aborcja, bezpłodność i hipokryzja
do redakcji Gazety Wyborczej przyszedł list pod tytułem Żyjemy w chorym, zakłamanym kraju. jest on wstrząsający. a dotyka spraw tak delikatnych, jak badania prenatalne, ciąża, choroba płodu i wreszcie aborcja. najsmutniejsze jest to, że zapewne doświadczenie autorki listu nie jest odosobnione, a nie robi się w naszym kraju nic, żeby takich sytuacji było jak najmniej. sytuacji, w których depcze się godność osób, które domagają się egzekwowania przysługujących im praw związanych z posiadaniem/nieposiadaniem dzieci.
do redakcji Wysokich Obcasów został natomiast przysłany list o tytule Bezpłodność. autorka opisuje w nim swoje doświadczenia związane z zapłodnieniem in vitro. przeważnie wiążą się one z dyletanctwem i chamskim zachowaniem ze strony lekarzy reprezentujących państwową służbę zdrowia, co w połączeniu z niemożnością zajścia w ciążę skłania autorkę do szukania pomocy w prywatnej klinice zajmującej się zapłodnieniem in vitro. ciągły brak efektów leczenia oraz wcześniejsze doświadczenia doprowadzają w końcu do depresji. na szczęście autorce udało się wrócić do równowagi psychicznej, ale zapewne trudno jej będzie podjąć kolejną próbę zajścia w ciążę.
wobec tych dwóch listów więzną w gardle wszelkie słowa komentarza. można tylko współczuć, że takie sytuacje mają miejsce, że żyjemy w tak chorym kraju, że hipokryzja i chamstwo lekarzy osiągają poziom niespotykany. mam nadzieję, że kiedyś aktualny stan się zmieni. oby…
kataryna vs. „Dziennik”
Krytyka Polityczna informuje tutaj, Piotr Waglowski tutaj, a Gazeta Wyborcza tutaj o rozpoczynającym się dzisiaj procesie w sprawie o naruszenie dóbr osobistych blogerki Kataryny, jaki wytoczyła ona wydawcy „Dziennika” (obecnie: „Dziennik Gazeta Prawna”) i Robertowi Krasowskiemu (byłemu redaktorowi naczelnemu tegoż).
z materiałów prasowych: „Sprawa ma fundamentalne znaczenie dla stworzenia realnych gwarancji ochrony prawa do prywatności w warunkach społeczeństwa informacyjnego. Kwestie prawne, jakie pojawiają się w twierdzeniach skarżącej, dotykają zarówno samej koncepcji prywatności, jak i problemu wyznaczenia granic jej ochrony prawnej w przypadku starcia z innymi wartościami.”
przede wszystkim ze względu na mój stosunek do „Dziennika” całym sercem kibicuję katarynie i życzę jej wygrania tego procesu. ponadto decyzja sądu w tej sprawie jest niesłychanie istotna dla fundamentalnej kwestii, jaką jest konstytucyjna ochrona życia prywatnego i dobrego imienia (artykuł 47) oraz konstytucyjna ochrona wyrażania swoich poglądów (artykuł 54).
o haniebnym postępowaniu „Dziennika” w sprawie kataryny pisałem tutaj. jeśli ktoś jest zainteresowany moimi poglądami, zachęcam do przeczytania.
P. S.
niniejszy wpis nosi numer 100 :-)
z tej okazji życzę sobie (między innymi):
- wielu inspiracji do tworzenia nowych wpisów,
- dużej ilości czytelników zaglądających nie tylko przypadkiem,
- umiejętności ciągłego dziwienia się światu.
pozdrawiam wszystkich czytelników: tych stałych, tych okazjonalnych i tych przypadkowych.
o braku wrażliwości
przeglądając zaległe wiadomości z czytnika RSS-ów trafiłem na newsa portalu feminoteka.pl pod tytułem Gadacz, Środa, Żakowski i ryzyko emancypacji. ponieważ temat poruszony w tymże newsie jest bardzo delikatny, sięgnąłem do przywoływanych źródeł, aby wyrobić sobie własną opinię w temacie.
pokrótce: zaczęło się od „komiksu” dotyczącego profesora Tadeusza Gadacza zamieszczonego w świątecznym wydaniu „Dużego Formatu” w cyklu Męska muzyka. w tymże „komiksie” T. Gadacz dzieli się z czytelnikami kawałkiem swojego życia. między innymi doświadczeniem odejścia z zakonu, swoich zmagań z Bogiem i wreszcie narodzin i śmierci dzieci.
profesor Magdalena Środa, którą lubię i cenię, tym razem się nie popisała, a właściwie popisała się brakiem elementarnej wrażliwości. mianowicie w swoim felietonie Gadacz, Hiob i niesmak zarzuciła T. Gadaczowi, że nie informuje czytelników o kobiecie, z którą miał dzieci tudzież nie pokazuje jej cierpienia, które zapewne było większe, bo nie mogła ona „[...] zagłuszyć tego stanu tłumaczeniem Rosenzweiga i wcielaniem się w postać pracowitego Hioba [...]„. oczywiście nie można wykluczyć, a nawet można założyć w ciemno, że cierpienie matki, której umierają dzieci, jest nieporównywalne z żadnym innym cierpieniem.
jednakże trzeba wziąć pod uwagę, jak zauważa Miłada Jędrysik, specyfikę tej formy literackiej, jaką jest komiks. jeśli ktoś chciałby napisać biografię profesora Gadacza czy przeprowadzić z nim wywiad-rzekę, z całą pewnością jego żonie i jej dramatowi zostałaby poświęcona należyta ilość miejsca. ponadto komiks ów został zamieszczony w cyklu „Męska muzyka”, czyli z założenia poświęconego przede wszystkim mężczyznom. zdaje się, że profesor Środa niestety zapomniała o tych dwóch niuansach. mam przynajmniej nadzieję, że było to zapomnienie czy zaniedbanie, a nie celowe działanie.
jak słusznie zauważa Jacek Żakowski w komentarzu Ryzyko emancypacji: „Prawidłowość historyczna jest taka, że wielkie emancypacje (religijne, stanowe, narodowe, klasowe, rasowe) wyrastały z buntu przeciw niesprawiedliwościom i okrucieństwom losu, a potem same tworzyły nowe niesprawiedliwości i nowe okrucieństwa. Okrucieństwa nowoczesnych społeczeństw – od gilotyny po gułag, islamski terroryzm i pisowską lustrację – były ubocznym produktem wielkich emancypacji„. trudno się nie zgodzić z tymi słowami. każdy, kto trochę bardziej zna historię nowożytną, przyzna mi rację.
zgadzam się z obydwojgiem przywołanych powyżej publicystów GW w jednym: jeśli profesor Gadacz zechciał się podzielić z nami swoim trudnym doświadczeniem, to zapewne zrobił to, abyśmy mogli się czegoś nauczyć, coś zrozumieć czy doświadczyć wsparcia w podobnych doświadczeniach. komentowanie tego, zwłaszcza w taki sposób, jak zrobiła to profesor Środa jest zdecydowanie niepotrzebne, nie na miejscu i dowodzi braku pomyślunku i wrażliwości z jej strony. mam szczerą nadzieję, że takie zdarzenie nie powtórzy.
mały jubileusz
Tagi: ekumenizm.pl, feminoteka.pl, gazeta.pl, Gość Niedzielny, Krytyka Polityczna, osobiste
nadszedł czas na małe podsumowanie. powodów jest trzy:
- liczba odwiedzających mojego bloga przekroczyła magiczną liczbę 1000,
- liczba postów zbliża się do 100,
- piszę bloga prawie rok.
na początku pisałem na http://miguelm75.tublo.pl, potem przeniosłem się pod adres http://miguelm75.blogspot.com, następnie wykupiłem własną domenę http://michalm.info, gdzie aktualnie znajduje się blog.
większość osób trafia na niniejszą stronę szukając informacji w miarę związanych z poruszaną tematyką, ale niektórzy wchodzą na mojego bloga wyszukując zgoła dziwne frazy. może nie tak zakręcone jak na tagu #referralfun na BLIP-ie, ale czasami bywam zaskoczony :-).
jak widać po przyporządkowaniu postów do kategorii, najbardziej interesującą mnie tematyką jest polityka. aczkolwiek jeśli natrafię na różnego rodzaju nieprawidłowości w szeroko pojętym życiu społecznym, również staram się o nich wspomnieć. nie pogardzę również opisywaniem trudnych momentów z życia Kościoła, z którego nauką coraz częściej się nie zgadzam. aczkolwiek nadal jest to również mój Kościół.
głównymi dostarczycielami inspiracji są Gazeta Wyborcza, Gość Niedzielny, feminoteka.pl oraz ekumenizm.pl, którym z tego miejsca serdecznie dziękuję, a publikującym życzę dużo weny.
dziękuję bardzo wszystkim odwiedzającym. bardzo serdecznie was pozdrawiam i proszę o głosowanie na mojego bloga w serwisie Blogbox. głosować można tutaj: http://www.blogbox.com.pl/show/suggested/2832. niestety wymagana jest rejestracja w serwisie, ale po zagłosowaniu możecie skasować konto, jeśli uznacie, że się wam już nie przyda :-)
życzę powodzenia we wszystkich waszych zamierzeniach i zapraszam ponownie.
badania prenatalne i równe traktowanie po polsku
wczoraj pisałem o stosunku lekarzy do pacjentów, który czasami wygląda zdecydowanie nie tak, jak powinien. a dzisiaj robiąc porządek odkryłem w swoich archiwach artykuł dotyczący badań prenatalnych w Polsce. właściwie jest to list do redakcji z cyklu „Witamy w Polsce”. zachęcam do przeczytania.
nie mieści mi się w głowie, jak lekarka (litościwie opisana tylko inicjałami jako„Doktor Maria S-D”) może być tak chamska w stosunku do pacjentki, jak może włazić z buciorami w jej osobiste sprawy i do tego mieszać swoje prywatne przekonania. jeśli pacjentka jest w wieku, w którym NFZ zaleca bezpłatne badanie prenatalne, to obowiązkiem lekarza jest wypisanie skierowania, a nie dopytywanie się, co pacjentka zamierza zrobić z wynikami.
ponadto lekarka nie dopisując na skierowaniu sformułowania „ze względu na wiek” prawdopodobnie popełniła błąd w sztuce, a co najmniej nie dopełniła niezbędnej formalności. zaś motywowanie tego faktu światopoglądem jest zwyczajnym nadużyciem. takie zachowania powinny być piętnowane i eliminowane w środowisku, zaś wspomniana lekarka powinna przypomnieć sobie zajęcia z etyki lekarskiej. może wtedy coś by się jej rozjaśniło w głowie.
prawie trzy tygodnie temu organizatorki Kongresu Kobiet na konferencji prasowej zaapelowały do premiera Donalda Tuska o odwołanie pełnomocniczki rządu ds. równego traktowania Elżbiety Radziszewskiej, o czym informowała GW. na stronie internetowej urzędu pani minister jest dużo ciekawych informacji, są deklaracje i zapowiedzi wydarzeń – stosowny link jest tutaj. niestety nie przekłada się to kompletnie na rzeczywistość, bo pani minister i podlegli jej urzędnicy nie robią nic sensownego, aby równe traktowanie wszystkich stało się rzeczywistością, a nie zaklęciem.
premier nie skorzystał z okazji odwołania minister Radziszewskiej, kiedy dokonywał zmian w rządzie (odwołał wtedy 3 ministrów, a 3 osoby z Kancelarii Premiera wróciły do pracy poselskiej), nie skorzystał dotychczas ze wspomnianej propozycji organizatorek Kongresu Kobiet. wygląda na to, że będzie ona pełnić swoją funkcję jeszcze długo (do końca kadencji) ze szkodą dla wszystkich. nieodwołanie pani minister jest częścią planu premiera pod tytułem „jak się nie narazić wyborcom, utrzymać wysoką pozycję w sondażach i elegancko rozpocząć kampanię prezydencką”. jak na razie premierowi idzie dobrze. pytanie nasuwa się jedno: czy o to w tym wszystkim chodzi?
ciąg dalszy nastąpił
Tagi: edukacja seksualna, prawa człowieka, służba zdrowia
w dzisiejszym wpisie znajdą się nawiązania sobie do wcześniejszych moich wpisów, a które mają różnego rodzaju ciąg dalszy.
jakiś czas temu pisałem o programie edukacyjnym finansowanym przez łódzki magistrat (a konkretnie: tutaj i tutaj). okazuje się, że powyższy temat boli nie tylko mnie. niejaki navaira na swoim blogu zatytułowanym z życia heteroseksualistów również poruszył ten temat w jednym z wpisów, a zrobił to z dużo większym niż ja poczuciem humoru, ironią i zjadliwością. z tego miejsca składam mu wielkie uszanowanie. czytam jego bloga regularnie. jego wpisy są zawsze na wysokim poziomie, a cięty język wywołuje uśmiech na twarzy. tak trzymać.
o bezprawnej sterylizacji Wiolety Woźny pisałem tutaj. sprawa znalazła swój finał w sądzie, jednak wydany wyrok budzi zdumienie i niesmak, mam nadzieję, że nie tylko mój. mianowicie GW informuje, że prokurator Krzysztof Burdziński śledztwo umorzył, powołując się na opinię profesora Romualda Dębskiego. ta decyzja budzi mój zdecydowany sprzeciw. po pierwsze: prokurator powołuje się tylko na względy medyczne jakoby konieczne do ratowania życia pani Wiolety, a nie biorąc pod uwagę możliwości złamania prawa podczas dokonania sterylizacji bez jej zgody. po drugie: medyczne uzasadnienie uderza w jej godność, ponieważ wypowiedź profesora Dębskiego obraża panią Wioletę. zakłada on, że nie „stosowałaby antykoncepcji i przy następnej ciąży dzieci zostałyby bez matki”.
no tak, najprościej z góry założyć, że skoro ktoś jest niewykształcony i mieszka na wsi, nie będzie stosował antykoncepcji. podpowiem panu profesorowi: na edukację seksualną nigdy nie jest za późno. ba, uświadamianie pacjentowi skutków zdrowotnych jego zachowań jest częścią misji lekarza. co prawda obowiązek profilaktyki nie jest wpisany wprost w Kartę Lekarza, ale znakomita większość lekarzy na szczęście wie o nim bez zapisów prawnych. niestety, niektórzy wolą traktować pacjenta jak osobę niepełnosprawną intelektualnie i podejmować pewne decyzje bez jego wiedzy, jakoby dla jego dobra. przynosi to hańbę nie tylko zawodowi lekarza jako takiemu, ale również państwu, w którym takie zdarzenia mają miejsce.
dwa dni temu pisałem o wyroku Trybunału uznającym za zgodne z Konstytucją wliczanie oceny z katechezy do średniej ocen na świadectwie. jak informuje GW za radiem TOK FM w tym artykule, otrzymanie jedynki (czyli oceny niedostatecznej) nie spowoduje niezdania do następnej klasy. w takim razie pytam: po jaką cholerę wliczać ocenę z katechezy do średniej, skoro i tak nie ma to na nic wpływu. nie wspominając o tym, że aż do momentu wystawiania ocen (sic!) uczeń może się z katechezy wypisać na podstawie pisemnej deklaracji.
w tym momencie Kościół sam prowokuje następującą sytuację: uczniowie chodzą na katechezę, ale nic na niej nie robią konstruktywnego albo traktują ją jako czas na odrabianie zadań czy dostarczanie sobie rozrywki pod tytułem „pisanie SMS-ów albo słuchanie MP3 na telefonie”. dobrze będzie, jeśli nie będą przeszkadzać innym. po czym przy wystawianiu ocen (potencjalnych jedynek) większość się z katechezy wypisuje, aby sobie nie zaniżać średniej. tak to Kościół w pewnym sensie uczy konformizmu i kombinatorstwa. smutne, ale prawdziwe.
katecheza w szkole to błąd
zaledwie dwa dni temu poruszyłem temat rozdziału Kościoła od państwa, a już wraca on jak bumerang. mianowicie wczoraj Trybunał Konstytucyjny uznał za zgodne konstytucją wliczanie oceny z katechezy do średniej ocen na świadectwie, o czym informuje GW.
uważam, że religia nie powinna być nauczana w szkole, tylko w parafii, do której należą dzieci z danego rejonu i nie powinna być oceniana w taki sposób, jak jest to praktykowane obecnie. oto moje argumenty:
- większa możliwość budowania więzi z parafią, wspólnego uczestnictwa w praktykach religijnych itd.,
- zachowanie zasady rozdziału Kościoła od państwa, która teoretycznie jest wpisana w konkordat (aczkolwiek, jak widać, jest martwa),
- na katechezę uczęszczają rzeczywiście ci, którzy chcą i którym zależy,
- katecheza nauczana przy parafii nie byłaby przysłowiową zapchajdziurą między ważniejszymi przedmiotami, czasem przeznaczonym przez uczniów na odrabianie zadań itd.,
- nieuczęszczanie co najwyżej skutkowałaby niedopuszczeniem do sakramentu bierzmowania (czyli za jakiś czas niemożnością uczestnictwa w sakramencie zawarcia małżeństwa), ale nie miałoby wpływu na średnią ocen,
- nie istniałoby „parcie” na dobrą ocenę z katechezy, aby podwyższyć sobie średnią ocen. co skutkuje naciskami na katechetów lub religijnością na pokaz i konformizmem.
między bajki można włożyć stwierdzenia o możliwości wyboru lekcji etyki zamiast katechezy. owszem – taka możliwość jest w niewielkim procencie (promilu) szkół w Polsce. w pozostałych dziecko, które nie uczęszcza na katechezę, może sobie posiedzieć na korytarzu, bo niemożliwe jest ustalenie planu dla wszystkich w ten sposób, by katecheza była albo na początku, albo na końcu zajęć.
walka o nauczanie katechezy w szkole dowodzi moim zdaniem tego, że Kościołowi nie tyle zależy na głoszeniu nauk wiary (bo to można robić równie dobrze na przykład w salce parafialnej), ale na przysłowiowym rządzie dusz i zaangażowaniu idącym bardziej w stronę polityki, niestety. zresztą wypowiedź abpa Kazimierza Nycza (skądinąd górującego nad innymi hierarchami pod względem kultury, poziomu intelektualnego i taktu) potwierdza moją tezę. mam na myśli słowa „[...] tym samym spełniły się oczekiwania milionów dzieci i ich rodziców”. tak, ale oczekiwania wielu rodziców i dzieci, którzy katechezy w szkole nie chcą, nie zostały uwzględnione. a możliwości innego wyboru raczej nie ma, patrząc realnie.
tematem przeze mnie poruszonym zajął się również liberalnykalwin, którego z tego miejsca serdecznie pozdrawiam i podobnie jak on mam nadzieję, że orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego zostanie zaskarżone do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu, który wyda inną decyzję. wyrażam również duży szacunek dla profesor Ewy Łętowskiej (notabene byłej rzeczniczki praw obywatelskich), która zgłosiła votum separatum do orzeczenia TK.