do urn, rodacy!
edytorial najnowszego Gościa Niedzielnego jest bardzo ciekawy (dostępny tutaj). i jak przeważnie z poglądami zamieszczonymi w GN się nie zgadzam, tak z tym tekstem zgadzam się całkowicie. mianowicie ks. Marek Gancarczyk pisze, konkludując swój wywód: „Krótko można powiedzieć tak: praktykujący katolik nie tylko grilluje, ale też głosuje. I na wójta, i na posła do Parlamentu Europejskiego.” można tylko powiedzieć: brawo, brawo, brawo!
w związku z tym apeluję: głosuj! jak chcesz, ale głosuj! w przeciwnym przypadku nie masz najmniejszego prawa do narzekania, bo nie zrobiłeś nic, by aktualny stan rzeczy zmienić.
kolejny raz o in vitro
tutaj jest napisane o inicjatywie świeckich katolików zmierzającej do przedstawienia Sejmowi RP obywatelskiego projektu zakazującego całkowicie zapłodnienia in vitro w Polsce.
zastanawiam się, jakim trzeba być egoistą, żeby wpaść na podobny pomysł. jeśli tym ludziom sumienie zakazuje korzystać z tej metody, OK – nikt ich nie zmusza. natomiast całkowity zakaz in vitro uderza w tych, którzy chcieliby z tej metody skorzystać. innymi słowy: „TAK dla in vitro ” nie oznacza nakazu, natomiast „NIE dla in vitro” oznacza zakaz. niby jest to oczywiste, ale jak widać, nie dla wszystkich.
abstrahuję od faktu, że istnieją katolicy, którzy się z tym zakazem nie zgadzają. ale w Polsce żyją również wyznawcy innych religii, a także ateiści. i ja się pytam: z jakiej okazji wyznawcy jednej z religii forsują ustawę. której mają podlegać wszyscy? zwłaszcza, że ustawa dotyczy sprawy, co do której istnieje duża różnica zdań.
w pierwszym akapicie wspomnianego artykułu znalazłem bardzo ciekawe zdanie: „Jednak wszyscy, którzy się pod tym projektem podpisali, już dzisiaj zrobili coś niesamowitego: wprowadzili do debaty publicznej w Polsce wiadomość, że znaczna liczba Polaków chce całkowitego zakazania in vitro.” w ostatnim jest równie ciekawe zdanie: „Potężne poparcie dla projektu komitetu Contra in Vitro może jednak politykom uświadomić fakt, z którego dotąd nie zdawali sobie sprawy: że mnóstwo ich wyborców chce prawnego zakazu in vitro.”
dla informacji: dotychczas podpisało się pod tym projektem 150 tys. osób. według informacji podanych przez GUS (czyli instytucję, którą trudno podejrzewać o sprzyjanie komukolwiek) w Polsce żyje 38 mln obywateli, z czego jakieś 29 mln ma powyżej 18 lat, czyli można uznać, że według prawa są dorośli. nie trzeba chyba doktoratu z matematyki ani polonistyki, żeby wiedzieć, że określenie „znaczna liczba”, „potężne poparcie” czy „mnóstwo” w odniesieniu do 29 mln ludzi z całą pewnością nie oznacza 0.005 (0.5 %). a tyle mniej więcej wynosi stosunek liczby podpisów pod wyżej wspomnianą inicjatywą do liczby dorosłych Polaków.
ja tu widzę ewidentne przekłamanie i manipulację. oczywiście każdy może sobie pisać, co tylko mu ślina na język przyniesie, natomiast od gazety rozpowszechanej między innymi w kościołach należałoby oczekiwać, że przynajmniej fakty opisze obiektywnie. trudno zmanipulować informację dotyczącą ilości czegoś, jednakże GN to się udało. gratulujemy!
EDIT:
mam wrażenie (nie pierwszy raz zresztą), że GN uważa swoich czytelników jeśli nie za idiotów, to na pewno za ludzi, którzy nie potrafią czytać ze zrozumieniem, analizować czy wyciągać wniosków, a przede wszystkim za ludzi, którzy poza GN nie czytają zbyt dużo innej prasy, blogów czy artykułów zamieszczanych w różnych innych miejscach. osobiście mnie coś takiego trochę obraża, ale z drugiej strony GN jest nieustanną inspiracją i motywatorem do dookreślania moich własnych poglądów. więc będę go czytał dalej. z tego miejsca pozdrawiam redaktorów i życzę dużo weny ;-)
o umiejętności czytania ze zrozumieniem
tutaj jest odnośnik do artykułu w „Gościu Niedzielnym”, w którym Franciszek Kucharczak odniósł się do wywiadu z profesor Magdaleną Środą (mniemam, że chodzi o ten wywiad, bo jak większość artykułów zamieszczanych w GN, również i ten obywa się bez podania źródeł – jest tylko enigmatyczne stwierdzenie „w Rzeczpospolitej”. swoją drogą ten fakt wiele mówi o poziomie dziennikarstwa w całym GN).
mam wrażenie, zresztą nie pierwszy raz, że felietoniści GN mają problem z czytaniem ze zrozumieniem i podstawowymi zasadami logiki. postaram się niniejszą tezę udowodnić.
po pierwsze.
Franciszek Kucharczak pisze na przykład, że: „można było odnieść wrażenie, że pani etyk głęboko gardzi polskim społeczeństwem i nienawidzi go za to, że jest katolickie„. to ciekawe, bo ja raczej odniosłem wrażenie, że pani profesor ma pewne pretensje do hierarchów Kościoła katolickiego. czy słuszne, to już inna sprawa, ale o pogardzie i nienawiści do społeczeństwa za to, że jest katolickie, nie znalazłem tam ani słowa.
po drugie.
w kolejnym zdaniu autor pisze: „To jednak niemożliwe, bo nienawiść i pogarda to cechy zarezerwowane dla katolików, pani Środa zaś, jak przypomniała, jest ateistką. Dzięki temu widzi na przykład, że wychowanie prorodzinne jest korupcjogenne, czego dowodem jest Waldemar Pawlak.” widać, że autor próbował zastosować jakąś niesamowitą ironię. czy udał mu się ten zabieg, pozostawiam opinii szanownych czytelników. natomiast wyciąganie z dość długiego wywodu prof. Środy na temat wychowania rodzinnego i obywatelskiego jednego zdania i to akurat takiego jest po prostu nadużyciem. mnie zwyczajna uczciwość nie pozwoliłaby na coś takiego, choć podobnie jak autor, nie zawsze zgadzam się czyimiś poglądami.
po trzecie.
autor cytuje słowa prof. Środy: „Powinniśmy przyjąć jakieś założenia o postępie moralnym naszej cywilizacji„. i pisze dalej: „Znamienne słowa. Już od oświecenia wpływowe jednostki każą wierzyć, że ludzkość jest coraz lepsza, o ile odrzuca „przesądy religijne” i otwiera się na „światło rozumu”. Tym samym na czoło listy wrogów ludzkości wysunął się człowiek religijny”. moim zdaniem autor wyciąga zbyt daleko idące wnioski. akurat cytowane słowa padły w kontekście dyskusji o karze śmierci i dopuszczalności tego typu poglądów. chciałbym przypomnieć, że na szczęście Kościół również podlega postępowi i zmienia się jego zdanie na temat różnych rzeczy. kary śmierci też. zaś zestawianie cytowanych słów z poglądami typowymi dla ateistów z okresu oświecenia uważam za dowód na brak argumentów merytorycznych.
po czwarte.
dalej autor pisze o „postępowej cywilizacji”, która „trwa w zachwycie nad swoją doskonałością”. charakteryzowanie owej postępowej cywilizacji za pomocą cech przywołanych w artykule uważam za nieuczciwe. zresztą każdy myślący człowiek jest w stanie po krótkim namyśle podać zestaw cech postępowej cywilizacji niekoniecznie tożsamy z przywołanymi. poza tym jakoś nie zauważyłem, żeby cywilizacja kontemplowała samą siebie. jeśli autor tak uważa, sugeruję poczytać periodyki społeczno-polityczno-religijne. moim zdaniem obraz jest zgoła inny.
reasumując mój wywód – w artykule F. Kucharczaka znalazłem to, czego się spodziewałem i co prawie zawsze tam znajduję: cytowanie zdań wyrwanych z kontekstu, daleko idące uproszczenia, słabe argumenty merytoryczne albo zgoła ich brak, ślepotę na inne poglądy, wreszcie dostosowywanie cytatów i toku myślenia do z góry założonej tezy.
przykre, że tego typu artykuły są drukowane w ogólnopolskiej gazecie, która w dodatku ma ambicje być tygodnikiem opiniotwórczym. może i w jakichś kręgach jest, ale ja dziękuję bardzo za takie „dziennikarstwo”.
o obowiązkowym seksie i innych atrakcjach dla młodzieży
tutaj jest ciekawy artykuł na początek o jakże imponującym tytule „Seks obowiązkowy”.
niezależnie od treści (o której za chwilę) sam tytuł daje świadectwo pewnej tabloidyzacji, która dotyka nawet gazet chcących uchodzić za poważne i opiniotwórcze, nie wspominając o ich religijnym umocowaniu. artykuł jest o projekcie edukacji seksualnej obowiązkowej dla większości uczniów. ale z drugiej strony taki tytuł przyciąga, prawda? a może jest po prostu wyrazem frustracji autora? tego akurat nie wiem, ale z całą pewnością jest bardzo chwytliwy i wpada w oko.
co do treści:
na początku muszę uczynić jedno zastrzeżenie: edukacja seksualna wygląda różnie, prowadzą ją często osoby do tego nieprzygotowane, uczniowie też różnie podchodzą do tych lekcji. jednak inicjatywa MEN zmierza raczej do uporządkowania tego stanu. natomiast publicyści Gościa Niedzielnego, portalu wiara.pl oraz innych tzw. mediów katolickich z góry zakładają, że będzie jeszcze gorzej, biedne dzieci zostaną zdemoralizowane i zepsute do cna, a edukacja seksualna żadnemu dziecku nie przyniesie nic dobrego. szanowni czytelnicy zechcą ocenić, kto ma rację.
we wspomnianym artykule pisze pan P. Kucharczak takie zdanie „Teraz jednak rodzice mają większy wpływ na to, czy chcą przekazywać dziecku te treści osobiście, czy oddać inicjatywę nauczycielowi.” pierwsze słyszę, by zgoda rodzica na uczęszczanie jego dziecka na wspomniane zajęcia oznaczała automatycznie, że rodzice nie mogą również dziecka edukować. takie stawianie sprawy jest nieuczciwe, bo sprawia wrażenie, że szkoła chce rodziców nie dopuścić do uświadamiania dzieci. cytowana wypowiedź prof. K. Wojaczka potwierdza intencję autora artykułu.
dalej jest postawiona teza, iż „Prawdopodobnie tylko nieliczni zdobędą się na odwagę, żeby złożyć na ręce dyrektora pisemny sprzeciw. Ci, którzy to zrobią, mogą narazić się na przyklejenie im łatki radykałów.” hmm, dlaczego czynić takie założenie z góry? może się akurat okazać, że na przykład rodzice wszystkich albo prawie wszystkich dzieci w danej klasie będą mieli podobne zdanie, dogadają i złożą stosowne oświadczenia. ale prościej jest zrobić założenie pasujące do założonej tezy, nieprawdaż?
MEN i prof. K. Wojaczek zgadzają się w kwestii tego, że rodzice nie wywiązują się z uświadamiania swoich dzieci. jednak MEN tę kwestię reguluje z troski o dzieci, które z braku czasu poświęcanego im przez rodziców i zbyt dużej liczebności klas i ogromu materiału nie są wychowywane przez rodziców ani szkołę, ale „przez ulicę i środki masowego przekazu”. oczywiście nie zmienia to faktu, że jeśli ktoś chce dziecko uświadamiać sam, może to zrobić, zgłaszając pisemny sprzeciw. prof. K. Wojaczek widzi sprawę inaczej: „Rodzicom będzie teraz o wiele trudniej wyrazić sprzeciw, podjąć jakąś akcję, żeby wyciągnąć swoje dziecko spod wpływu nauczyciela, który je demoralizuje”. po pierwsze, dlaczego ma być trudniej teraz? wcześniej było łatwiej? po drugie, dlaczego jest od razu czynione założenie, że nauczyciel dziecko zdemoralizuje?
oczywiście zdarzają się nauczyciele, którzy tą wiedzę przekazują źle. mam na myśli przekazywanie samej wiedzy bez kontekstu całościowego podejścia do dojrzewania młodego człowieka. ale czynienie takiego założenia jest trochę krzywdzące dla osób, które oprócz przekazywania wiedzy wychowują i przekazują pewne wzorce. tak się składa, że osobiście znam takich nauczycieli i wiem, że prowadzili te zajęcia w sposób nienaganny. więc takie podejście autora artykułu ich obraża.
ciekaw jestem, gdzie autor wyczytał informację, że „członkowie Grupy Edukatorów Seksualnych „Ponton”, zajmują się zachęcaniem nastolatków do kopulacji.”. ja myślałem raczej, że odpowiadają na podstawowe pytania dotyczące dojrzewania, aktu seksualnego, zabezpieczania się przed zajściem w ciążę, ale także asertywności i relacji. wystarczy poczytać na przykład raport z Wakacyjnego Telefonu Zaufania z 2008 roku, dostępny tutaj.
edukatorzy zastrzegają, że ich porady nie zastąpią porady lekarza bądź innego specjalisty oraz że edukatorzy Pontonu nie mają wykształcenia medycznego, a ich porady mają jedynie charakter informacyjny. oczywiście, że lepiej zapobiegać, niż leczyć, że się posłużę przysłowiem. ale Grupa „Ponton” powstała, by młodzież mogła uzyskać choćby podstawowe informacje dotyczące sfery seksualnej, których nie otrzymała gdzie indziej, a tychże informacji potrzebuje.
tutaj się kłania kwestia wychowania młodzieży i pytania w stylu: kto tak naprawdę wychowuje polską młodzież? skąd czerpie wzorce? gdzie otrzymuje odpowiedzi na ważne dla siebie pytania? z kim może porozmawiać o ważnych dla siebie sprawach? nie ma się co oszukiwać, większość rodziców nie rozmawia ze swoimi dziećmi, bo nie ma czasu ochoty, chęci, wiedzy, by odpowiedzieć na drążące ich pytania. (większość, co nie znaczy, że wszyscy; chwała, cześć i duży szacun wszystkim tym, którzy rozmawiają ze swoimi dziećmi, słuchają ich i są dla nich kumplami). więc chyba lepiej, żeby ich dzieci czerpały wiedzę na tematy związane z seksualnością od kompetentnych osób, które są dla nich kimś w rodzaju starszego rodzeństwa i do których mają zaufanie, niż z od kolegów z podwórka czy z internetu. bo od rodziców raczej się tego nie dowiedzą. bo zakładanie, że dzieci w okresie dojrzewania się tymi kwestiami nie interesują, jest wzięte z księżyca. zachęcam do przypomnienia sobie siebie samych w tym wieku.
dość ryzykowne założenie czyni prof. K. Wojaczek cytowany pod koniec artykułu. mianowicie zakłada, że propozycja MEN jest pierwszym krokiem do wprowadzenia edukacji seksualnej typu zachodniego. po czym są wymienione patologie w nauczaniu edukacji seksualnej w różnych krajach (bardzo sprytnie!): „Jednak, moim zdaniem, w przyszłości utrudni to sprzeciw rodziców przed próbami promowania w szkole seksu oderwanego od małżeństwa, przeciw zachęcaniu młodzieży do korzystania z seksu jako miłego spędzania czasu.”
informuję, że przeciwko takiemu nauczaniu pierwszy bym zaprotestował, niezależnie od tego, kto by je prowadził. ale dlaczego od razu zakładać, że MEN chce edukację seksualną w polskich szkołach stopniowo przekształcać w model zachodni? tego nie wiem i się pewnie nie dowiem.
na koniec artykułu zostawiono najlepsze:„Zastrzegam, że na razie to jest tylko projekt, który nie został jeszcze nawet wysłany do konsultacji społecznych. Wiele może się w nim zmienić. Być może w czasie konsultacji ktoś zgłosi pomysł, jak rozwiązać problemy, które pan sygnalizuje – mówi rzecznik MEN Grzegorz Żurawski.” cały artykuł jest napisany w tonie co najmniej „larum grają, do szabel, panowie!„. a tu okazuje się, że to tylko projekt. brawo! P. Kucharczak na Dziennikarza Roku!
żeby zostać dobrze zrozumianym: marzy mi się edukacja seksualna dostosowana do wieku dziecka, jego światopoglądu, wyznawanej religii i innych rzeczy, ponadto prowadzona przez kompetentne osoby o dużej kulturze osobistej, będące dobrymi pedagogami, łatwo nawiązujące kontakt z młodzieżą. czy tak będzie rzeczywiście, trudno powiedzieć, ale na pewno warto o to walczyć. moje zdanie na ten temat jest wyłożone tutaj, jeśli ktoś chce więcej wiedzieć o tym, co myślę na ten temat. uważam, że zdecydowanie trzeba się zająć dziećmi, które tych informacji nie mają skąd zasięgnąć. a akurat w tym przypadku niewiedza zaś może być (nomen omen) brzemienna w skutkach.
EDIT:
tutaj jest raport „Pontonu” na temat edukacji seksualnej prowadzonej w polskich szkołach. ktoś dalej uważa, że jest dobrze?