różne różności

noc na Krakowskim Przedmieściu

jak wiadomo, z 9 na 10 sierpnia na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie odbyła się manifestacja (akcja? happening?) w obronie świeckości państwa i przeciwko obecności krzyża przed Pałacem Prezydenckim.

interpretacje tego faktu są jednak różne. na przykład Maciej Gdula uważa, że Lud na Krakowskim Przedmieściu zapoczątkował tą manifestacją nowy etap walki o neutralność światopoglądową państwa polskiego, a sama manifestacja z różnych powodów była niewygodna dla różnorakich sił w polskiej polityce. nawet jeśli tak nie jest (jak uważa szwedzki we wpisie Taras wybrukowany nadzieją), to z całą pewnością był to wyraźny sygnał dla wszystkich, że istnieje spora liczba osób, którym przeszkadza fakt „sojuszu tronu z ołtarzem”, jaki jest obecny w polskiej polityce po 1989 roku. ta manifestacja była (mam nadzieję, że nie jedyną) okazją do „policzenia się”.

podobne intuicje płyną z wywiadu z profesorem Radosławem Markowskim Radosny happening przeciw imperialnym zapędom Kościoła. autor zwraca uwagę na zaangażowanie polityczne Kościoła w wyborach prezydenckich, które może skutkować sprzeciwem wobec zaangażowania Kościoła w politykę. wspomniana manifestacja być może była w jakimś sensie momentem przełomowym dla procesu laicyzacji w Polsce, pokazującym chęć egzekwowania konstytucyjnego zapisu o neutralności światopoglądowej państwa.

doktor Paweł  Borecki uważa, że Żyjemy w państwie wyznaniowym. można się nie zgadzać z tym poglądem, jednak trzeba wziąć pod uwagę przywołane w wywiadzie fakty, które wskazują na to, że konkordat między Rzeczpospolitą Polską a Stolicą Apostolską jest umową niezbyt korzystną dla państwa polskiego, za to dającą duże przywileje Kościołowi katolickiemu w Polsce. ta sytuacja jest pewnym ewenementem, jeśli chodzi o umowy międzynarodowe, których państwo polskie jest stroną i sygnatariuszem, jednocześnie nic (oprócz chęci) nie stoi na przeszkodzie, by ten stan rzeczy zmienić.

z kolei Halina Bortnowska w wywiadzie To nie protest przeciw krzyżowi zwraca uwagę na to, że ludzie zgromadzeni na Krakowskim Przedmieściu z 9 na 10 kwietnia nie protestowali przeciw krzyżowi jako takiemu, ale przeciwko temu konkretnemu krzyżowi stojącemu przed Pałacem Prezydenckim i przeciwko politycznemu wykorzystywaniu go w przestrzeni publicznej. zwracają uwagę słowa: „Być może wielu z tych demonstrantów chce całować krzyż w Wielki Piątek i są przekonani o wielkiej świętości tego symbolu.”

Mirosław Czech w komentarzu Społeczeństwo świeckie i jego siła podkreśla drogę, jako przebyło polskie społeczeństwo w ciągu czterech miesięcy od katastrofy smoleńskiej do demonstracji przeciwników obecności krzyża pod Pałacem Prezydenckim. przewiduje on rozszerzenie się procesu laicyzacji w Polsce, szczególnie wśród młodego pokolenia. czas pokaże, czy ta prognoza była słuszna, natomiast słowa: „Spór o świeckie państwo i jego rozdział od Kościoła powróci z wielką siłą” zapewne okażą się prawdziwe. przypuszczam, że ów spór mocniej rozgorzeje w kampanii przed wyborami parlamentarnymi w 2011 roku.

Roman Pawłowski oglądając z Nancy, reżyserką z Los Angeles Szoł na Krakowskim (czyli relację z „wojny o krzyż”) nie wie, jak jej wytłumaczyć zaistniałą sytuację. Nancy jest Amerykanką i trudno jej zrozumieć, że do polskich władz „obrońcy krzyża” wołają: „Gestapo!”, a w księży rzucają monetami. nie tylko obcokrajowcom trudno jest pojąć sytuację, w której ludzie określający się jako katolicy traktują symbol swojej religii instrumentalnie i pozwalają na jego polityczne wykorzystywanie.

nie byłem na wspomnianej demonstracji, bo nie mieszkam w Warszawie, mogę co najwyżej organizatorom pogratulować pomysłu, a wszystkim obecnym pogratulować obywatelskiej postawy. mam nadzieję, że był to pierwszy krok na drodze do wprowadzenia w życie zasady rozdziału Kościoła od państwa. mam również nadzieję, że dla hierarchów Kościoła katolickiego był to czytelny znak, który pokazuje, że zaangażowanie Kościoła w politykę źle się kończy przede wszystkim dla Kościoła.

dzień wolny czyli kiełbasa wyborcza

GW informuje w tym artykule, że posłowie PO złożyli w Sejmie projekt ustanowienia Święta Objawienia Pańskiego (potocznie zwanego Świętem Trzech Króli) dniem wolnym od pracy. wiadomość ta elegancko się wpisuje w kampanię wyborczą przed wyborami prezydenckimi. co prawda Donald Tusk jeszcze nie ogłosił chęci kandydowania, ale nie sądzę, żeby jego partia robiła taki gest w stronę obywateli bezinteresownie. według mnie stanowi ona kolejny element public relations, który PO uprawia z powodzeniem od ponad dwóch lat, zamiast rozwiązać w sensowny sposób aktualne problemy społeczne.

najbardziej żenujące w tej historii jest to, że roku 2008 PO miała inne zdanie na temat wolnego dnia w Święto Objawienia Pańskiego. ale cóż, wybory się zbliżają, więc trzeba tak zwanemu ludowi rzucić nieco tak zwanej kiełbasy wyborczej i liczyć na to, że przy urnie się ów lud odwdzięczy.

bardzo mądrze się wypowiadają Szymon Hołownia i Jarosław Makowski tutaj. nic dodać, nic ująć. zaiste, kiedy politycy decydują w sprawach związanych z wiarą i światopoglądem, myślę sobie (zapewne nie tylko ja): po co? dlaczego? jakie są motywy takiego postępowania? i niestety przeważnie odpowiedź brzmi: w imię doraźnych korzyści, zdobycia głosów czy poparcia w sondażach tudzież zapewnienia sobie poparcia hierarchii Kościoła katolickiego. smutne, ale prawdziwe.

z kronikarskiego obowiązku przypominam, że tym wpisie poruszałem temat dnia wolnego w Święto Objawienia Pańskiego. zdania nie zmieniłem.

EDIT:

do poruszonego przeze mnie tematu odniósł się również alex2001 na swoim blogu w tym wpisie.

ciąg dalszy nastąpił

w dzisiejszym wpisie znajdą się nawiązania sobie do wcześniejszych moich wpisów, a które mają różnego rodzaju ciąg dalszy.

jakiś czas temu pisałem o programie edukacyjnym finansowanym przez łódzki magistrat (a konkretnie: tutaj i tutaj). okazuje się, że powyższy temat boli nie tylko mnie. niejaki navaira na swoim blogu  zatytułowanym z  życia heteroseksualistów również poruszył ten temat w jednym z wpisów, a zrobił to z dużo większym niż ja poczuciem humoru, ironią i zjadliwością. z tego miejsca składam mu wielkie uszanowanie. czytam jego bloga regularnie. jego wpisy są zawsze na wysokim poziomie, a cięty język wywołuje uśmiech na twarzy. tak trzymać.

o bezprawnej sterylizacji Wiolety Woźny pisałem tutaj. sprawa znalazła swój finał w sądzie, jednak wydany wyrok budzi zdumienie i niesmak, mam nadzieję, że nie tylko mój. mianowicie GW informuje, że prokurator Krzysztof Burdziński śledztwo umorzył, powołując się na opinię profesora Romualda Dębskiego. ta decyzja budzi mój zdecydowany sprzeciw. po pierwsze: prokurator powołuje się tylko na względy medyczne jakoby konieczne do ratowania życia  pani Wiolety, a nie biorąc pod uwagę możliwości złamania prawa podczas dokonania sterylizacji bez jej zgody. po drugie: medyczne uzasadnienie uderza w jej godność, ponieważ wypowiedź profesora Dębskiego obraża panią Wioletę. zakłada on, że nie „stosowałaby antykoncepcji i przy następnej ciąży dzieci zostałyby bez matki”.

no tak, najprościej z góry założyć, że skoro ktoś jest niewykształcony i mieszka na wsi, nie będzie stosował antykoncepcji. podpowiem panu profesorowi: na edukację seksualną nigdy nie jest za późno. ba, uświadamianie pacjentowi skutków zdrowotnych jego zachowań jest częścią misji lekarza. co prawda obowiązek profilaktyki nie jest wpisany wprost w Kartę Lekarza, ale znakomita większość lekarzy na szczęście wie o nim bez zapisów prawnych. niestety, niektórzy wolą traktować pacjenta jak osobę niepełnosprawną intelektualnie i podejmować pewne decyzje bez jego wiedzy, jakoby dla jego dobra. przynosi to hańbę nie tylko zawodowi lekarza jako takiemu, ale również państwu, w którym takie zdarzenia mają miejsce.

dwa dni temu pisałem o wyroku Trybunału uznającym za zgodne z Konstytucją wliczanie oceny z katechezy do średniej ocen na świadectwie. jak informuje GW za radiem TOK FM w tym artykule, otrzymanie jedynki (czyli oceny niedostatecznej) nie spowoduje niezdania do następnej klasy. w takim razie pytam: po jaką cholerę wliczać ocenę z katechezy do średniej, skoro i tak nie ma to na nic wpływu. nie wspominając o tym, że aż do momentu wystawiania ocen (sic!) uczeń może się z katechezy wypisać na podstawie pisemnej deklaracji.

w tym momencie Kościół sam prowokuje następującą sytuację: uczniowie chodzą na katechezę, ale nic na niej nie robią konstruktywnego albo traktują ją jako czas na odrabianie zadań czy dostarczanie sobie rozrywki pod tytułem „pisanie SMS-ów albo słuchanie MP3 na telefonie”. dobrze będzie, jeśli nie będą przeszkadzać innym. po czym przy wystawianiu ocen (potencjalnych jedynek) większość się z katechezy wypisuje, aby sobie nie zaniżać średniej. tak to Kościół w pewnym sensie uczy konformizmu i kombinatorstwa. smutne, ale prawdziwe.

o patriotyzmie słów kilka

dwóch blogerów, których czytam i cenię (liberalny kalwin i alex2001) poruszyło w swoich notkach kwestię stosunku Polaków do swojej przeszłości, historii i pewnych charakterystycznych cech narodowych. nie wiem, czy się nawzajem czytają, ale ciekawe jest to, że obaj poruszyli podobny temat. co więcej: obaj piszą w podobnym tonie. nie ukrywam, że ich postawa jest mi bardzo bliska.

zastanawia przede wszystkim jedna rzecz poruszana przez obu blogerów: dlaczego w Polsce nadrzędną wartością, jeśli chodzi o patriotyzm, jest gloryfikacja przegranych spraw i obchodzenie głównie rocznic nieudanych zrywów narodowowyzwoleńczych? wiem, że łatwo jest politykom różnej maści znaleźć jakiś lokalny grób, mogiłę czy pomnik i przy nim się polansować z kwiatami czy wieńcami. albo ujmując rzecz bardziej ogólnie: łatwiej jest znaleźć winnego na zewnątrz, zwalić winę na niesprzyjające okoliczności, uwarunkowania geopolityczne czy nie takich sąsiadów albo nie ten czas. dlaczego rocznice rzeczy, które się nam udały, są albo obchodzone ze zdecydowanie mniejszą pompą i celebrą, albo wręcz utopione w jadzie wzajemnych pretensji i oskarżeń? dlaczego inne narody potrafią, a my nie?

bardzo charakterystyczny dla polskiej mentalności jest następujący cytat: „Kiedy wreszcie zrozumiemy tę lekcję? Kiedy zrozumiemy, że najlepszym sposobem na uczczenie Powstańców nie jest inscenizacyjka zdobywania barykady, ale np. wybudowanie domów dla uchodźców w Czadzie czy Kongu?„. zaprawdę, nic dodać, nic ująć. ciekawe, jak długo będzie powyższy cytat jedynie pobożnym życzeniem… dla równowagi trochę mniej poważne słowa: „Niestety, ciągłe składanie kwiatów pod pomnikiem ulepionym z klęsk i krzywd ma tę wadę, że robi z mózgu sałatkę warzywną.” tu również nie potrzeba komentarza, bo „Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie”, jak pisał Andrzej Frycz Modrzewski.

Wojciech Wencel dla odmiany w swoim felietonie uderza w ton religijno-narodowy, co nie dziwi w kontekście pisma, w którym felieton jest zamieszczony (Gość Niedzielny). moim zdaniem autor wyciąga zbyt daleko idące wnioski z zainteresowania muzyków rockowych tradycją powstańczą. raczej była to próba przybliżenia współczesnemu słuchaczowi czy czytelnikowi ducha tamtych czasów niż wyraz „apologii zrywu narodowego”. oczywiście trzeba oddać powstańcom ich bohaterstwo w walce, ale trzeba mieć również świadomość tego, że byli jeno trybikami w maszynie wojennej. ważna jest perspektywa, której tutaj chyba brakuje. dalsze akapity artykułu potwierdzają tą intuicję. Wencel cytuje J. M. Rymkiewicza, który „uznaje powstanie warszawskie za najważniejsze wydarzenie w całej naszej historii, co więcej – wydarzenie zwycięskie. To właśnie skutkiem dramatycznych walk na ulicach Warszawy w sierpniu i wrześniu 1944 roku jest, według poety, odzyskanie przez Polskę niepodległości po 1989 roku.” możliwe, że jakimś tam pośrednim skutkiem Powstania (baaardzo dyskusyjna teza) było odzyskanie przez Polskę niepodległości po 1989 roku, ale na Boga, zdecydowanie nie było to najważniejsze wydarzenie w „całej naszej historii” (to znaczy właściwie jakiej?).

podtytuł felietonu „Pogarda śmierci – nie ma lepszej definicji polskości” potwierdza tylko to, co pisali wymienieni przeze mnie blogerzy: uwielbiamy się nurzać w cierpieniu i martyrologii. chciałbym, żeby definicją polskości była na przykład „solidna robota” albo „tolerancja dla Innego” albo „umiejętność porozumienia”. ale dzięki takim „filozofom”, jak W. Wencel ziści się to może w dziesiątym pokoleniu licząc od teraz. oczywiście jak dobrze pójdzie i nie wydarzy się znowu kolejna wojna albo powstanie.

o mężach stanu (nieistniejących)

alex2001 pisze tutaj o deficycie mężów stanu. jeśli przyjąć jego definicję, trudno się z jego argumentami nie zgodzić. oczywiście, jeśli przyjąć definicję na przykład z wikipedii, to paru mężów stanu mieliśmy w naszym kraju. jednakże istotniejsza jest jedna z kolejnych notek alexa2001, zamieszczona tutaj. takie małe political fiction z cyklu: co było było, gdyby…? w tym przypadku: gdyby Karol Wojtyła nie został papieżem, tylko politykiem.

nie mam wystarczającej wiedzy, by w pełni ocenić dorobek Jana Pawła II, ale z wieloma wątkami poruszonymi w przywołanej notce trudno się nie zgodzić. oczywiście znam przysłowie, które mówi „o zmarłych dobrze, albo wcale”, wszelako nie mam na celu zmieszania dorobku Jana Pawła II z błotem. nie, chodzi mi o trochę bardziej obiektywne spojrzenie, niż prezentowane w Polsce podejście z czcią nabożną i nieomal na klęczkach, bo to przecież papież-Polak. symptomatycznie pisze alex2001: Dla nas był wyjątkowy, przyciągał tłumy, bo był człowiekiem sukcesu. Znanym na świecie Polakiem, co samo w sobie jest tak rzadkie, że nie można się tym nie zachwycać. Leczył nasze kompleksy. Gdyby Polak został nagle prezydentem USA wielbilibyśmy go podobnie.” coś jest na rzeczy, bo jakoś nie słyszałem równie strzelistych zachwytów nad Benedyktem XVI i jego pontyfikatem.

nie będę szczegółowo oceniał stosowania nauczania Karola Wojtyły w polskim Kościele, bo trudno tak naprawdę to ocenić, poza tym nie zajmuję się tą tematyką, ale chyba jest z tym cienko. abstrahuję w tym momencie od wartości teologicznej nauczania papieża, bo się na tym nie znam. mam na myśli kontrast między ciągłym powoływaniem się wszystkich na Jana Pawła II i jego nauki, a zastosowaniem tego w życiu codziennym czy funkcjonowaniu społeczno-politycznym.

von trompka



oto trzy przykłady ocierającego się o geniusz połączenia słowa i obrazu, których autorstwem jest niejaki von trompka. więcej znajduje się tutaj.

różne ciekawe linki

pozbierałem w jednym miejscu parę linków do artykułów, które same w sobie albo nie prowokują do osobnej notki, albo są na tyle soczyste, że nie ma co dodawać, ale są warte przeczytania.

tutaj niejaki kazik obnaża bezdenną głupotę niektórych sędziów albo cynizm, pozwalający nie dostrzegać  faktów oczywistych.

tutaj jest świetne kazanie księdza Józefa Tischnera o zmartwychstaniu.

tutaj dwóch świetnych pracowników „Polityki” bardzo trafnie diagnozuje, dlaczego dyskurs polityczny w Polsce wygląda tak, jak wygląda. czyli nie wygląda wcale…

tutaj jest napisane o łamaniu prawa przez katechetów, a konkretnie o naruszaniu ustawy o ochronie danych osobowych.

tutaj Sławomir Sierakowski diagnozuje możliwości wejścia do polityki i zmiany w niej czegokolwiek. diagnoza niestety nie jest zbyt optymistyczna.

tutaj profesor Magdalena Środa bardzo ciekawie wypowiada się w rozmowie z Igorem Janke (Rzeczpospolita). który albo nie słucha/słucha wybiórczo jej wypowiedzi, albo jest idiotą albo jest zdeklarowanym cynikiem.

tutaj jest wspomniany debilny pomysł rządu dotyczącym rejestrowania ciężarnych kobiet. moim skromnym zdaniem sprzeczny nie tylko z konstytucją, ale przede wszystkim ze zdrowym rozsądkiem. gratulujemy :/