywanie.
nie byłem na wspomnianej demonstracji, bo nie mieszkam w Warszawie, mogę co najwyżej organizatorom pogratulować pomysłu, a wszystkim obecnym pogratulować obywatelskiej postawy. mam nadzieję, że był to pierwszy krok na drodze do wprowadzenia w życie zasady rozdziału Kościoła od państwa. mam również nadzieję, że dla hierarchów Kościoła katolickiego był to czytelny znak, który pokazuje, że zaangażowanie Kościoła w politykę źle się kończy przede wszystkim dla Kościoła.
różne spojrzenia na „bitwę pod krzyżem”
jak powszechnie wiadomo, grupka obłąkańców mieniących się „obrońcami krzyża” skutecznie zablokowała wyznaczone na 03.08.2010 uroczyste przeniesienie krzyża stojącego przed Pałacem Prezydenckim do kościoła św. Anny w Warszawie.
Adam Leszczyński w komentarzu „Bitwę pod krzyżem” przegrali wszyscy konstatuje, że:
- przegrało państwo, które nie umie obronić swojego (teoretycznie) świeckiego charakteru,
- przegrał Kościół, którego kapłanów wierni wyzywali „precz z komuną”,
- przegrali niewierzący, którzy dostali przed oczy dowód nieszanowania i olewania ich praw,
- przegrali wierzący, których jeden z symboli można bardzo łatwo sprofanować (pomijam fakt, że krzyż nie jest poświęcony i nie wisi na nim figura Chrystusa, więc tak naprawdę są to dwie deski).
Ewa Siedlecka przytomnie zauważyła w komentarzu Kto krzyżem wojuje…, że w pewnym sensie państwo rękami swoich przedstawicieli samo sobie strzeliło w stopę, uchwalając wspomnianą przez autorkę uchwałę „W sprawie poszanowania krzyża”. niewątpliwie była ona użyteczna, kiedy trzeba było zabiegać o głosy u potencjalnych wyborców, ale w kryzysowej sytuacji stanowi oręż dla różnego rodzaju oszołomów.
Jan Turnau w komentarzu Hańba apeluje, by biskupi Kościoła katolickiego nawet za cenę utraty autorytetu wzięli odpowiedzialność za całą sytuację i włączyli się w rozwiązanie całej sytuacji. to sympatyczne, że Turnau wierzy w dojrzałość Episkopatu jako zgromadzenia biskupów, jednak prawda jest taka, że odkąd umarł papież Jan Paweł II, polski Episkopat ma problem z zajęciem odważnego i sensownego stanowiska w kwestiach dotyczących czegoś innego, niż etyka seksualna i wybory.
w bardzo gorzkim tonie na temat biskupów wypowiada się Tadeusz Sobolewski w komentarzu Kościół umywa ręce. poprzez brak stanowczego potępienia zachowań „obrońców krzyża” biskupi oddają im inicjatywę i niejako przyzwalają na profanowanie krzyża i anarchistyczne zachowania szkodzące państwu. w pewnym sensie dają świadectwo postawy niezbyt patriotycznej, a na pewno nie obywatelskiej.
w mocnych słowach na temat „bitwy pod krzyżem” wypowiada się Dariusz Bruncz w komentarzu Profanacja krzyża. Wielka porażka Kościoła. poddaje on krytyce Kościół w osobie arcybiskupa Kazimierza Nycza stwierdzając: „Jeśli Kościół, a konkretnie arcybiskup metropolita warszawski Kazimierz Nycz nie tylko nie pojawił się przed Pałacem, co potencjalnie mogłoby uzdrowić całą sytuację, ale ustami swoich kapłanów zdystansował się od sprawy krzyża, to w jakiej sprawie może/powinien/chciałby/musiałby/wolno by mu było zająć jakiekolwiek stanowisko?”
w takich sytuacjach widać, że polski Kościół najlepiej sprawdza się w warunkach bojowych zarówno mając za przeciwnika system komunistyczny jak liberalizm. natomiast, co także podkreśla Bruncz, ma problem z misją duszpasterską, której elementem mogłoby być między innymi uświadomienie obrońcom krzyża niewłaściwości ich zachowania w ramach pasterskiej posługi biskupiej. niestety dyplomacja, w której Kościół ma duże sukcesy, tutaj się nie nadaje do zastosowania.
Maciej Gdula trochę się rozpędził sugerując w swoim komentarzu, że Komorowski nie powinien zostać zaprzysiężony, niemniej ustąpienie instytucji państwowych przed grupą fanatyków źle wróży tej prezydenturze. mimo, że gospodarzem chodnika przed Pałacem Prezydenckim według prawa jest prezydent Warszawy, to krzyż został postawiony przed siedzibą prezydenta Polski, a Komorowski jako prezydent elekt zobowiązał się do jego usunięcia stamtąd. jeśli więc prezydent nie potrafi sobie poradzić z takim zadaniem, nie wiadomo, czego się spodziewać w obliczu trudniejszych wyzwań.
Andrzej Macura napisał zaskakująco wyważony i trafny komentarz Święty nade wszystko, w którym podkreśla używanie religii do swoich celów, jakimi są dla „obrońców krzyża” wyrażenie sprzeciwu wobec nowo wybranego prezydenta i upamiętnienie zmarłego prezydenta. niezwykle ważne i mądre są zdania: „Wybrani w demokratycznych wyborach przedstawiciele naszego kraju mogą się podobać lub nie. Można się z nimi spierać właściwie o wszystko. [..] Wierzący powinien to jednak robić na swój własny rachunek. Nie może używać argumentu, że ma rację, bo po jego stronie jest Bóg.” oraz: „Niestety, zbyt wielu polskich katolików w dobrej wierze nie tyle inspiruje się Ewangelią, co szuka w Ewangelii poparcia dla swoich poglądów. To subtelna różnica, ale bardzo istotna.”
jako chrześcijaninowi jest mi niewymownie wstyd za ludzi, którzy używają symbolu krzyża do obrony swoich racji politycznych, a swoich przeciwników uważając za zło wcielone. wstyd mi również za władze państwowe, które ustępują fanatykom religijnym i wycofują się z wcześniejszych ustaleń dotyczących uporządkowania przestrzeni miejskiej. wstyd mi także za hierarchów Kościoła katolickiego, którzy nie mają odwagi potępić ludzi, którzy z krzyża uczynili sobie narzędzie służące walce politycznej. i nic już nie będzie takie samo nie po katastrofie smoleńskiej, ale po „bitwie o krzyż”.
o terapii substytucyjnej i Władku z Gdańska
o uzależnieniach pisałem tutaj, tutaj i tutaj. od tego czasu w polskim prawie nie zmieniło się niestety nic, ale natrafiłem na rozmowę z niejakim Władkiem z Gdańska (dostępną tutaj), która jest świetnym dowodem na to, że system pomocy uzależnionym nie działa dobrze i konieczna jest sensowna reforma, dokonana przez ludzi, którzy znają się na rzeczy.
oczywiście rządzący (kimkolwiek są/będą) musieliby wykazać inicjatywę w tym kierunku i minimum dobrych chęci, czego niestety na razie nie widać. gdyby ktoś z Wiadomych Kręgów trafił na mojego bloga, służę podpowiedzią: odpowiednią osobą do przeprowadzenia takiej reformy jest na przykład Katarzyna Malinowska-Sempruch.
wypowiedzi Władka we wspomnianej przeze mnie rozmowie są niezwykle gorzkie. wyszedł on z ćpania i chce funkcjonować jako normalny obywatel, jednak państwo polskie mu tego nie ułatwia, choćby przez to, że na Pomorzu praktycznie nie funkcjonuje program metadonowy. z rozmowy wynika, że brał 20 lat i w jego przypadku terapia abstynencyjna nie działa, a jedynym rozwiązaniem, które umożliwia normalne funkcjonowanie, jest terapia substytucyjna.
niezwykle smutne są słowa: „Ludzie uzależnieni, którzy chcieliby leczyć się inaczej niż za pomocą drug free, starzeją się i umierają”. jeśli wziąć pod uwagę to, że za każdą dawkę i dojazd dana osoba musi płacić sama, to koszt leczenia substytucyjnego prowadzonego na własną rękę nie jest niski. bo ile koszt samego leku nie jest zbyt wygórowany (około 150 zł miesięcznie), to trzeba doliczyć do tego koszty przejazdu, które w Polsce wynoszą relatywnie dużo.
koszty samego leczenia substytucyjnego finansowanego przez państwo w skali kraju nie stanowią jakiejś dużej kwoty, zwłaszcza jeśli porównać je z choćby z dofinansowaniem różnych przedsiębiorstw przynoszących ogromne straty, takich jak na przykład PKP czy kopalnie węgla kamiennego na Śląsku. niestety kolejarze, górnicy i inne grupy zawodowe mogą strajkować i wymuszać na państwie pomoc i przywileje, a uzależnieni nie mają takiej możliwości.
z elementarnego rachunku ekonomicznego wynika jasno, że opłaca się ponieść wydatki poniesione na terapię substytucyjną osoby uzależnionej. upraszczając: jeśli uda się jej znaleźć pracę, to do budżetu państwa trafi podatek od jednej osoby więcej. czyli de facto nakład poniesiony na jej leczenie się zwróci i to dość szybko. niestety rządzący wolą tej prostej prawdy nie zauważać i forsować terapię abstynencyjną jako rozwiązanie dla wszystkich uzależnionych.
świadomie i celowo podaję przykład odwołujący się do niskich pobudek, jakimi są opłacalność i kwestia ewentualnego zysku. oczywiście chęć pomocy osobom uzależnionym powinna być powodowana tym, że są oni naszym bliźnimi i takimi samymi ludźmi jak my, tylko z nieco bardziej skomplikowanym życiorysem, a nie opłacalnością takiej pomocy. wszelako jeśli do kogoś nie przemawiając argumenty „miękkie”, może da się przekonać argumentowi ekonomiczności.
jak mówi Władek: „Widać, że gdy komuś się wytłumaczy, o co chodzi, to zaczyna to rozumieć i zmienia swoje zdanie i nastawienie. Jednak cały czas pokutuje opinia, że terapia substytucyjna to rozdawnictwo narkotyków” oraz: „Edukacja, tłumaczenie, spotykanie się, rozmowa. To jest jedyne wyjście i nie ma innego”. trudno nie przyznać mu racji. zazwyczaj strach wynika z niewiedzy – to stara i znana psychologiczna prawda, ale jeszcze trzeba chcieć ową wiedzę przyjąć, a mam wrażenie, że niektórzy ludzie są bardzo oporni na informacje, które mogłyby zmienić ich światopogląd.
na szczęście środowisko Krytyki Politycznej organizuje różnego rodzaju spotkania informacyjne, debaty i seminaria oraz publikuje stosowną literaturę. takie działania są niezbędne, bo wpływają na zmianę postrzegania zarówno terapii substytucyjnej, jak i samych uzależnionych. ktoś może powiedzieć, że jest to kropla w morzu, ale trzeba pamiętać, że kropla drąży skałę.
o krzyżu i podziałach
jak zapewne wiedzą niektórzy z moich czytelników, jestem ANTYfanem Jana Pospieszalskiego, a jego „twórczość” uważam za świadectwo postawy nie mającej wiele wspólnego katolicyzmem, do którego Pospieszalski (może nie zawsze wprost, ale jednak) się odwołuje. mam również wrażenie, że pan Jan wyobraża sobie, że jest kimś w rodzaju współczesnego kaznodziei. niestety ani zdolności, ani poziom intelektualno-moralny nie predestynują go tej roli. i choć niewyrobionemu czytelnikowi/widzowi jego produkcje mogą się podobać, to jednak ich blask jest blaskiem tombaku, a nie złota, że pozwolę sobie na niewyszukane porównanie.
niedawno Pospieszalski popełnił artykuł Ten krzyż jest wyrzutem sumienia. niestety już w drugim akapicie autor dokonuje manipulacji pisząc: „Nie tylko dlatego, że Polska staje się znów krajem jednej partii i jednej gazety (a być może niebawem także jednej, choć przez kilku nadawców realizowanej, telewizji). Walka z krzyżem na Krakowskim Przedmieściu, wyjąwszy atak ZOMO, przebiega przy użyciu tych samych metod, co w PRL. Z drobnymi naturalnie różnicami.”
pozwolę sobie autorowi przypomnieć, że to obywatele decydują, komu powierzają mandat poselski i kogo wybierają na prezydenta. nie przypominam sobie protestów, gdy większość parlamentarną miał PiS, a prezydentem był Lech Kaczyński, z PiS-u się wywodzący. zaś wpływ tytułów prasowych (w tym przypadku GW) na rzeczywistość jest przez autora przeceniany.
porównanie zaś aktualnych przepychanek związanych z krzyżem przed Pałacem Prezydenckim do walki z chrześcijaństwem w czasach PRL-u jest świadectwem niebywałego cynizmu autora artykułu. w przeciwieństwie do okresu 1945 – 1989 w wolnej i demokratycznej Polsce każdy może wyznawać dowolną religię (kwestię równości wszystkich religii wobec polskiego prawa świadomie pomijam), nikt nikogo nie prześladuje za to, w co wierzy, a symbole religijne nie są zakazane. co więcej: krzyże wiszą w prawie każdym urzędzie, klasie szkolnej i w innych miejscach, niekoniecznie do tego celu przeznaczonych.
dalej autor cytuje opinię doktora Wojciecha Jabłońskiego stwierdzającą, że krzyż jest „samowolką budowlaną”. postawienie krzyża w okresie żałoby narodowej było uzasadnione emocjami i nikt wtedy nie zastanawiał się, czy jest to zgodne z prawem. ten stan rzeczy był w pewnym sensie naturalny, jednak jeśli wziąć pod uwagę przepisy prawa budowlanego zinterpretowane na przykład w tym artykule, to postawienie krzyża nie było zgodne z prawem. Pospieszalski jako dziennikarz nie zwykł zawracać sobie głowy podobnymi drobiazgami i niuansami, ważna jest teza i dopasowane do niej argumenty.
według autora artykułu „krzyż pozostaje świadectwem tygodnia Narodowego Czuwania.” (pisanego koniecznie z Dużych Liter), a jego i Ewy Stankiewicz produkcja „Solidarni 2010″ jest zapisem tego, co naród przeżywa i czego doświadcza. uważny widz dostrzeże, że ów „film” jest ordynarną manipulacją, w której pozwolono się wypowiedzieć reprezentantom tylko jednej opcji politycznej, którzy winą za katastrofę smoleńską obciążają Rosjan, sugerując zamach. ludzie występujący w filmie atakują również GW, rząd Donalda Tuska i uważają, że władza „została przekazana mafijnym układom medialno-biznesowym.” recenzja tego wiekopomnego dzieła sztuki reporterskiej jest dostępna tutaj, natomiast sam film można bez trudu znaleźć na serwisie youtube.com.
słowa: „Katastrofy smoleńskiej i tego, czego doświadczyliśmy jako wspólnota po 10 kwietnia, nie da się wymazać czy usunąć tak, jak wymienia się kafle na trotuarze.” są kolejnym nadużyciem. nikt nie ma zamiaru wymazywać i usuwać ani samej katastrofy smoleńskiej ani doświadczeń polskich obywateli, zarówno tych indywidualnych, jak i wspólnotowych. wszelako Pospieszalski dzielący świat na: MY (dobrzy) i ONI (źli) uważa, że ONI mogą posłużyć się siłą, by sprzed Pałacu Prezydenckiego usunąć ludzi, którzy przyjdą „by domagać się wyjaśnienia tej tragedii.”
gdyby cytowane przez mnie słowa były autorstwa jednego z pacjentów #psychiatryk24, skwitowałbym to prawdopodobnie wzruszeniem ramion, jednakże gdy drukowanie podobnych bzdur w ogólnopolskim dzienniku jest szkodliwe i niebezpieczne. w związku z tym wydało mi się stosownym odniesienie się do artykułu Pospieszalskiego w niniejszym wpisie.
niejako dla równowagi zacytuję słowa księdza Jacka Prusaka, który w artykule Krakowskie Przedmieście to nie Golgota dobitnie mówi, czym krzyż jest i do czego nie powinien służyć.
mianowicie: „krzyż nie jest symbolem ani żałoby, ani tragedii smoleńskiej. Dla chrześcijanina jest symbolem męki Jezusa z Nazaretu, symbolem wiary i przedmiotem kultu religijnego, a także jednym z najważniejszych gestów liturgicznych.” oraz „Można więc mówić o „kulcie smoleńskim” w znaczeniu szerszym (społecznym, historycznym), ale walka o krzyż na Krakowskim Przedmieściu po to, żeby był on znakiem kultu „nowych męczenników” czy okazją do manifestowania własnych poglądów politycznych, dzieląc obywateli na lepszych i gorszych katolików, jest jawną manipulacją krzyżem i nie ma nic wspólnego z kultem religijnym.” nic dodać, nic ująć.
warto również zapoznać się ze zdaniem Stołecznego Konserwatora Zabytków, dostępnym tutaj, a dotyczącym ingerowania w przestrzeń architektoniczną przy Pałacu Prezydenckim.
Kościół i wybory
Tagi: gazeta.pl, nauczanie Kościoła, partie polityczne, wyborcza.pl, wybory
jak wiadomo, niedługo odbędą się wybory prezydenckie. podobnie, jak to ma miejsce przy okazji każdych innych wyborów, Kościół katolicki przeżywa ten sam problem, którym jest nadmierne angażowanie się niektórych duchownych w kampanię wyborczą. pisze o tym między innymi Dominika Wielowieyska w komentarzu Kościół i PiS: jak daleko, jak blisko.
w komitecie poparcia Jarosława Kaczyńskiego znalazło się pięciu księży wykładających na Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II. na szczęście zarówno władze Uniwersytetu, jak i krakowska kuria odcięły się od tego gestu i wydały stosowne oświadczenia, w których stwierdzają, że zaangażowanie duchownych jest przejawem ich prywatnych poglądów (więcej: tutaj). również ks. Kazimierz Sowa (dyrektor kanału telewizyjnego religia.tv) odniósł się krytycznie do zaangażowania wymienionych księży stwierdzając tutaj między innymi: „Nikt nie ma pretensji, kiedy ksiądz idzie w dniu wyborów i zakreśla tego czy innego kandydata – to jest bycie obywatelem. Trochę gorzej, jak ktoś chce zbudować rzeczywistość ziemską według przepisu, który wydaje mu się że jest słuszny.”
powyższe opinie nie zmieniają jednak stanu rzeczy, z którego wynika, że na zaangażowaniu duchownych w politykę traci polityka, z której debata oparta na argumentach merytorycznych zostaje wyparta przez opartą na argumentach emocjonalnych, których bazą są nieweryfikowalne przesłanki, jakimi charakteryzuje się ex definitione wiara w rzeczywistość nadprzyrodzoną. traci również religia, której zostaje po trosze odebrana podmiotowość i która staje się tylko narzędziem wykorzystywanym do osiągania bieżących celów politycznych.
prymas Józef Kowalczyk w wywiadzie dla GW dostępnym tutaj wypowiedział między innymi bardzo mądre słowa: „Prywatnie każdy kapłan może mieć swoje poglądy, ale ambona nie służy do wskazywania ludziom, na kogo mają głosować. To absolutnie niedopuszczalne. Można jedynie modlić się o wybór człowieka prawego sumienia, który będzie dbał o dobro wszystkich obywateli.”
wybranie arcybiskupa Józefa Michalika na przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski nie przeszkodziło mu w angażowaniu się politycznym. niespecjalnie się przejął powyższymi słowami prymasa Kowalczyka i wystosował w trakcie Uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej (Boże Ciało) kazanie do wiernych, w którym powiedział między innymi „Jeśli naród nie będzie miał przywódców, którzy bronią prawa natury, prawa Bożego, prawa narodu do własnej historii, jeśli nie będzie miał przywódców mądrych, którzy będą potrafić łączyć nowoczesność z tradycją, nie rozwinie się nigdy.”
dla przypomnienia: Prezydent Polski (między innymi): „jest najwyższym przedstawicielem polskich władz, gwarantem ciągłości władzy państwowej, najwyższym organem państwa w zakresie władzy wykonawczej, czuwa nad przestrzeganiem postanowień i zapisów Konstytucji, zwierzchnikiem Sił Zbrojnych Rzeczpospolitej Polskiej.” (Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej, artykuły 126 – 145). w związku z czym wymienione przez arcybiskupa Michalika cechy kandydata na prezydenta są raczej drugorzędne, a na pewno nie są niezbędne.
trzeba wszelako przyznać uczciwie, że we wspomnianym kazaniu padły również słowa zachęcające do pójścia na wybory i oddania głosu, co nie jednak zmienia faktu, że w tak ważnym dla katolików dniu kazanie powinno dotyczyć na przykład Eucharystii i wartości Komunii świętej, a nie polityki.
Mirosław Czech w komentarzu Arcybiskup jednego procentu słusznie krytykuje słowa arcybiskupa Michalika wypowiedziane w wywiadzie dla Naszego Dziennika: „Ja zagłosuję na kandydata, który pokazał, że potrafi bronić życia niezależnie od układów, ufając, że przy swoich dużych umiejętnościach zawsze będzie wierny zasadom troski o dobro.” (cały tekst wywiadu tutaj).
w ten sposób Michalik wskazuje wprost i bezpośrednio na jednego z kandydatów (Marka Jurka), co zdecydowanie nie powinno mieć z uwagi na konkordat między Stolicą Apostolską a Rzeczpospolitą Polską, który stwierdza między innymi: „Państwo i Kościół katolicki są – każde w swej dziedzinie – niezależne i autonomiczne oraz zobowiązują się do pełnego poszanowania tej zasady we wzajemnych stosunkach i we współdziałaniu dla rozwoju człowieka i dobra wspólnego”.
Czech słusznie pisze: „Abp Michalik może uważać, że poza sprawami ochrony życia poczętego i sposobami przezwyciężania bezpłodności nie liczy się nic innego. I że właściwa postawa w tej materii daje certyfikat moralnej nieomylności. W polityce państwowej tak jednak nie jest. Dla zdecydowanej większości polskich katolików liczą się inne kwestie.” poparcie dla Marka Jurka w sondażach prezydenckich oscylujące w okolicach tak zwanego błędu statystycznego zdecydowanie potwierdza tą tezę. dodałbym jeszcze: na szczęście dla Polaków inne kwestie są ważne, choć wolałbym, żeby ich wyrazem była debata o Polsce i ważnych dla niej sprawach, a nie walka PO z PiS-em.