o edukacji seksualnej i samorządzie terytorialnym
GW informuje tutaj o losach akcji prowadzonej w łódzkich szkołach, a finansowanej przez łódzki magistrat. nie chcę się jakoś przesadnie chwalić, ale moich wcześniejszych wpisach (tutaj i tutaj) nie wróżyłem tej inicjatywie „edukacyjnej” dużego powodzenia. jak widać, nie pomyliłem się w swoich przewidywaniach.
najwidoczniej Jerzy Kropiwnicki (były prezydent Łodzi, odwołany ze stanowiska w wyniku referendum – informacja tutaj) i podlegli jemu urzędnicy wiedzą lepiej, jakie treści i w jaki sposób przekazywać młodym ludziom na tematy związane ze sferą seksualną człowieka. gdyby jeszcze robili to za własne pieniądze, zgoda – niech sobie robią, co chcą. w końcu mamy wolny kraj.
natomiast jeśli swoje dziwne pomysły finansują z pieniędzy publicznych, czyli pieniędzy podatników, powinni wziąć pod uwagę celowość finansowania tego rodzaju inicjatyw ze środków publicznych. w końcu edukacja seksualna jest tematem na tyle istotnym dla rozwoju młodych ludzi, że powinna być ona prowadzona sensownie, a przekazywane treści adekwatne do wieku uczniów i ich rozwoju psychoemocjonalnego i fizycznego. ponadto środki publiczne, których zawsze są nie wystarczające w stosunku do potrzeb, powinny być wydawane po to, by służyć dobru publicznemu, a nie po to, by realizować czyjąś wizję światopoglądową.
wydawałoby się, że powyższe prawdy powinny być oczywiste dla osób piastujących stanowiska państwowe. najwidoczniej nie są dla wszystkich. fakt ten przygnębia tym bardziej, że wyborcy potrafią docenić zaangażowanie prezydenta miasta/wójta/sołtysa w sprawy społeczności lokalnej często i odwdzięczają się przy okazji najbliższych wyborów samorządowych, głosując ponownie na osobę, która dba o ich potrzeby.
przykładem z najbliższego mi podwórka jest Piotr Uszok, prezydent Katowic. można mieć różne zdanie na temat jego dokonań, ale trzeba mu z całą pewnością oddać to, że miasto pod jego rządami bardzo się zmieniło na lepsze. oczywiście jeszcze jest sporo do zrobienia, choćby przebudowa rynku, ale bardzo dużo zostało już zrobione. dodam, że Piotr Uszok jest prezydentem trzecią kadencję, zapowiedział start w w najbliższych wyborach i ma dużą szansę na zwycięstwo już w pierwszej turze. to świadczy o dużym zaufaniu, co w polityce jest rzeczą bezcenną.
ciąg dalszy nastąpił
Tagi: edukacja seksualna, prawa człowieka, służba zdrowia
w dzisiejszym wpisie znajdą się nawiązania sobie do wcześniejszych moich wpisów, a które mają różnego rodzaju ciąg dalszy.
jakiś czas temu pisałem o programie edukacyjnym finansowanym przez łódzki magistrat (a konkretnie: tutaj i tutaj). okazuje się, że powyższy temat boli nie tylko mnie. niejaki navaira na swoim blogu zatytułowanym z życia heteroseksualistów również poruszył ten temat w jednym z wpisów, a zrobił to z dużo większym niż ja poczuciem humoru, ironią i zjadliwością. z tego miejsca składam mu wielkie uszanowanie. czytam jego bloga regularnie. jego wpisy są zawsze na wysokim poziomie, a cięty język wywołuje uśmiech na twarzy. tak trzymać.
o bezprawnej sterylizacji Wiolety Woźny pisałem tutaj. sprawa znalazła swój finał w sądzie, jednak wydany wyrok budzi zdumienie i niesmak, mam nadzieję, że nie tylko mój. mianowicie GW informuje, że prokurator Krzysztof Burdziński śledztwo umorzył, powołując się na opinię profesora Romualda Dębskiego. ta decyzja budzi mój zdecydowany sprzeciw. po pierwsze: prokurator powołuje się tylko na względy medyczne jakoby konieczne do ratowania życia pani Wiolety, a nie biorąc pod uwagę możliwości złamania prawa podczas dokonania sterylizacji bez jej zgody. po drugie: medyczne uzasadnienie uderza w jej godność, ponieważ wypowiedź profesora Dębskiego obraża panią Wioletę. zakłada on, że nie „stosowałaby antykoncepcji i przy następnej ciąży dzieci zostałyby bez matki”.
no tak, najprościej z góry założyć, że skoro ktoś jest niewykształcony i mieszka na wsi, nie będzie stosował antykoncepcji. podpowiem panu profesorowi: na edukację seksualną nigdy nie jest za późno. ba, uświadamianie pacjentowi skutków zdrowotnych jego zachowań jest częścią misji lekarza. co prawda obowiązek profilaktyki nie jest wpisany wprost w Kartę Lekarza, ale znakomita większość lekarzy na szczęście wie o nim bez zapisów prawnych. niestety, niektórzy wolą traktować pacjenta jak osobę niepełnosprawną intelektualnie i podejmować pewne decyzje bez jego wiedzy, jakoby dla jego dobra. przynosi to hańbę nie tylko zawodowi lekarza jako takiemu, ale również państwu, w którym takie zdarzenia mają miejsce.
dwa dni temu pisałem o wyroku Trybunału uznającym za zgodne z Konstytucją wliczanie oceny z katechezy do średniej ocen na świadectwie. jak informuje GW za radiem TOK FM w tym artykule, otrzymanie jedynki (czyli oceny niedostatecznej) nie spowoduje niezdania do następnej klasy. w takim razie pytam: po jaką cholerę wliczać ocenę z katechezy do średniej, skoro i tak nie ma to na nic wpływu. nie wspominając o tym, że aż do momentu wystawiania ocen (sic!) uczeń może się z katechezy wypisać na podstawie pisemnej deklaracji.
w tym momencie Kościół sam prowokuje następującą sytuację: uczniowie chodzą na katechezę, ale nic na niej nie robią konstruktywnego albo traktują ją jako czas na odrabianie zadań czy dostarczanie sobie rozrywki pod tytułem „pisanie SMS-ów albo słuchanie MP3 na telefonie”. dobrze będzie, jeśli nie będą przeszkadzać innym. po czym przy wystawianiu ocen (potencjalnych jedynek) większość się z katechezy wypisuje, aby sobie nie zaniżać średniej. tak to Kościół w pewnym sensie uczy konformizmu i kombinatorstwa. smutne, ale prawdziwe.
podziemne państwo kobiet. rzecz o aborcji
wczoraj byłem z Kobietą na spotkaniu klubu Krytyki Politycznej w bytomskiej Kronice. w ramach spotkania był wyświetlony film „Podziemne państwo kobiet”, następnie Małgorzata Tkacz-Janik i Aleksandra Banot podzieliły się swoimi refleksjami i odpowiadały na pytania z sali.
film zrobił na mnie wielkie wrażenie. skala podziemia aborcyjnego jest w Polsce ogromna – według danych przytoczonych w filmie 80.000 – 200.000 tysięcy zabiegów rocznie. oznacza to, że co najmniej 80.000 tysięcy osób co roku łamie prawo, będące jednym z najbardziej restrykcyjnych uregulowań dotyczących przerywania ciąży w Europie. kobiety, które decydują się na aborcję, zazwyczaj są zostawiane przez mężczyzn, z którymi są w niechcianej ciąży, co wystawia mężczyznom zdecydowanie niechlubną opinię, delikatnie rzecz ujmując.
w filmie najbardziej zwraca uwagę poczucie osamotnienia kobiet, które dokonując aborcji z takich czy innych powodów przeważnie są zdane same na siebie. dobrze, jeśli mieszkają w większym mieście czy mają dostęp do internetu, mają wtedy większą szansę na znalezienie wsparcia. jednakże większość kobiet tego wsparcia nie ma. na dodatek mają świadomość, że robią coś niezgodnego z prawem.
zaś hipokryzja wszystkich, którzy akceptują taki stan rzeczy, budzi moje obrzydzenie i zdecydowany sprzeciw. albowiem ci sami lekarze, którzy w państwowych szpitalach odmawiają dokonania aborcji czy piętrzą trudności pod nazwą „potrzebuję jeszcze takiego i takiego badania” w zaciszach swoich prywatnych gabinetów dokonują zabiegu przerwania ciąży bez żadnych pytań i problemów. kwestią jest jedynie cena. i w ten sposób dochodzi się do sztucznie tworzonego podziału na kobiety, które stać na aborcję w odpowiednich warunkach i te, które są zdane na tańszych, ale bardzo często gorszych lekarzy nierzadko dokonujących aborcji w warunkach urągających wszelkim normom sanitarnym.
nie twierdzę, że aborcja jest dobra. jest zła. ale należy szanować decyzję kobiet, które się jej poddają. bardzo trafnie powiedziała Jolanta Kwaśniewska na spotkaniu przed Kongresem Kobiet „Państwo powinno dać kobietom prawo do dokonania aborcji. Jednocześnie powinno robić absolutnie wszystko, żeby to prawo pozostało martwe”. nic dodać, nic ująć.
oczywiście sama zmiana jednej ustawy niewiele zmieni. niezbędne jest przede wszystkim prowadzenie sensownej oświaty seksualnej i wprowadzenie refundacji środków antykoncepcyjnych. koniecznością jest także zmiana myślenia o prawach kobiet. mam na myśli wprowadzenie na stałe do dyskursu publicznego tematów, które pozwolą na wypracowanie rozwiązań umożliwiających kobietom wpływanie na stanowione prawo i dostosowanie go do ich potrzeb. pozwolę sobie przypomnieć w tym miejscu, że kobiety stanowią połowę społeczeństwa w Polsce, ale o sprawach ważnych dla kobiet z niewiadomych względów się nie mówi, a jeśli się mówi, to po omówieniu innych, rzekomo ważniejszych kwestii.
niejako w nawiązaniu do powyższego napiszę, że po spotkaniu zrobiłem rzecz, z której jestem bardzo zadowolony. mianowicie złożyliśmy (Kobieta i ja) podpisy pod obywatelskim projektem ustawy o parytetach na listach wyborczych. mam wielką nadzieję, że organizatorkom uda się zebrać jak najszybciej wystarczającą liczbę podpisów i że ów projekt stanie się obowiązującym prawem. może wtedy w Polsce coś się zmieni na lepsze. bo w obecnej chwili trudno mieć na to jakąkolwiek nadzieję.
abstynencja jest sexy?
tygodnik „Polityka” pisze w tym artykule o inicjatywie edukacyjnej dotyczącej wprowadzenia w szkołach projetu „Wychowanie do abstynencji” (temat poruszyłem w tym wpisie).
można mieć zastrzeżenia do stylu czy sformułowań użytych w artykule, który reprezentuje jakąś tam opcję, z którą niekoniecznie trzeba się zgadzać. jednakże jeśli już ktoś zajmuje się sprawami związanymi z edukowaniem młodzieży, wypada wziąć pod uwagę pewne fakty dotyczące samej edukacji, skuteczności takich programów czy wreszcie samej młodzieży. niestety z uporem godnym lepszej sprawy przeważnie forsowane są rozwiązania oparte na zasadzie „co mały Jasio myśli o tym albo owym”.
moim skromnym zdanie ta inicjatywa jest w pewnym sensie marnowaniem pieniędzy podatków (program jest finansowany przez łódzki magistrat). istnieją lepsze sposoby po pierwsze wydawania publicznych pieniędzy, po drugie informowania młodzieży o czyhających na nią zagrożeniach. zaś jeśli lekcje mają być zamiast wychowania do życia w rodzinie, to jestem zdecydowanie przeciw takiemu rozwiązaniu narzucającemu jeden światopogląd i jedną opcję ideologiczną. niektórzy może nie pamiętają (nie chcą pamiętać?), ale kiedyś już coś podobnego przerabialiśmy (w latach 1945-89) i się to nie sprawdziło.
w artykule są cytowane wypowiedzi nastolatków uczestniczących w wakacyjnych szkoleniach dla młodzieży, którzy mają po wakacjach zakładać w swoich szkołach kluby abstynentów. z tych wypowiedzi wynika, że większość osób uczestniczących w tychże szkoleniach trafiła tam przypadkowo, a szkolenia są prowadzone w sposób niespecjalnie dostosowany do polskiej mentalności. zaś aktualny obraz lekcji wychowania do życia w rodzinie jest zatrważający. oczywiście zakładając, że owe lekcje się w ogóle w szkole odbywały. mówię o raporcie grupy „Ponton”. zainteresowanych odsyłam tutaj.
tego typu programy może są dobre, ale po pierwsze jako uzupełnienie rzetelnej wiedzy, która powinna być przekazywana na lekcjach wychowania do życia w rodzinie, a nie zamiast tych lekcji. po drugie może zamiast bezmyślnego kalkowania z amerykańskich wzorców lepiej zrobić coś autorskiego? mamy w kraju wielu wybitnych seksuologów, pedagogów i specjalistów z innych dziedzin. jestem głęboko przekonany, że wielu z nich chętnie wzięłoby udział w tworzeniu takiego programu.
edukacja seksualna w Polsce: nie jest lepiej. przykład: Łódź
nieoceniona feminoteka.pl informuje tutaj o kuriozalnej inicjatywie „edukacyjnej” dotyczącej projektu „Wychowanie do abstynencji”, który od września będzie prawdopodobnie nauczany jako przedmiot w łódzkich szkołach.
celowo napisałem „kuriozalnej”, bo o ile zgadzam się z tym, że podejmowanie współżycia seksualnego przez młodzież nie powinno z różnych względów następować zbyt wcześnie, to równocześnie uważam, że należy respektować to, że młodzież jednak współżycie podejmuje i należy jej przekazać pełną i rzetelną wiedzę na temat „co to jest seks i czym to się je”.
tego typu inicjatywy, jak wyżej wspomniana, choć zapewne oparte na dobrych chęciach, charakteryzują się jednakowoż nieznajomością młodzieży i pobudek, którymi się kierują młodzi ludzie. jedną z nich jest przekora. oczywiście nie twierdzę, że cała młodzież bez wyjątku za punkt honoru stawia sobie sprzeciwianie się rodzicom i wychowawcom. co nie umniejsza potrzeby przekazywania kompleksowej i rzetelnej wiedzy dotyczącej tematów, z którymi młody człowiek może się zetknąć, przede wszystkim zaś zagrożeń i konsekwencji związanych z takim czy innym postępowaniem.
uprzedzając możliwe sprzeciwy co do mojego wywodu, bazujące na wypowiedziach różnych osób: nie wydaje mi się, żeby przekazywanie informacji było zachęcaniem do czegokolwiek. oczywiście wszystko zależy od tego, kto i w jaki sposób tą wiedzę przekazuje. ale skłaniałbym się tutaj ku zasadzie: lepiej zapobiegać niż leczyć.
można się zastanawiać, czy przyswojenie tak podstawowej wiedzy, jaką powyżej przywołałem, wymaga jakichś szczególnych kwalifikacji umysłowych. moim zdaniem: nie wymaga. więc tym bardziej dziwi postawa różnej maści specjalistów od wychowania młodzieży.
myślę, że najlepiej wypowiedziała się w tym dyskusji na forum na ten temat Aldi: „Takie zajęcia mają EDUKOWAĆ, pokazują przede wszystkim, że seks jest czymś normalnym, naturalnym, a jego efekty mogą być przeróżne…
Lepiej pokazać wszystkie ZA i PRZECIW, uwrażliwiać młodych ludzi, zaufać im i zdać się na ich decyzje (które i tak podejmą!), niż przekonywać tylko do abstynencji. Jeśli pokazuje się jedyną słuszną drogę zbuntują się przeciw temu.” nic dodać, nic ująć.
o wszechświecie i głupocie
dzisiaj na początek cytat z Alberta Einsteina:
„Tylko dwie rzeczy są nieskończone: Wszechświat oraz ludzka głupota, choć nie jestem pewien co do tej pierwszej.„.
oto przykłady głupoty:
pierwszy przykład. zastanawiam się, czy dopiero GW musi się zająć czymś, żeby ktoś zastanowił się nad swoimi kretyńskimi decyzjami i postępowaniem? czy ludzie pracujący w różnych instytucjach nie mają własnego pomyślunku. przecież chyba prawie każdy z nich ma maturę, a większość skończone jakieś studia. jeśli tak, to kto im dał dyplom? i za co? za włażenie w dupę promotorowi? no chyba.
drugi przykład. mój ulubiony temat – głupota polityków. najlepiej zakazać i po problemie, prawda? a niejaki Ziobro jeszcze pewnie dodałby „i ukarać, proszę pana! ukarać!”. w moich postach: (tym i tym) wypowiadałem się na temat edukacji seksualnej i zdania nie zmieniłem. a wydawanie tego typu zarządzeń uważam nie tylko za nadużycie uprawnień, ale za wyraz nieprzeciętnej głupoty. no ale jeśli ktoś teletubisia podejrzewa o skłonności homoseksualne, to czemu ja się dziwię…
trzeci przykład. autor pisze i ja się z nim zgadzam, że wystarczy trochę znać historię na poziomie liceum, żeby nie mówić takich bredni jak radni PiS-u. a jeśli się nie zna historii, to jest taka pożyteczna instytucja, jak biblioteka. albo prościej: internet. różne wyszukiwarki są. ale nie, prościej jest mówić to, co ślina na język przyniesie, ale za to zgodnie z linią programową partii.
a tutaj jest przykład Wszechświata (a właściwie jego obrazu).
o obowiązkowym seksie i innych atrakcjach dla młodzieży
tutaj jest ciekawy artykuł na początek o jakże imponującym tytule „Seks obowiązkowy”.
niezależnie od treści (o której za chwilę) sam tytuł daje świadectwo pewnej tabloidyzacji, która dotyka nawet gazet chcących uchodzić za poważne i opiniotwórcze, nie wspominając o ich religijnym umocowaniu. artykuł jest o projekcie edukacji seksualnej obowiązkowej dla większości uczniów. ale z drugiej strony taki tytuł przyciąga, prawda? a może jest po prostu wyrazem frustracji autora? tego akurat nie wiem, ale z całą pewnością jest bardzo chwytliwy i wpada w oko.
co do treści:
na początku muszę uczynić jedno zastrzeżenie: edukacja seksualna wygląda różnie, prowadzą ją często osoby do tego nieprzygotowane, uczniowie też różnie podchodzą do tych lekcji. jednak inicjatywa MEN zmierza raczej do uporządkowania tego stanu. natomiast publicyści Gościa Niedzielnego, portalu wiara.pl oraz innych tzw. mediów katolickich z góry zakładają, że będzie jeszcze gorzej, biedne dzieci zostaną zdemoralizowane i zepsute do cna, a edukacja seksualna żadnemu dziecku nie przyniesie nic dobrego. szanowni czytelnicy zechcą ocenić, kto ma rację.
we wspomnianym artykule pisze pan P. Kucharczak takie zdanie „Teraz jednak rodzice mają większy wpływ na to, czy chcą przekazywać dziecku te treści osobiście, czy oddać inicjatywę nauczycielowi.” pierwsze słyszę, by zgoda rodzica na uczęszczanie jego dziecka na wspomniane zajęcia oznaczała automatycznie, że rodzice nie mogą również dziecka edukować. takie stawianie sprawy jest nieuczciwe, bo sprawia wrażenie, że szkoła chce rodziców nie dopuścić do uświadamiania dzieci. cytowana wypowiedź prof. K. Wojaczka potwierdza intencję autora artykułu.
dalej jest postawiona teza, iż „Prawdopodobnie tylko nieliczni zdobędą się na odwagę, żeby złożyć na ręce dyrektora pisemny sprzeciw. Ci, którzy to zrobią, mogą narazić się na przyklejenie im łatki radykałów.” hmm, dlaczego czynić takie założenie z góry? może się akurat okazać, że na przykład rodzice wszystkich albo prawie wszystkich dzieci w danej klasie będą mieli podobne zdanie, dogadają i złożą stosowne oświadczenia. ale prościej jest zrobić założenie pasujące do założonej tezy, nieprawdaż?
MEN i prof. K. Wojaczek zgadzają się w kwestii tego, że rodzice nie wywiązują się z uświadamiania swoich dzieci. jednak MEN tę kwestię reguluje z troski o dzieci, które z braku czasu poświęcanego im przez rodziców i zbyt dużej liczebności klas i ogromu materiału nie są wychowywane przez rodziców ani szkołę, ale „przez ulicę i środki masowego przekazu”. oczywiście nie zmienia to faktu, że jeśli ktoś chce dziecko uświadamiać sam, może to zrobić, zgłaszając pisemny sprzeciw. prof. K. Wojaczek widzi sprawę inaczej: „Rodzicom będzie teraz o wiele trudniej wyrazić sprzeciw, podjąć jakąś akcję, żeby wyciągnąć swoje dziecko spod wpływu nauczyciela, który je demoralizuje”. po pierwsze, dlaczego ma być trudniej teraz? wcześniej było łatwiej? po drugie, dlaczego jest od razu czynione założenie, że nauczyciel dziecko zdemoralizuje?
oczywiście zdarzają się nauczyciele, którzy tą wiedzę przekazują źle. mam na myśli przekazywanie samej wiedzy bez kontekstu całościowego podejścia do dojrzewania młodego człowieka. ale czynienie takiego założenia jest trochę krzywdzące dla osób, które oprócz przekazywania wiedzy wychowują i przekazują pewne wzorce. tak się składa, że osobiście znam takich nauczycieli i wiem, że prowadzili te zajęcia w sposób nienaganny. więc takie podejście autora artykułu ich obraża.
ciekaw jestem, gdzie autor wyczytał informację, że „członkowie Grupy Edukatorów Seksualnych „Ponton”, zajmują się zachęcaniem nastolatków do kopulacji.”. ja myślałem raczej, że odpowiadają na podstawowe pytania dotyczące dojrzewania, aktu seksualnego, zabezpieczania się przed zajściem w ciążę, ale także asertywności i relacji. wystarczy poczytać na przykład raport z Wakacyjnego Telefonu Zaufania z 2008 roku, dostępny tutaj.
edukatorzy zastrzegają, że ich porady nie zastąpią porady lekarza bądź innego specjalisty oraz że edukatorzy Pontonu nie mają wykształcenia medycznego, a ich porady mają jedynie charakter informacyjny. oczywiście, że lepiej zapobiegać, niż leczyć, że się posłużę przysłowiem. ale Grupa „Ponton” powstała, by młodzież mogła uzyskać choćby podstawowe informacje dotyczące sfery seksualnej, których nie otrzymała gdzie indziej, a tychże informacji potrzebuje.
tutaj się kłania kwestia wychowania młodzieży i pytania w stylu: kto tak naprawdę wychowuje polską młodzież? skąd czerpie wzorce? gdzie otrzymuje odpowiedzi na ważne dla siebie pytania? z kim może porozmawiać o ważnych dla siebie sprawach? nie ma się co oszukiwać, większość rodziców nie rozmawia ze swoimi dziećmi, bo nie ma czasu ochoty, chęci, wiedzy, by odpowiedzieć na drążące ich pytania. (większość, co nie znaczy, że wszyscy; chwała, cześć i duży szacun wszystkim tym, którzy rozmawiają ze swoimi dziećmi, słuchają ich i są dla nich kumplami). więc chyba lepiej, żeby ich dzieci czerpały wiedzę na tematy związane z seksualnością od kompetentnych osób, które są dla nich kimś w rodzaju starszego rodzeństwa i do których mają zaufanie, niż z od kolegów z podwórka czy z internetu. bo od rodziców raczej się tego nie dowiedzą. bo zakładanie, że dzieci w okresie dojrzewania się tymi kwestiami nie interesują, jest wzięte z księżyca. zachęcam do przypomnienia sobie siebie samych w tym wieku.
dość ryzykowne założenie czyni prof. K. Wojaczek cytowany pod koniec artykułu. mianowicie zakłada, że propozycja MEN jest pierwszym krokiem do wprowadzenia edukacji seksualnej typu zachodniego. po czym są wymienione patologie w nauczaniu edukacji seksualnej w różnych krajach (bardzo sprytnie!): „Jednak, moim zdaniem, w przyszłości utrudni to sprzeciw rodziców przed próbami promowania w szkole seksu oderwanego od małżeństwa, przeciw zachęcaniu młodzieży do korzystania z seksu jako miłego spędzania czasu.”
informuję, że przeciwko takiemu nauczaniu pierwszy bym zaprotestował, niezależnie od tego, kto by je prowadził. ale dlaczego od razu zakładać, że MEN chce edukację seksualną w polskich szkołach stopniowo przekształcać w model zachodni? tego nie wiem i się pewnie nie dowiem.
na koniec artykułu zostawiono najlepsze:„Zastrzegam, że na razie to jest tylko projekt, który nie został jeszcze nawet wysłany do konsultacji społecznych. Wiele może się w nim zmienić. Być może w czasie konsultacji ktoś zgłosi pomysł, jak rozwiązać problemy, które pan sygnalizuje – mówi rzecznik MEN Grzegorz Żurawski.” cały artykuł jest napisany w tonie co najmniej „larum grają, do szabel, panowie!„. a tu okazuje się, że to tylko projekt. brawo! P. Kucharczak na Dziennikarza Roku!
żeby zostać dobrze zrozumianym: marzy mi się edukacja seksualna dostosowana do wieku dziecka, jego światopoglądu, wyznawanej religii i innych rzeczy, ponadto prowadzona przez kompetentne osoby o dużej kulturze osobistej, będące dobrymi pedagogami, łatwo nawiązujące kontakt z młodzieżą. czy tak będzie rzeczywiście, trudno powiedzieć, ale na pewno warto o to walczyć. moje zdanie na ten temat jest wyłożone tutaj, jeśli ktoś chce więcej wiedzieć o tym, co myślę na ten temat. uważam, że zdecydowanie trzeba się zająć dziećmi, które tych informacji nie mają skąd zasięgnąć. a akurat w tym przypadku niewiedza zaś może być (nomen omen) brzemienna w skutkach.
EDIT:
tutaj jest raport „Pontonu” na temat edukacji seksualnej prowadzonej w polskich szkołach. ktoś dalej uważa, że jest dobrze?