różne różności

papież, prezerwatywy, Afryka

jakimś dziwnym trafem ostatnie wpisy dotyczą głównie Kościoła. może dlatego, że uważam się za wierzącego, jednakże bolą mnie niektóre opinie, wypowiedzi czy fakty z życia Kościoła.

dzisiaj będzie znowu o Benedykcie XVI, tym razem dwojako.

bardzo duży plus za wypowiedź o korupcji oraz nadużyciach władzy, dotyczących między innymi aktualnego prezydenta Kamerunu. „Słowa Benedykta XVI o błędach władzy to dowód sporej odwagi. Afrykańscy katolicy oczekują od Kościoła właśnie tak wyraźnego zaangażowania na rzecz sprawiedliwości społecznej – tłumaczy kameruński dziennikarz Carly Ndi Chia z dziennika The Post. z pozostałą częścią wypowiedzi papieża na temat wyzysku Afryki przez resztę świata, przyczyn rozpadu więzi rodzinnych czy możliwości wspomagania rozwoju gospodarczego tego kontynentu zgadzam się bez większych zastrzeżeń (przywołany cytat za GW – więcej na temat pielgrzymki tutaj )

duży minus za wypowiedź na temat prezerwatyw. przy czym oczywiście rozumiem to, że Kościół promuje wstrzemięźliwość seksualną oraz wierność. z tym się jak najbardziej zgadzam. jednakże pozwolę sobie uczynić jedno zastrzeżenie: co w wypadku, kiedy jedno z małżonków jest zakażone wirusem HIV? wymaganie abstynencji seksualnej w takim wypadku wydaje mi się nakładaniem ciężaru nie do uniesienia (por. Łk 11, 46). uważam, że stosunek seksualny jest jedną z rzeczy budujących relację małżeńską i bliskość, pozwalającą się nawzajem obdarowywać sobą dwojgu ludziom. wymaganie od małżonków abstynencji jest pozbawianiem ich czegoś ważnego. zdecydowanie opowiadam się za możliwością „legalnego” (czyli nie zabranianego przez Kościół) stosowania prezerwatywy we współżyciu małżonków, bo w tym wypadku nie dają oni upustu swoim żądzom i nie kochają się dla rozładowania napięcia (mam na myśli dwoje rzeczywiście kochających się ludzi), ale dają sobie dowód wzajemnej miłości i oddania. a zakażenie wirusem HIV nie powinno im odbierać możliwości dopełnienia realizowania siebie w małżeństwie.

równocześnie zdaję sobie sprawę, jak zapewne większość ludzi, że powstrzymywanie się od seksu (pozamałżeńskiego) jest tylko częściowym rozwiązaniem. i przede wszystkim dla twardzieli. nie mówię tutaj o bzykaniu się na lewo i prawo, ale o w miarę normalnym funkcjonowaniu. niezależnie od tego, czy jest się chorym na AIDS, czy nie, większość ludzi niekoniecznie odmawia sobie seksu, jeśli ma taką możliwość. więc jeśli można zarazić mniej osób, albo wręcz żadnej, stosowanie prezerwatyw wydaje się to być mniejszym złem, jeśli ktoś jest aktywny seksualnie.

zdaję sobie oczywiście sprawę, że może to wyglądać, jakbym sprowadzał pielgrzymkę papieża do tej kwestii. tak nie jest, ale przy tej okazji chciałem zwrócić uwagę szanownych czytelników na ten konkretny problem.

osobom, szczególnie mężczyznom (choć oczywiście nie tylko), które zamierzają mnie przekonywać o słuszności nauczania Kościoła (dotyczącej abstynencji seksualnej w małżeństwie) proponuję uczciwe przyjrzenie się własnej częstotliwości współżycia, niezależnie od tego, czy są przed czy po ślubie. hipokrytom dziękuję za dobre rady.

o obowiązkowym seksie i innych atrakcjach dla młodzieży

tutaj jest ciekawy artykuł na początek o jakże imponującym tytule „Seks obowiązkowy”.

niezależnie od treści (o której za chwilę) sam tytuł daje świadectwo pewnej tabloidyzacji, która dotyka nawet gazet chcących uchodzić za poważne i opiniotwórcze, nie wspominając o ich religijnym umocowaniu. artykuł jest o projekcie edukacji seksualnej obowiązkowej dla większości uczniów. ale z drugiej strony taki tytuł przyciąga, prawda? a może jest po prostu wyrazem frustracji autora? tego akurat nie wiem, ale z całą pewnością jest bardzo chwytliwy i wpada w oko.

co do treści:

na początku muszę uczynić jedno zastrzeżenie: edukacja seksualna wygląda różnie, prowadzą ją często osoby do tego nieprzygotowane, uczniowie też różnie podchodzą do tych lekcji. jednak inicjatywa MEN zmierza raczej do uporządkowania tego stanu. natomiast publicyści Gościa Niedzielnego, portalu wiara.pl oraz innych tzw. mediów katolickich z góry zakładają, że będzie jeszcze gorzej, biedne dzieci zostaną zdemoralizowane i zepsute do cna, a edukacja seksualna żadnemu dziecku nie przyniesie nic dobrego. szanowni czytelnicy zechcą ocenić, kto ma rację.

we wspomnianym artykule pisze pan P. Kucharczak takie zdanie „Teraz jednak rodzice mają większy wpływ na to, czy chcą przekazywać dziecku te treści osobiście, czy oddać inicjatywę nauczycielowi.” pierwsze słyszę, by zgoda rodzica na uczęszczanie jego dziecka na wspomniane zajęcia oznaczała automatycznie, że rodzice nie mogą również dziecka edukować. takie stawianie sprawy jest nieuczciwe, bo sprawia wrażenie, że szkoła chce rodziców nie dopuścić do uświadamiania dzieci. cytowana wypowiedź prof. K. Wojaczka potwierdza intencję autora artykułu.

dalej jest postawiona teza, iż „Prawdopodobnie tylko nieliczni zdobędą się na odwagę, żeby złożyć na ręce dyrektora pisemny sprzeciw. Ci, którzy to zrobią, mogą narazić się na przyklejenie im łatki radykałów.” hmm, dlaczego czynić takie założenie z góry? może się akurat okazać, że na przykład rodzice wszystkich albo prawie wszystkich dzieci w danej klasie będą mieli podobne zdanie, dogadają i złożą stosowne oświadczenia. ale prościej jest zrobić założenie pasujące do założonej tezy, nieprawdaż?

MEN i prof. K. Wojaczek zgadzają się w kwestii tego, że rodzice nie wywiązują się z uświadamiania swoich dzieci. jednak MEN tę kwestię reguluje z troski o dzieci, które z braku czasu poświęcanego im przez rodziców i zbyt dużej liczebności klas i ogromu materiału nie są wychowywane przez rodziców ani szkołę, ale „przez ulicę i środki masowego przekazu”. oczywiście nie zmienia to faktu, że jeśli ktoś chce dziecko uświadamiać sam, może to zrobić, zgłaszając pisemny sprzeciw. prof. K. Wojaczek widzi sprawę inaczej: „Rodzicom będzie teraz o wiele trudniej wyrazić sprzeciw, podjąć jakąś akcję, żeby wyciągnąć swoje dziecko spod wpływu nauczyciela, który je demoralizuje”. po pierwsze, dlaczego ma być trudniej teraz? wcześniej było łatwiej? po drugie, dlaczego jest od razu czynione założenie, że nauczyciel dziecko zdemoralizuje?

oczywiście zdarzają się nauczyciele, którzy tą wiedzę przekazują źle. mam na myśli przekazywanie samej wiedzy bez kontekstu całościowego podejścia do dojrzewania młodego człowieka. ale czynienie takiego założenia jest trochę krzywdzące dla osób, które oprócz przekazywania wiedzy wychowują i przekazują pewne wzorce. tak się składa, że osobiście znam takich nauczycieli i wiem, że prowadzili te zajęcia w sposób nienaganny. więc takie podejście autora artykułu ich obraża.

ciekaw jestem, gdzie autor wyczytał informację, że „członkowie Grupy Edukatorów Seksualnych „Ponton”, zajmują się zachęcaniem nastolatków do kopulacji.”. ja myślałem raczej, że odpowiadają na podstawowe pytania dotyczące dojrzewania, aktu seksualnego, zabezpieczania się przed zajściem w ciążę, ale także asertywności i relacji. wystarczy poczytać na przykład raport z Wakacyjnego Telefonu Zaufania z 2008 roku, dostępny tutaj.

edukatorzy zastrzegają, że ich porady nie zastąpią porady lekarza bądź innego specjalisty oraz że edukatorzy Pontonu nie mają wykształcenia medycznego, a ich porady mają jedynie charakter informacyjny. oczywiście, że lepiej zapobiegać, niż leczyć, że się posłużę przysłowiem. ale Grupa „Ponton” powstała, by młodzież mogła uzyskać choćby podstawowe informacje dotyczące sfery seksualnej, których nie otrzymała gdzie indziej, a tychże informacji potrzebuje.

tutaj się kłania kwestia wychowania młodzieży i pytania w stylu: kto tak naprawdę wychowuje polską młodzież? skąd czerpie wzorce? gdzie otrzymuje odpowiedzi na ważne dla siebie pytania? z kim może porozmawiać o ważnych dla siebie sprawach? nie ma się co oszukiwać, większość rodziców nie rozmawia ze swoimi dziećmi, bo nie ma czasu ochoty, chęci, wiedzy, by odpowiedzieć na drążące ich pytania. (większość, co nie znaczy, że wszyscy; chwała, cześć i duży szacun wszystkim tym, którzy rozmawiają ze swoimi dziećmi, słuchają ich i są dla nich kumplami). więc chyba lepiej, żeby ich dzieci czerpały wiedzę na tematy związane z seksualnością od kompetentnych osób, które są dla nich kimś w rodzaju starszego rodzeństwa i do których mają zaufanie, niż z od kolegów z podwórka czy z internetu. bo od rodziców raczej się tego nie dowiedzą. bo zakładanie, że dzieci w okresie dojrzewania się tymi kwestiami nie interesują, jest wzięte z księżyca. zachęcam do przypomnienia sobie siebie samych w tym wieku.

dość ryzykowne założenie czyni prof. K. Wojaczek cytowany pod koniec artykułu. mianowicie zakłada, że propozycja MEN jest pierwszym krokiem do wprowadzenia edukacji seksualnej typu zachodniego. po czym są wymienione patologie w nauczaniu edukacji seksualnej w różnych krajach (bardzo sprytnie!): „Jednak, moim zdaniem, w przyszłości utrudni to sprzeciw rodziców przed próbami promowania w szkole seksu oderwanego od małżeństwa, przeciw zachęcaniu młodzieży do korzystania z seksu jako miłego spędzania czasu.”

informuję, że przeciwko takiemu nauczaniu pierwszy bym zaprotestował, niezależnie od tego, kto by je prowadził. ale dlaczego od razu zakładać, że MEN chce edukację seksualną w polskich szkołach stopniowo przekształcać w model zachodni? tego nie wiem i się pewnie nie dowiem.

na koniec artykułu zostawiono najlepsze:„Zastrzegam, że na razie to jest tylko projekt, który nie został jeszcze nawet wysłany do konsultacji społecznych. Wiele może się w nim zmienić. Być może w czasie konsultacji ktoś zgłosi pomysł, jak rozwiązać problemy, które pan sygnalizuje – mówi rzecznik MEN Grzegorz Żurawski.” cały artykuł jest napisany w tonie co najmniej „larum grają, do szabel, panowie!„. a tu okazuje się, że to tylko projekt. brawo! P. Kucharczak na Dziennikarza Roku!

żeby zostać dobrze zrozumianym: marzy mi się edukacja seksualna dostosowana do wieku dziecka, jego światopoglądu, wyznawanej religii i innych rzeczy, ponadto prowadzona przez kompetentne osoby o dużej kulturze osobistej, będące dobrymi pedagogami, łatwo nawiązujące kontakt z młodzieżą. czy tak będzie rzeczywiście, trudno powiedzieć, ale na pewno warto o to walczyć. moje zdanie na ten temat jest wyłożone tutaj, jeśli ktoś chce więcej wiedzieć o tym, co myślę na ten temat. uważam, że zdecydowanie trzeba się zająć dziećmi, które tych informacji nie mają skąd zasięgnąć. a akurat w tym przypadku niewiedza zaś może być (nomen omen) brzemienna w skutkach.

EDIT:
tutaj jest raport „Pontonu” na temat edukacji seksualnej prowadzonej w polskich szkołach. ktoś dalej uważa, że jest dobrze?

parę słów o in vitro

jak mogłaby się notka nie zacząć od odpowiedniego odnośnika? no jak? otóż nie mogłaby ;-)

służę uprzejmie zatem:
tutaj jest ważny głos w debacie nad in vitro. wypowiada się profesor Stanisław Obirek. przy czym najważniejsze słowa nie dotyczą samej ustawy, ale dotyczą nauczania Kościoła katolickiego. brzmią następująco: „Stało się bowiem coś niedobrego z obecnością religii w przestrzeni publicznej w naszym kraju. A zwłaszcza z nauczaniem jednego z Kościołów. Jego głos, który powinien być jednym z wielu głosów wspólnot religijnych współtworzących polskie społeczeństwo, stał się głosem nie tylko dominującym, ale wręcz narzucającym rozwiązania konkretnych problemów, które są i powinny być rozwiązywane w wyniku społecznego kompromisu.” nic dodać, nic ująć.

dalej pisze Obirek o tym, że nauczanie KRK w kwestiach antykoncepcji (i innych kwestiach) nie jest nauczaniem nieomylnym. trudno się z tym nie zgodzić, mając choćby na uwadze stosunek Kościoła do różnych twierdzeń naukowych, że odwołam się za autorem choćby do Kopernika i Darwina. poza tym posłowie tworzący prawo zapominają, że jeśli coś nie jest zakazane, nie oznacza to automatycznie, że jest nakazane. przecież nikt nikogo nie zmusza do zapłodnienia in vitro, jeśli jest to niezgodne z jego przekonaniami. podobnie z aborcją, stosowaniem antykoncepcji i wieloma innymi sprawami. niby jest to rzecz oczywista, ale jak widać, nie dla wszystkich.

jako liberał (obyczajowy) uważam, że ważne jest, żeby dać człowiekowi wybór określony jakimiś ramami. oczywiście równie ważne jest ograniczenie zastosowania prawa ściśle określonymi warunkami. innymi słowy, nie jest tak, że wszystko i zawsze, co nie jest zabronione, jest dozwolone, ale dozwolone jest coś i w ściśle określonej sytuacji.

jak to ładnie powiedziała profesor Magdalena Środa w wywiadzie dla Dziennika„po co stawiać na jedną partię, skoro może mieć wszystkie” (cały wywiad tutaj). i tak to wszystkie znaczące partie albo zabiegają o poparcie KRK, albo odnoszą się do jego propozycji w różnych kwestiach. i zamiast rzeczowej debaty na różne ważne tematy partie zajmują się tym, co KRK ustami swoich hierarchów uważa na ten albo inny temat. celowo piszę „ustami hierarchów”, gdyż często większość „szeregowych” katolików ma zdanie zgoła odmienne w wielu kwestiach. ale w dyskursie publicznym raczej tego nie słychać. kłania się tutaj kwestia manipulacji wypowiedzi i prezentowania jej przez media, ale to temat na inną, obszerniejszą notkę.

moim skromnym marzeniem jest, by Polska była krajem świeckim, w którym do pisania ustaw niekoniecznie zaprasza się Kościół, a jeśli już ktoś uzna to za rzecz niezbędną, to powinno się dla zapewnienia pluralizmu zapraszać przedstawicieli wszystkich Kościołów, a nie tylko katolickiego. KRK za poprzedniego ustroju przyzwyczaił się do dominującej pozycji. ale sytuacja się zmieniła, czy tego chce, czy nie. sorry, Winnetou.

świetnym przykładem zaprzeczenia takiego podejścia jest tak zwana ustawa Gowina, do pisania której nie zaproszono przedstawicieli innych Kościołów (nie wspominając o wyznaniach niechrześcijańskich, również obecnych na duchowej mapie Polski), choć przecie wyborcami PO są nie tylko katolicy. nie wspomnę o tym, że nie zaproszono przedstawicielek środowisk kobiecych itd. ale widocznie PO pisze ustawę mając na uwadze kolejne wybory, a nie tych, których ta ustawa naprawdę powinna dotyczyć, czyli osoby nie mogące mieć dzieci.

i jeszcze jeden odnośnik na koniec, ponownie wypowiedź profesor M. Środy. tym razem na temat wysłuchania publicznego dotyczącego ustawy o in vitro. swoją drogą to jakiś skandal, żeby nie było żadnego posła, który chciałby posłuchać co na ten gorący temat mają do powiedzenia tak zwani zwykli obywatele. wstyd i hańba. i jak tu się dziwić ludziom, którzy mówią, że polityka ich nie interesuje, skoro polityków nie interesują ludzie?

edukacja seksualna w Polsce. będzie lepiej?

tutaj jest ciekawy tekst na temat edukacji seksualnej. budujące, że ktoś się wziął i zajął tym tematem. a podpisanie się z nazwiska jest dodatkowo budujące, bo po pierwsze samych zainteresowanych mobilizuje do działania, a po drugie daje pewnego rodzaju moralne prawo do rozliczania podpisanych z efektów ich pracy. chyba nikogo nie trzeba przekonywać o tym, że wiedza polskiej młodzieży na tematy związane z edukacją seksualną jest zatrważająco niska.

istotne jest nie tylko przekazywanie informacji o dojrzewaniu i tym, co to jest seks i czym to się je, ale równie ważne, a może nawet ważniejsze jest przekazywanie wiedzy związanej ze sferą seksualną człowieka. zaliczyłbym do niej informację dotyczącą następujących tematów (wyliczenie za wymienionym w artykule dokumentem):

  • zapobieganie ciąży (prezentacja z uwzględnieniem kwestii światopoglądowych),
  • profilaktyka chorób przenoszonych drogą płciową w tym HIV/AIDS,
  • promowanie postaw asertywnych,
  • prewencja przemocy seksualnej,
  • promowanie relacji partnerskich.

w wymienionym dokumencie wyszczególniono na czym ma się opierać właściwie prowadzona edukacja seksualna. przede wszystkim ma być ona powszechna i obowiązkowa, dostosowana do wieku i oparta na międzynarodowych standardach praw człowieka wypracowanych przez ONZ, WHO i Konwencję o Prawach Dziecka. to moim zdaniem dobrze wróży, bo w razie ewentualnych różnic w poglądach na edukację seksualną istnieje pewna podstawa, do której można się odwołać.

w samym dokumencie są również sformułowania budzące nadzieję na to, że ta właśnie kwestia przestanie być narzędziem walki politycznej czy światopoglądowej, a zacznie w końcu służyć tym, do których jest adresowana, czyli młodzieży. w innym miejscu znajduje się też podkreślenie ważności zagwarantowania pluralizmu ujęć z jednej strony, a z drugiej poszanowania różnic światopoglądowych i przekazywania wiedzy rzetelne i zgodnej z aktualnym stanem nauczania.

powiązana z wyżej wymienionymi kwestiami jest też chęć propagowania interdyscyplinarnego podejścia do edukacji seksualnej, uwzględniającego różne jej aspekty (kulturowe, etyczne i psychologiczne), a przeciwdziałania traktowaniu jej wyłącznie jako jednego z działów edukacji biologicznej i oświaty zdrowotnej zajmującej się seksualnością i płodnością człowieka. życzę wszystkim sygnatariuszom wytrwałości i siły we wprowadzaniu tego, co podpisali w życie.

wszystkim posiadaczom dzieci, którzy uważają, że edukacja seksualna powinna odbywać się w zaciszu domowym, proponuję przypomnienie sobie jak często rodzice rozmawiali z nimi na „te” tematy, tudzież skąd czerpali wiedzę, gdzie mogli się podzielić swoimi wątpliwościami, problemami, pytaniami czy zasięgnąć pomocy. jeśli rzeczywiście była to rodzina, to im gratuluję i przekazuję tą drogą duży szacun i rispekt dla tychże rodzin. trzeba jednakże pamiętać, że jest to wyjątek, a nie reguła. dlatego też jeśli można umożliwić młodzieży uzyskanie rzetelnych i prawdziwych informacji na temat spraw związanych z seksualnością i uzyskanie odpowiedzi na nurtujące ich pytania, to ja taką inicjatywę jak najbardziej popieram.

jeśli ktoś uważa, że edukacja seksualna powinna przede wszystkim wychowywać do czystości („model A”, przywołany tutaj), zalecam przypomnienie sobie czasów dojrzewania, pierwszych miłości, zainteresowania seksem czy wreszcie rozpoczęcia współżycia. obawiam się, że większości przypadków będzie to ilustracja przysłowia „zapomniał wół, jak cięlęciem był”. rozumiem, że w pewnym stopniu proponowanie takiego modelu wynika z troski (strachu) o dziecko i chęci ustrzeżenia go przed pewnymi błędami. jednak nie wszystko można przewidzieć, a więcej zdziała szczera rozmowa i dobra atmosfera w domu oraz akceptacja swojego dziecka jako osoby myślącej i podejmującej jakieś decyzje, niż ślepe zakazywanie. zdaję sobie sprawę z pewnych uproszczeń w moim rozumowaniu, ale ten post nie jest rozprawą naukową, tylko wyrażeniem moich poglądów na ten temat.

o starym Jorgu z kryką

wczoraj byłem z Kobietą na projekcji filmu „Gospodarz” o wojewodzie generale Jerzym Ziętku. cała rzecz odbywała się w kinoteatrze „Rialto” w Katowicach. po filmie była debata, w której uczestniczyli Kazimierz Kutz, Michał Smolorz, Jan Walczak, Jerzy Gorzelik i Piotr Spyra, a prowadzili ją Kamil Durczok i Waldemar Szymczyk.

film był bardzo ciekawy, nietuzinkowo przedstawiający postać tego wielkiego Ślązaka działającego w trudnych czasach. nie waham się go nazwać wielkim Ślązakiem, bo z pewnością nim był. film nie był bezkrytyczną gloryfikacją ani też prostym oskarżeniem generała. oczywiście więcej było głosów broniących jego dokonań, ale były też głosy krytyczne. zaskoczył mnie fakt, że film trwał 50 minut, natomiast debata ponad 1,5 h. ale też osoba, której debata dotyczyła, nie była tuzinkowa i jednoznaczna. najwięcej do powiedzenia mieli Kutz i Smolorz, którzy sobie nawzajem z sympatią i na poziomie dogryzali :-).

Ziętek rządził Śląskiem przez 30 lat i trudno zliczyć, ile rzeczy mu Śląsk zawdzięcza. poczynając od Spodka, Stadionu Śląskiego, WPKiW i drogi do Ustronia, kończąc na szkołach, parkach i festynach. czasy, w jakich przyszło mu działać, do łatwych nie należały. tym większa chwała mu się należy za jego dokonania. przy czym jest zdecydowanie wzorem do naśladowania, jeśli chodzi o służbę publiczną. przez te ileś lat rządów nie wziął ani złotówki dla siebie. inna sprawa, że gdyby wziął, pewnie zostałby utrącony przy najbliższej nadarzającej się okazji. ale sam fakt, że przetrwał iluś sekretarzy KW, budzi podziw. oczywiście miał też sprzyjające okoliczności w postaciach Aleksandra Zawadzkiego i Edwarda Gierka, którzy zajmowali się polityką, a jemu pozostawiali „brudną robotę” do zrobienia. ale on właśnie w tym się odnajdywał, w codziennym zarządzaniu województwem, w służeniu ludziom stąd, w niewdzięcznym zadaniu trzymaniu wszystkiego w kupie i sprawianiu, żeby to wszystko funkcjonowało, jak należy. miał też okoliczności wysoce niesprzyjające w postaci Zdzisława Grudnia, który go w końcu wyciął z życia politycznego. jednakże zwycięstwo Grudnia było chwilowe. wystarczy zapytać dowolnego Ślązaka o tych dwóch, a nie będzie wątpliwości, kogo po latach ludzie lepiej wspominają.

bardzo piekne słowa wypowiedział bodajże Kutz: „…on z administrowania uczynił sztukę…”. jakiż trzeba mieć talent, żeby z tak niewdzięcznej dziedziny, jaką jest administrowanie (które z natury jest mało widowiskowe), uczynić sztukę. w trakcie debaty padły słowa, że nie jest Ziętek zbyt dobrym wzorem do naśladowania w dzisiejszych czasach ze względu na jego balansowanie na granicy ówczesnego prawa, a czasem działanie poza prawem. ale wiele prawdy jest w przysłowie „tak krawiec kraje, jak materii staje”. poza tym, kto z polityków ówczesnych czasów potrafił być tak uczciwy i zaangażowany w sprawy regionu, z którego pochodził. chyba było ich bardzo niewielu, o ile nie żaden. a jeśli porównać jego służbę i zaangażowanie z dzisiejszymi politykami, to również niewielu może się z nim porównywać.

podobno Ziętkowi proponowano bycie ministrem, ale odmówił, bo chciał opiekować się Śląskiem. chyba niewielu polityków oparłoby się takiej pokusie. a myślę, że jemu przez chwilę nie postała myśl w głowie, żeby się zgodzić i zostawić sprawy Śląska komu innemu. można powiedzieć, że był stworzony do roli wojewody, miał niesamowity instynkt i nosa, ale nie wykorzystywał tego do własnych celów. chyba, że własnym celem nazwiemy rozwój regionu. a przecież za czasów poprzedniego ustroju naprawdę można było nakraść więcej i napsuć bardziej, a jeszcze zaszkodzić wielu ludziom nieporównywalnie bardziej niż w dzisiejszych czasach, choćby ze względu na to, że tzw. komuniści dysponowali pełnią władzy. można powiedzieć, że był Jorg ludzką twarzą tej władzy. i to, że się oparł pokusom wymienionym przeze mnie przed chwilą, dowodzi siły jego charakteru i poziomu moralnego.

oczywiście nie twierdzę, że Jorg był święty. ale gdyby porównać plusy i minusy jego rządów, to plusów będzie nieporównywanie więcej. poza tym nigdy nic nie jest wyłącznie czarne albo wyłącznie białe. ten kto tak uważa, jest albo nieskończenie naiwny, albo ślepy na rzeczywistość, albo zwyczajnie głupi. ponadto ten, kto nie był postawiony w jakiejś tam sytuacji, może sobie oczywiście gdybać co by było, ale nigdy nie może być do końca pewien, jak się zachowa.

wielki szacunek dla wojewody generała Jerzego Ziętka!

rodzinne święta?

tutaj jest link do ciekawej dyskusji na gazeta.pl dotyczącej świąt Bożego Narodzenia i tego, że niektórzy ich nie lubią. nie lubią nie dlatego, że nie wierzą czy wolą inne święta, ale nie lubią ze względu na atmosferę panującą przy stole. atmosferę, delikatnie rzecz ujmując, daleką od sielanki. warto się zapoznać z wypowiedziami, żeby docenić to, co się ma, jeśli się ma lepiej. a jeśli nie, tym bardziej warto się zapoznać w ramach pocieszenia.

przeczytałem wszystkie posty z jakąś taką perwersyjną przyjemnością i pewną ambiwalencją. bo niby u mnie nie jest aż tak źle, ale różowo też nie jest. tak czy owak chyba ma to związek z tym, że lubię filmy opowiadające o mniej lub bardziej patologicznych rodzinach. wiem, nie jestem normalny ;-)

na jakimś blogu wyczytałem, a w necie wyguglałem, że w „Annie Kareninie” Lwa Tołstoja są słowa następujące: „Wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób”. jest w tym bardzo dużo prawdy. może dlatego mnie tak kręci ten temat.

pierwszy

to jest mój pierwszy post. przedtem byłem na tublo.pl, ale ze względu na specyfikę informowania o nowych postach na ichniej głównej stronie przekształciło się to coś w rodzaju czatu. i to w dodatku jakaś dzieciarnia wzięła to w posiadanie. szkoda. ale coś tak widzę, że tu mi będzie lepiej.

tak więc dzisiaj powklejam swoje posty stamtąd. z konieczności będą wszystkie miały dzisiejszą datę. trudno. oby mi starczyło czasu, ochoty i samozaparcia aby tu publikować w miarę regularnie.

pozdrawiam wszystkich czytelników :-)