różne różności

powyborcze refleksje

jak wiadomo, w niedzielę 09.10.2011 odbyły się wybory parlamentarne. wyniki jakie są, każdy mniej więcej wie (wygrała PO – 39,18%, drugi był PiS – 29,89 %, potem kolejno Ruch Palikota, PSL i SLD – wszystkie trzy z poparciem w okolicach 10%). można różnie interpretować te wyniki, ja pokuszę się również o parę słów w temacie.

wygrana PO niewątpliwie jest związana z tym, że albo większości Polakom odpowiada aktualny stan rzeczy albo tak się boją powrotu rządów PiS-u, że zagłosowali na PO ze strachu. poziom poparcia dla PiS-u wskazuje, że druga hipoteza nie jest całkiem bezpodstawna. co prawda partia Kaczyńskiego nie byłaby w stanie stworzyć koalicji z kimkolwiek, a rząd mniejszościowy od początku kadencji nie wchodziłby w grę w dzisiejszych czasach, ale zapewne spora część głosujących na PO powodowała się właśnie strachem przed PiS-em.

stosunkowo duże poparcie PiS-u przez głosujących oznacza, że spora część społeczeństwa daje się nabrać na brednie człowieka, który sprawia wrażenie nie tylko kompletnie oderwanego od jakichkolwiek realiów, ale też opętanego manią prześladowczą. te dwie rzeczy nie są groźne, natomiast w połączeniu z kwestionowaniem podstaw demokracji oraz obrażaniem i poniżaniem przeciwników są groźne, jeśli mają poparcie prawie jednej trzeciej głosujących. zadaniem PO na kolejne cztery lata rządów jest wytłumaczenie elektoratowi PiS-u, że można inaczej.

poparcie Ruchu Palikota na poziomie 10% jest wynikiem niebywałego zmęczenia Polaków wojną między PO i PiS-em. oznacza też, że można do parlamentu wprowadzić posłów nie dysponując dotacjami budżetowymi i nie mając tak zwanego „aparatu”. oczywiście Palikot dysponuje swoimi funduszami, jest osobą publiczną i ma kontrowersyjne poglądy odpowiadające sporej rzeszy ludzi. jednak nie byłoby tak dobrego wyniku bez jeżdżenia po Polsce i rozmawiania z ludźmi. czas pokaże, czy jego program (niewątpliwie dość populistyczny) był obliczony głównie na wynik wyborczy czy zostaną podjęte próby realizacji przynajmniej niektórych postulatów. liczę na drugą opcję.

katastrofalny wynik SLD oznacza zmianę przywództwa (wreszcie!). stawiam na kogoś z trójki: Piekarska, Kalisz, Balicki i jeśli rzeczywiście któreś z nich zostanie szefem Sojuszu, będzie oznaczało to większe otwarcie na inne środowiska (Zieloni2004, Partia Kobiet, osoby związane z Krytyką Polityczną), co może wyjść Sojuszowi tylko na lepsze. mówiąc: „otwarcie” mam na myśli nie tylko listy wyborcze, ale przede wszystkim współpracę ideową i odświeżenie wizerunku, które Sojuszowi jest zdecydowanie potrzebne.

stabilny wynik PSL-u jest konsekwencją tego, co ktoś powiedział na Twitterze: ich elektorat odwdzięcza się im za to, że cały czas realizują jego interesy. niby oczywiste, ale jak widać na przykładzie SLD pod rządami Napieralskiego, nie dla wszystkich. z drugiej strony trudno wyobrazić sobie parlament bez posłów PSL-u, bo niby kto miałby realizować postulaty rolników. oczywiście abstrahuję tutaj od zasadności tych postulatów, ale chyba elektorat agrarny jako jedyny z pełnym przekonaniem może powiedzieć „mamy SWOICH ludzi w Sejmie”.

osobiście cieszę się z  niezłego wyniku Ruchu Palikota, martwię się słabym wynikiem SLD, jestem przerażony stosunkowo dużym poparciem PiS-u. wynik PO i PSL pozwalający im rządzić przez drugą kadencję nie wzbudza we mnie specjalnych emocji.

z innej beczki: ciekaw jestem, czy hierarchowie Kościoła katolickiego wezmą sobie do serca spostrzeżenia Bogumiła Łozińskiego z Gościa Niedzielnego (Tusk zwycięzca), który zauważa, że „Poparcie antykościelnego ruchu przez ponad milion obywateli powinno wzbudzić refleksję wśród osób odpowiedzialnych za kształt Kościoła w Polsce m.in. na temat tego, jakie są powody niechęci do Kościoła tak znacznej grupy Polaków.

nie łudzę się specjalnie, bo od dłuższego czasu Kościół w Polsce, przynajmniej ten najbardziej widoczny i sprawujący władzę nad resztą, czyli hierarchiczny ma problem z wyciąganiem wniosków ze swoich porażek (o tym, że Kościół przegrał podwójnie, ciekawie pisze Katarzyna Wiśniewska). diagnozy autorstwa takich osób, jak ks. Adam Boniecki, o. Ludwik Wiśniewski czy o. Jacek Prusak są lekceważone, a to się kiedyś zemści.

różne spojrzenia na „bitwę pod krzyżem”

jak powszechnie wiadomo, grupka obłąkańców mieniących się „obrońcami krzyża” skutecznie zablokowała wyznaczone na 03.08.2010 uroczyste przeniesienie krzyża stojącego przed Pałacem Prezydenckim do kościoła św. Anny w Warszawie.

Adam Leszczyński w komentarzu „Bitwę pod krzyżem” przegrali wszyscy konstatuje, że:

  • przegrało państwo, które nie umie obronić swojego (teoretycznie) świeckiego charakteru,
  • przegrał Kościół, którego kapłanów wierni wyzywali „precz z komuną”,
  • przegrali niewierzący, którzy dostali przed oczy dowód nieszanowania i olewania ich praw,
  • przegrali wierzący, których jeden z symboli można bardzo łatwo sprofanować (pomijam fakt, że krzyż nie jest poświęcony i nie wisi na nim figura Chrystusa, więc tak naprawdę są to dwie deski).

Ewa Siedlecka przytomnie zauważyła w komentarzu Kto krzyżem wojuje…, że w pewnym sensie państwo rękami swoich przedstawicieli samo sobie strzeliło w stopę, uchwalając wspomnianą przez autorkę uchwałę „W sprawie poszanowania krzyża”. niewątpliwie była ona użyteczna, kiedy trzeba było zabiegać o głosy u potencjalnych wyborców, ale w kryzysowej sytuacji stanowi oręż dla różnego rodzaju oszołomów.

Jan Turnau w komentarzu Hańba apeluje, by biskupi Kościoła katolickiego nawet za cenę utraty autorytetu wzięli odpowiedzialność za całą sytuację i włączyli się w rozwiązanie całej sytuacji. to sympatyczne, że Turnau wierzy w dojrzałość Episkopatu jako zgromadzenia biskupów, jednak prawda jest taka, że odkąd umarł papież Jan Paweł II, polski Episkopat ma problem z zajęciem odważnego  i sensownego stanowiska w kwestiach dotyczących czegoś innego, niż etyka seksualna i wybory.

w bardzo gorzkim tonie na temat biskupów wypowiada się Tadeusz Sobolewski w komentarzu Kościół umywa ręce. poprzez brak stanowczego potępienia zachowań „obrońców krzyża” biskupi oddają im inicjatywę i niejako przyzwalają na profanowanie krzyża i anarchistyczne zachowania szkodzące państwu. w pewnym sensie dają świadectwo postawy niezbyt patriotycznej, a na pewno nie obywatelskiej.

w mocnych słowach na temat „bitwy pod krzyżem” wypowiada się Dariusz Bruncz w komentarzu Profanacja krzyża. Wielka porażka Kościoła. poddaje on krytyce Kościół w osobie arcybiskupa Kazimierza Nycza stwierdzając: „Jeśli Kościół, a konkretnie arcybiskup metropolita warszawski Kazimierz Nycz nie tylko nie pojawił się przed Pałacem, co potencjalnie mogłoby uzdrowić całą sytuację, ale ustami swoich kapłanów zdystansował się od sprawy krzyża, to w jakiej sprawie może/powinien/chciałby/musiałby/wolno by mu było zająć jakiekolwiek stanowisko?”

w takich sytuacjach widać, że polski Kościół najlepiej sprawdza się w warunkach bojowych zarówno mając za przeciwnika system komunistyczny jak liberalizm. natomiast, co także podkreśla Bruncz, ma problem z misją duszpasterską, której elementem mogłoby być między innymi uświadomienie obrońcom krzyża niewłaściwości ich zachowania w ramach pasterskiej posługi biskupiej. niestety dyplomacja, w której Kościół ma duże sukcesy, tutaj się nie nadaje do zastosowania.

Maciej Gdula trochę się rozpędził sugerując w swoim komentarzu, że Komorowski nie powinien zostać zaprzysiężony, niemniej ustąpienie instytucji państwowych przed grupą fanatyków źle wróży tej prezydenturze. mimo, że gospodarzem chodnika przed Pałacem Prezydenckim według prawa jest prezydent Warszawy, to krzyż został postawiony przed siedzibą prezydenta Polski, a Komorowski jako prezydent elekt zobowiązał się do jego usunięcia stamtąd. jeśli więc prezydent nie potrafi sobie poradzić z takim zadaniem, nie wiadomo, czego się spodziewać w obliczu trudniejszych wyzwań.

Andrzej Macura napisał zaskakująco wyważony i trafny komentarz Święty nade wszystko, w którym podkreśla używanie religii do swoich celów, jakimi są dla „obrońców krzyża” wyrażenie sprzeciwu wobec nowo wybranego prezydenta i upamiętnienie zmarłego prezydenta. niezwykle ważne i mądre są zdania: „Wybrani w demokratycznych wyborach przedstawiciele naszego kraju mogą się podobać lub nie. Można się z nimi spierać właściwie o wszystko. [..] Wierzący powinien to jednak robić na swój własny rachunek. Nie może używać argumentu, że ma rację, bo po jego stronie jest Bóg.” oraz: „Niestety, zbyt wielu polskich katolików w dobrej wierze nie tyle inspiruje się Ewangelią, co szuka w Ewangelii poparcia dla swoich poglądów. To subtelna różnica, ale bardzo istotna.”

jako chrześcijaninowi jest mi niewymownie wstyd za ludzi, którzy używają symbolu krzyża do obrony swoich racji politycznych, a swoich przeciwników uważając za zło wcielone. wstyd mi również za władze państwowe, które ustępują fanatykom religijnym i wycofują się z wcześniejszych ustaleń dotyczących uporządkowania przestrzeni miejskiej. wstyd mi także za hierarchów Kościoła katolickiego, którzy nie mają odwagi potępić ludzi, którzy z krzyża uczynili sobie narzędzie służące walce politycznej. i nic już nie będzie takie samo nie po katastrofie smoleńskiej, ale po „bitwie o krzyż”.

o rozwodach w Gościu Niedzielnym

tematem aktualnego numeru Gościa Niedzielnego są rozwody. wypowiada się na ten temat między innymi Bogumił Łoziński, który „rzucony na odcinek dotyczący rodziny” (używając języka partyjnego) napisał artykuł Plaga rozwodów. artykuł ten charakteryzuje się brakiem wrażliwości dla ludzi niemieszczących się w jego światopoglądzie.  w pewnym sensie jest to postawa charakterystyczna dla redaktorów Gościa Niedzielnego, którzy chcieliby świat, a przynajmniej Polskę urządzić po swojemu, bez brania pod uwagę osób myślących inaczej.

już w pierwszym zdaniu artykułu można znaleźć błędne sformułowanie: „Współczesny świat opanowany jest przez mentalność rozwodową.” według tej definicji mentalność jest charakterystycznym sposobem myślenia uwarunkowanym społecznie i biologicznie i z całą pewnością obejmującym więcej, niż tylko podejście do instytucji małżeństwa, jak zdaje się sugerować autor artykułu.

w dalszej części artykułu są przytoczone informacje dotyczące ustawodawstwa rozwodowego w innych krajach oraz dane statystyczne dotyczące liczby rozwodów w Polsce. co ciekawe, autor zżyma się na niektóre rozwiązania prawne  jakoby przyczyniające się do zwiększenia liczby rozwodów, ale nie pisze, że te rozwiązania zostały wycofane parę lat później. ponadto nie zauważa tego, że to nie prawodawstwo przyczynia się do większej liczby rozwodów, ale kombinatorstwo obywateli i peerelowska mentalność właśnie, której cechą charakterystyczną jest chęć „załatwienia” czegoś w nieuczciwy sposób.

w cytowanym artykule autor powołuje się na zmianę świadczeń wypłacanych Funduszu Alimentacyjnego na dodatek dla osób samotnie wychowujących dzieci. poskutkowało to zwiększoną liczbą rozwodów, będących jednakże rozwodami na papierze, bez faktycznego rozpadu związku, a służącymi jedynie do otrzymywania dodatkowych pieniędzy od państwa za darmo i bez wysiłku. o tym już autor nie napisał, bo nie pasowałoby mu to do koncepcji artykułu.

w dalszej części artykułu są prezentowane 2 pomysły, których urzeczywistnienie zdaniem autora mogłoby ograniczyć liczbę rozwodów. pierwszym z nich jest zakaz rozwodów, będący moim zdaniem krokiem naprzód do państwa wyznaniowego, czemu jestem zdecydowanie przeciwny. drugim jest wprowadzenie „prawo dające parom, zawierającym sakrament małżeństwa w Kościele katolickim, możliwość podpisania specjalnego zobowiązania o nierozerwalności małżeństwa w wymiarze cywilnym”.

przyznam się, że dawno nie słyszałem tak absurdalnego pomysłu i jestem przekonany o tym, że jego wprowadzenie w życie miałoby odwrotny skutek od zamierzonego. zapewne większość par na wszelki wypadek żyłaby przez długi czas w konkubinacie lub mając jedynie ślub cywilny, ewentualnie biorąc ślub kościelny po uzyskaniu większego, niż na początku trwania związku przekonania, że się on nie rozpadnie.

jak słusznie pisze Jan Drzymała w komentarzu Może cię nie opuszczę… „Batem nikt nikogo jeszcze nie wychował. Jeśli prawo nie jest poparte autentycznym przekonaniem i nie ma odzwierciedlenia w rzeczywistości, nie będzie stosowane. Wzbudzi tylko falę protestów i społecznego sprzeciwu. Będzie miało raczej pozory represji niż autentycznej troski.” zgadzam się w zupełności, jak również z własnego doświadczenia potwierdzam opinie autora o katastrofalnym stanie jakościowym nauk przedślubnych prowadzonych w parafiach.

na koniec swojego artykułu Łoziński pisze mądre słowa „Jeśliby przestrzegali zasad swojej wiary, to liczba rozwodów na pewno by spadła.” są to piękne słowa, ale jak mówi znane powiedzenie „teoria swoje, życie swoje”. istnieją przecież przypadki, kiedy chęć ratowania małżeństwa jest tylko po jednej stronie, a rozwód służy uregulowaniu prawnemu statusu faktycznego, czyli rozpadu związku, nawet wśród katolików. i nie zawsze istnieje podstawa do stwierdzenia nieważności zawarcia sakramentu małżeństwa. warto o tym pamiętać, formułując tak jednoznaczne opinie.

parytety według Gościa Niedzielnego

Gość Niedzielny jako źródło inspiracji jest niewyczerpany, w numerze 02/2010 aż trzy artykuły skłaniają do skomentowania czy polemiki. w poprzednim wpisie zająłem się tematem języka i wyrażania się oraz aborcji, w tym wpisie będzie o parytetach.

Bogumił Łoziński w tym artykule stara się zdezawuować wysiłek włożony w organizację Kongresu Kobiet i zbieranie podpisów pod projektem ustawy o parytecie. czyni to w wyjątkowo kłamliwy sposób pisząc w pierwszym akapicie tak: „[..] Diagnoza (dotycząca sytuacji kobiet w Polsce – miguelm75) taka rzeczywiście została sformułowana, tyle że miała ona charakter wybitnie jednostronny – lewicowy i feministyczny, czego wyrazem były postulaty rozszerzenia prawa do aborcji czy refundowania środków antykoncepcyjnych.” rozumiem, że publicyści Gościa Niedzielnego mają alergię na poglądy lewicowe i feministyczne, ale  używając tego typu sformułowań autor niebezpiecznie zbliża się do granic myślenia paranoicznego.

z drugiej strony możliwe, że B. Łoziński nie czytał postulatów zamieszczonych na przykład tutaj i dlatego bredzi od rzeczy. ale z drugiej strony: jeśli nie sprawdził źródeł, to jaki z niego dziennikarz? nie wierzę, że autor jest przeciwny wszystkim bez wyjątku postulatom, raczej przypuszczam, że uważa on za rzecz niedopuszczalną napisanie, że się zgadza z którymkolwiek. zapewne obawia się on, że podobne zachowanie oddaliłoby go od linii programowej GN, a zbliżyło do tych okropnych feministek. ba, nieomalże pchnęło w ich ramiona. taki pogląd jest zgodny z dychotomicznym myśleniem prezentowanym przez konserwatywne środowiska kościelne coś może być czarne albo białe, nic pośrodku.

nie wiem, na podstawie czego autor wysnuł przypuszczenie, że kobiety uważają sferę polityki za sferę w której  kobiety są najbardziej dyskryminowane oraz opinię o braku entuzjazmu środowisk kobiecych dla propozycji parytetów. przypomina mi się w tym momencie odpowiedź na pytanie: „Cześć, co słychać?” brzmiąca: „Zależy, gdzie ucho przyłożyć.”

autor z jednej strony zdaje sobie sprawę, na czym polega parytet: „Zakłada, że liczba kobiet na listach wyborczych nie będzie mniejsza niż liczba mężczyzn. Parytet nie obejmie natomiast wyborów do Senatu i do rad gmin do 20 tys. mieszkańców, bo tam obowiązuje ordynacja większościowa.”, a z drugiej strony przypisuje uczestniczkom Kongresu Kobiet myślenie, którego nie ma: „Zupełnie inne podejście do tego problemu mają uczestniczki Kongresu Kobiet Polskich, które chcą przepisami sterować, ile kobiet ma działać w polityce.” oraz „Parytet zakłada, że kobiety w konkurencji z mężczyznami są słabsze, dlatego potrzebne jest im ustawowe wsparcie.” trochę #mindfuck, jakby to powiedziano na BLIP-ie.

następny „kwiatek” świadczący o nieznajomości tematu jest taki „Ciekawe, w jaki sposób nasze feministki okazały solidarność z kobietami, które przez wiele lat nie pracują zawodowo, bo wychowują dzieci, przez co otrzymają o wiele niższą emeryturę, bo mają mniejszy okres składkowy?” tak się składa, że feministki walczą między innymi o wynagradzanie prac domowych wykonywanych przez kobiety wychowujące dzieci i niepracujące zawodowo oraz o należyte wynagradzani kobiet. ale B. Łoziński albo nie chce tego wiedzieć, albo wie, ale celowo to pomija, bo nie pasuje mu do z góry założonej tezy.

tak czy owak wspomniany artykuł jest nierzetelny, stronniczy i po prostu nieuczciwy. autorowi sugeruję zaznajomienie się z tematem, zanim następnym razem napisze o czymś, o czym raczej wie niewiele. tudzież apeluję o większą uczciwość w prezentowaniu poruszanego tematu.

o języku i sędziach

kiedyś wspomniałem, że Gość Niedzielny jest dla mnie źródłem nieustannej inspiracji. sytuacja się nie zmienia, zmienia się tylko natężenie tejże inspiracji. w niniejszym wpisie jest jej dużo.

przykładowo ta notka dotyczy tematu wiodącego, jakim w numerze 2/2010 jest język i wyrażanie się. Bogusław Łoziński ubolewa przede wszystkim nad tym, że ludzie Kościoła mówią niezrozumiale, nadużywając specjalistycznego języka albo dla odmiany mówią zbyt kolokwialnie, chcąc dotrzeć do słuchaczy. autor uważa również, że nie należy ubolewać nad upadkiem kaznodziejstwa.

cóż, pozwolę się nie zgodzić obydwu kwestiach. moim zdaniem grzechem głównym, jeśli chodzi o język ludzi Kościoła, jest stosowanie daleko idących uogólnień oraz brak wrażliwości na człowieka i jego rozterek przy równoczesnym potępieniu grzechu jako takiego. zaś co do poziomu kaznodziejstwa, to niestety jest on zdecydowanym odzwierciedleniem poziomu języka, jakim mówi się w Polsce. a wszyscy wiemy, że z tym nie jest najlepiej, delikatnie rzecz ujmując.

natomiast Przemysław Kucharczak zajął się swoim ulubionym tematem, czyli aborcją. tym razem w związku z nominacjami na sędziów Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. ubolewa on nad tym, że polscy kandydaci na stanowiska sędziów (Leszek Garlicki, Roman Wieruszewski i Marek Antoni Nowicki) są zwolennikami liberalizacji ustawy antyaborcyjnej. tradycyjnie autor posługuje się uogólnieniami i cytuje dane bez podania źródeł, ale w Gościu Niedzielnym to zdaje się być smutnym standardem. przykłady? proszę bardzo: „To także poglądy odległe od prezentowanych przez większość polskiego społeczeństwa, w którym poparcie dla aborcji systematycznie spada”. bardzo profesjonalna wypowiedź, jak na dziennikarza. naprawdę, jestem pod wrażeniem.  nie wiem, czy P. Kucharczak zdaje sobie sprawę, ale funkcjonariusze poprzedniego systemu posługiwali się podobnie propagandowym językiem.

dla autora nie jest ważne doświadczenie w/w sędziów dotyczące praw człowieka czy uczestnictwo w różnych gremiach zajmujących się obroną praw człowieka tudzież ich inne zasługi. nie, dla autora liczy się tylko to, że nie popierają poglądu zakazującego aborcji. przypomina mi się w tym momencie  jedno z możliwych rozwinięć skrótu BMW – Bierny, Mierny, ale Wierny; tudzież cytat z filmu „Sami swoi”: Sąd sądem, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie.

najwidoczniej P. Kucharczak i podobni jemu publicyści czy inni samozwańczy prorocy nie zdają sobie sprawy z tego, że zakazanie pewnych stosunkowo częstych zachowań społecznych skutkuje zejściem do mniej lub bardziej głębszego podziemia. ale najważniejsze, że na pozór wszystko jest w porządku. a że na kilometr zalatuje dulszczyzną? kto by się przejmował takimi drobiazgami…

neutralność światopoglądowa państwa to fikcja

GN opublikował w numerze 50 artykuł pod tytułem Neutralność według lewicy. mam wrażenie, że jest on według autora odpowiedzią na różne pomysły lewicy zmierzające do przywrócenia państwu polskiemu neutralności światopoglądowej.

jednakże autor nie ustrzegł się paru uproszczeń i przekłamań (ciśnie mi się na usta określenie „jak zwykle w GN”). poniżej je wymienię i odniosę się do nich.

„Dominujący obecnie w wielu krajach Europy Zachodniej model „francuski” zakłada „wrogie” oddzielenie państwa od religii [...] W efekcie doprowadziło to do powstania swoistej „religii świeckiej” [...] To właśnie takie myślenie o relacji władzy i Kościoła doprowadziło do nieumieszczenia w traktacie reformującym Unię Europejską, a potem w traktacie lizbońskim jakiejkolwiek wzmianki o chrześcijańskich korzeniach Europy.” – najprawdopodobniej autor jest na tyle naiwny, że uważa, iże umieszczenie wzmianki o chrześcijańskich korzeniach Europy w dokumentach unijnych będzie działać na zasadzie zaklęcia, tudzież jest sprawą ważniejszą niż na przykład kwestie polityczne czy ekonomiczne. chyba nastąpiło  tutaj lekkie rozminięcie z rzeczywistością. jeśli nie sposób wszystkich zadowolić, chyba lepiej nie zadowolić nikogo, niż dawać powód do waśni i kłótni.

„Władze publiczne w Rzeczypospolitej Polskiej zachowują bezstronność w sprawach przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych, zapewniając swobodę ich wyrażania w życiu publicznym” – rozumiem, że widoczny udział najwyższych urzędników państwowych w uroczystościach religijnych oraz zapraszanie hierarchów katolickich na uroczystości państwowe jest urzeczywistnieniem przywołanego tutaj artykułu 25 konstytucji RP, tak?

„Jeśli do tego dodamy konstytucyjnie zagwarantowane prawo rodziców do zapewnienia dzieciom wychowania i nauczania moralnego i religijnego zgodnie ze swoimi przekonaniami, wyłania się obraz niezwykle przyjaznych relacji między państwem i Kościołem, w którym prawa ludzi wierzących są gwarantowane w najważniejszej ustawie w państwie.” – wszystko pięknie i ładnie, ale zapewnienie nauczania religijnego i niezwykle przyjazne relacje między państwem i Kościołem są ograniczone do jednego Kościoła – katolickiego. pozostałe Kościoły są traktowane jako przykra okoliczność, której nie da się usunąć, ale można jej nie zauważać.

„Współczesny system prawny praktycznie opiera się na etyce chrześcijańskiej. Obecnie katolicy domagają się, aby prawo państwowe było oparte na prawie naturalnym, na które składa się m.in. prawo do życia od momentu poczęcia aż do naturalnej śmierci.” – przepraszam, system prawny jakiego kraju? określenia „współczesny” oraz „praktycznie” są nic nie mówiącymi uogólnieniami. w dodatku przywołane zdanie nie pozostawia miejsca na inną etykę i możliwość tworzenia aktów prawnych w oparciu o nią. poza tym: „katolicy domagają się” – a co z tymi, którzy katolikami nie są? albo są katolikami, ale nie zgadzają się z nauczaniem Kościoła? albo z ateistami? dla publicystów GN nie są ważni, ważni są katolicy (oczywiście nie wszyscy, tylko ci akceptujący w pełni nauczanie Kościoła), reszta musi się podporządkować. śmierdzi mi to trochę państwem wyznaniowym. w latach 1945-89 mieliśmy małą próbkę, tylko zamiast Kościoła była Partia.

„Tymczasem za każdym razem, gdy katolicy zgłaszają rozwiązania wywodzące się z prawa naturalnego czy etyki chrześcijańskiej, lewica oskarża nas o łamanie zasady neutralności światopoglądowej. [..] a fakt, że ktoś w życiu publicznym odwołuje się do etyki chrześcijańskiej, w żaden sposób nie łamie świeckości państwa.” – problemem nie jest proponowanie rozwiązań wywodzących się z etyki chrześcijańskiej, ale tworzenie takiego prawa, które osobom inaczej myślącym uniemożliwia pewne zachowania. dla przykładu: „NIE” dla  in vitro nie pozwala na skorzystanie z tej metody, natomiast „TAK” nie zmusza nikogo do korzystania z niej, daje jedynie możliwość. niby logiczne, ale niektórych to przerasta.

„Gdy toczyła się debata o in vitro, Magdalena Środa zgłosiła postulat, aby wykluczyć z niej przeciwników sztucznego zapłodnienia, bo mają niewłaściwe poglądy, do tego wywodzą je z przekonań religijnych.” – tak wygląda konkretna wypowiedź według GN. żadnej, nawet najmniejszej informacji o źródle wypowiedzi. po prostu żal.

do powyższego artykułu odniósł się również portal ekumenizm.pl, natomiast  Kazimierz Bem (znany jako liberalny kalwin) opublikował w Rzeczypospolitej artykuł na temat neutralności państwa między innymi w kontekście katechezy w szkołach. zachęcam do przeczytania obydwu artykułów.

mały jubileusz

nadszedł czas na małe podsumowanie. powodów jest trzy:

  • liczba odwiedzających mojego bloga przekroczyła magiczną liczbę 1000,
  • liczba postów zbliża się do 100,
  • piszę bloga prawie rok.

na początku pisałem na http://miguelm75.tublo.pl, potem przeniosłem się pod adres http://miguelm75.blogspot.com, następnie wykupiłem własną domenę http://michalm.info, gdzie aktualnie  znajduje się blog.

większość osób trafia na niniejszą stronę szukając informacji w miarę związanych z  poruszaną tematyką, ale niektórzy wchodzą na mojego bloga wyszukując zgoła dziwne frazy. może nie tak zakręcone jak na tagu #referralfun na BLIP-ie, ale czasami bywam zaskoczony :-).

jak widać po przyporządkowaniu postów do kategorii, najbardziej interesującą mnie tematyką jest polityka. aczkolwiek jeśli natrafię na różnego rodzaju nieprawidłowości w szeroko pojętym życiu społecznym, również staram się o nich wspomnieć. nie pogardzę również opisywaniem trudnych momentów z życia Kościoła, z którego nauką coraz częściej się nie zgadzam. aczkolwiek nadal jest to również mój Kościół.

głównymi dostarczycielami inspiracji są Gazeta Wyborcza, Gość Niedzielny, feminoteka.pl oraz ekumenizm.pl, którym z tego miejsca serdecznie dziękuję, a publikującym życzę dużo weny.

dziękuję bardzo wszystkim odwiedzającym. bardzo serdecznie was pozdrawiam i proszę o głosowanie na mojego bloga w serwisie Blogbox. głosować można tutaj: http://www.blogbox.com.pl/show/suggested/2832. niestety wymagana jest rejestracja w serwisie, ale po zagłosowaniu możecie skasować konto, jeśli uznacie, że się wam już nie przyda :-)

życzę powodzenia we wszystkich waszych zamierzeniach i zapraszam ponownie.