różne różności

segregacja katolików

Katarzyna Wiśniewska w komentarzu Biskupi grożą: albo in vitro, albo komunia odnosi się do oświadczenia Rady Episkopatu ds. Rodziny dostępnego tutaj. temat wiodący spotkania owej Rady był taki: „Duszpasterstwo rodzin wobec rozwodów”. ładnie się to komponuje z moim poprzednim wpisem i tematyką poruszoną w poprzednim numerze Gościa Niedzielnego.

słusznie mówi cytowana przez Wiśniewską Halina Bortnowska: „Sądzę, że nie można kogoś odsuwać od sakramentu za poglądy w sprawie, która nie ma charakteru dogmatycznego. Nauczanie rady biskupów o in vitro dogmatem przecież nie jest.” nauczanie o in vitro nie jest również prawdą wiary, której negowanie mogłoby uniemożliwić przystępowanie do komunii świętej, więc naprawdę trudno mi zrozumieć intencje, którymi się kierowali biskupi wydając oświadczenie o takiej, a nie innej treści.

mam wrażenie, że wspomniane oświadczenie ma na celu przypomnienie wiernym, że mają słuchać tego, co głosi Kościół i się zastosować bez namysłu i refleksji, a dyskusja na pewne tematy nie jest możliwa. dlaczego nie? bo nie. mnie osobiście takie podejście nie satysfakcjonuje i przypuszczam, że takich osób w Polsce jest więcej. co więcej: bardzo nie podoba mi się założenie, że wierni są nie owieczkami, tylko stadem baranów, które trzeba zapędzić do zagrody kijem, ewentualnie zanęcić od czasu do czasu marchewką.

można by się spodziewać, że Rada ds. Rodziny zdobędzie się na jakąś duszpasterską refleksję albo że w jakikolwiek sposób uzasadni treść oświadczenia. niestety, wierni otrzymali po raz kolejny przekaz wykluczający i oceniający, dodatkowo wsparty segregacją na tych, którzy do komunii mogą przystąpić i na tych, którzy nie mogą. jednak biskupi zapominają o tym, co słusznie przypomina Grzegorz Sroczyński w komentarzu Wierzcie w in vitro, przyjmujcie komunię.

podkreśla on (podobnie, jak Halina Bortnowska), że nauczanie Kościoła o in vitro nie ma charakteru dogmatycznego, więc należy do sumienia indywidualnego człowieka. bardzo trafne są słowa: „Wolność sumienia w nauce katolickiej jest jedną z podstawowych wartości. To skarb, czasem zakopywany pracowicie w ziemi. W polskim kościele bywa, że bardzo głęboko.” nic dodać, nic ująć.

oczywiście można uważać, że prawne zakazywanie czegokolwiek przyniesie jakieś sensowne efekty. jednak jest to wiara nie biorąca pod uwagę rzeczywistości i ludzkich potrzeb. dodatkowo trzeba wziąć pod uwagę to, że Polacy mają do stanowionego prawodawstwa stosunek dość elastyczny i zawsze znajdą sposób, żeby je obejść. na szczęście biskupi  nie stanowią w Polsce prawa, choć niestety mają czasami zbyt duży wpływ na tych, którzy się tym zajmują.

aborcja, bezpłodność i hipokryzja

do redakcji Gazety Wyborczej przyszedł list pod tytułem Żyjemy w chorym, zakłamanym kraju. jest on wstrząsający. a dotyka spraw tak delikatnych, jak badania prenatalne, ciąża, choroba płodu i wreszcie aborcja. najsmutniejsze jest to, że zapewne doświadczenie autorki listu nie jest odosobnione, a nie robi się w naszym kraju nic, żeby takich sytuacji było jak najmniej. sytuacji, w których depcze się godność osób, które domagają się egzekwowania przysługujących im praw związanych z posiadaniem/nieposiadaniem dzieci.

do redakcji Wysokich Obcasów został natomiast przysłany list o tytule Bezpłodność. autorka opisuje w nim swoje doświadczenia związane z zapłodnieniem in vitro. przeważnie wiążą się one z dyletanctwem i chamskim zachowaniem ze strony lekarzy reprezentujących państwową służbę zdrowia, co w połączeniu z niemożnością zajścia w ciążę  skłania autorkę do  szukania pomocy w prywatnej klinice zajmującej się zapłodnieniem in vitro.  ciągły brak efektów leczenia oraz wcześniejsze doświadczenia doprowadzają w końcu do depresji. na szczęście autorce udało się wrócić do równowagi psychicznej, ale zapewne trudno jej będzie podjąć kolejną próbę zajścia w ciążę.

wobec tych dwóch listów więzną w gardle wszelkie słowa komentarza. można tylko współczuć, że takie sytuacje  mają miejsce, że żyjemy w tak chorym kraju, że hipokryzja i chamstwo lekarzy osiągają poziom niespotykany. mam nadzieję, że kiedyś aktualny stan się zmieni. oby…

kolejny raz o in vitro

tutaj jest napisane o inicjatywie świeckich katolików zmierzającej do przedstawienia Sejmowi RP obywatelskiego projektu zakazującego całkowicie zapłodnienia in vitro w Polsce.

zastanawiam się, jakim trzeba być egoistą, żeby wpaść na podobny pomysł. jeśli tym ludziom sumienie zakazuje korzystać z tej metody, OK – nikt ich nie zmusza. natomiast całkowity zakaz in vitro uderza w tych, którzy chcieliby z tej metody skorzystać. innymi słowy: „TAK dla in vitro ” nie oznacza nakazu, natomiast „NIE dla in vitro” oznacza zakaz. niby jest to oczywiste, ale jak widać, nie dla wszystkich.

abstrahuję od faktu, że istnieją katolicy, którzy się z tym zakazem nie zgadzają. ale w Polsce żyją również wyznawcy innych religii, a także ateiści. i ja się pytam: z jakiej okazji wyznawcy jednej z religii forsują ustawę. której mają podlegać wszyscy? zwłaszcza, że ustawa dotyczy sprawy, co do której istnieje duża różnica zdań.

w pierwszym akapicie wspomnianego artykułu znalazłem bardzo ciekawe zdanie: „Jednak wszyscy, którzy się pod tym projektem podpisali, już dzisiaj zrobili coś niesamowitego: wprowadzili do debaty publicznej w Polsce wiadomość, że znaczna liczba Polaków chce całkowitego zakazania in vitro.” w ostatnim jest równie ciekawe zdanie:Potężne poparcie dla projektu komitetu Contra in Vitro może jednak politykom uświadomić fakt, z którego dotąd nie zdawali sobie sprawy: że mnóstwo ich wyborców chce prawnego zakazu in vitro.”

dla informacji: dotychczas podpisało się pod tym projektem 150 tys. osób. według informacji podanych przez GUS (czyli instytucję, którą trudno podejrzewać o sprzyjanie komukolwiek) w Polsce żyje 38 mln obywateli, z czego jakieś 29 mln ma powyżej 18 lat, czyli można uznać, że według prawa są dorośli. nie trzeba chyba doktoratu z matematyki ani polonistyki, żeby wiedzieć, że określenie „znaczna liczba”, „potężne poparcie” czy „mnóstwo” w odniesieniu do 29 mln ludzi z całą pewnością nie oznacza 0.005 (0.5 %). a tyle mniej więcej wynosi stosunek liczby podpisów pod wyżej wspomnianą inicjatywą do liczby dorosłych Polaków.

ja tu widzę ewidentne przekłamanie i manipulację. oczywiście każdy może sobie pisać, co tylko mu ślina na język przyniesie, natomiast od gazety rozpowszechanej między innymi w kościołach należałoby oczekiwać, że przynajmniej fakty opisze obiektywnie. trudno zmanipulować informację dotyczącą ilości czegoś, jednakże GN to się udało. gratulujemy!

EDIT:
mam wrażenie (nie pierwszy raz zresztą), że GN uważa swoich czytelników jeśli nie za idiotów, to na pewno za ludzi, którzy nie potrafią czytać ze zrozumieniem, analizować czy wyciągać wniosków, a przede wszystkim za ludzi, którzy poza GN nie czytają zbyt dużo innej prasy, blogów czy artykułów zamieszczanych w różnych innych miejscach. osobiście mnie coś takiego trochę obraża, ale z drugiej strony GN jest nieustanną inspiracją i motywatorem do dookreślania moich własnych poglądów. więc będę go czytał dalej. z tego miejsca pozdrawiam redaktorów i życzę dużo weny ;-)

parę refleksji politycznych

tutaj jest wzmianka o tym, jak gnidy z PiS-u potrafią wprowadzić w życie zasadę „cel uświęca środki”. czyli o „przypadkowym” zajęciu się sprawą in vitro w przededniu rozpoczęcia kampanii wyborczej do Parlamentu Europejskiego.

nie ulega wątpliwości, że zgłoszenie propozycji całkowitego zakazu in vitro jest obliczone na przyciągnięcie tak zwanego twardego elektoratu. mam nadzieję, że ten projekt nie przejdzie w Sejmie. wtedy PiS-owcy będą odgrywać męczenników i zasuwać gadkę w stylu: „chcieliśmy dobrze, ale sami wiecie: układ, cywilizacja śmierci i obce siły nie pozwoliły nam”. rzygać się chce, jak się pomyśli o tak cynicznym wykorzystywaniu ważnych spraw do załatwiania swoich nędznych interesów partyjnych. a słowa: „chcemy doprowadzić do debaty” są szczytem bezczelności. poza tym akurat PiS nie wie, co to jest debata.

i dla odmiany inicjatywa ustawodawcza minister E. Radziszewskiej: tutaj. jakby ktoś pytał, to pani minister teoretycznie zajmuje się równym traktowaniem. teoretycznie, bo nie zrobiła dla równego traktowania kompletnie nic. a kretyńskie pomysły forsować? czemu nie, przecież i tak jej włos z głowy nie spadnie, bo UE nakazuje powołanie kogoś na stanowisko przez nią piastowane, a PO ma gdzieś równouprawnienie, równe traktowanie i przeciwdziałanie dyskryminacji. jednym słowem, pani minister jest „paprotką” z tą różnicą, że z PO, a nie z PiS-u. profesor Magdalenie Środzie, piastującej to stanowisko w rządzie premiera Marka Belki, minister Radziszewska mogłaby buty czyścić.

żałosne to wszystko.

EDIT:
minister Radziszewska jednak się boi, że ją odwołają za nierobienie niczego albo władze PO jej kazały wykazywać się jakąkolwiek aktywnością w związku ze zbliżającymi się wyborami do Parlamentu Europejskiego. wyrazem tejże aktywności było zorganizowane przez nią spotkanie przedstawicieli Kościołów chrześcijańskich, o którym napisano tutaj. symptomatyczne słowa przytoczono w ostatnim akapicie: „prace nadal trwają” oraz „deklarujemy wsparcie”.

jak to mówią: Bóg zapłać za dobre chęci. i w innym miejscu: dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane. i w jeszcze innym: srali muchy, będzie wiosna.

jeszcze parę słów o in vitro

tutaj jest wypowiedź kobiety, która jest w ciąży uzyskanej drogą in vitro. wypowiedź ta została odczytana na publicznym wysłuchaniu w sprawie in vitro w Sejmie RP, które odbyło się w dniu 24.02.2009 r.

muszę powiedzieć, że dawno nic mną tak nie poruszyło, jak wypowiedź tej kobiety (gorąco zachęcam do zapoznania się z całością). wypowiedź ta jest poruszająca przede wszystkim ze względu na swoją autentyczność, ale także ze względu na cytowane wypowiedzi hierarchów KRK, lekarzy i innych osób, które uważały za stosowne wypowiedzieć się na ten temat i odniesienie ich do życia konkretnej kobiety. będącej jednostką ludzką żyjącą i czującą, ale według biskupów i lekarzy nie zasługującą na szacunek i troskę.

samo nauczanie Kościoła w kwestii in vitro jest oczywiście kwestią dyskusyjną. w danej chwili jest, jakie jest, może kiedyś Kościół zmieni nauczanie również w tej kwestii, jak stało się to z nauczaniem dotyczącym na przykład transplantologii czy samobójców. natomiast rzeczą, z którą absolutnie nie mogę się pogodzić, jest w tych wypowiedziach brak szacunku do innych ludzi widoczny w podejściu Kościoła i ludzi z nim związanych, a przynajmniej powołujących się na jego naukę. ten brak szacunku często przeradza się w pogardę, której bardzo niedaleko do nienawiści.

mam głębokie przekonanie, że każdemu człowiekowi należy się szacunek.
uważam również, że każdy człowiek ma:

  • prawo do prywatności,
  • prawo do tego, żeby nikt nie decydował o tym, czy jego dziecko jest gorsze od innych, bo zostało poczęte in vitro,
  • prawo do tego, żeby druga osoba nie ferowała łatwych wyroków na podstawie błędnych przesłanek, swojej niewiedzy i lęków,
  • prawo do postępowania zgodnie ze swoim sumieniem, o ile nie narusza to godności drugiej osoby,
  • prawo do wykorzystania najnowszych zdobyczy medycyny w przezwyciężeniu swoich niedomagań zdrowotnych.

zacytuję tylko jeden fragment: „My, ludzie niepłodni, nie mamy się czego wstydzić. Niech wstydzą się ci, którzy poczynają swoje dzieci w aktach przemocy i gwałtu, w zamroczeniu alkoholowym, w wyniku zdrad. Dla których poczęte dziecko jest wypadkiem przy pracy, niechcianym odpadem. Tych ludzi Kościół katolicki nie rozlicza z „godności poczęcia”, bo zakłada ją automatycznie. Wszak mieli szczęście począć dzieci w wymiętej pościeli, a nie na fotelu ginekologicznym. Nie pozwolę się upokarzać i poniżać. Czuję się dumna z tego, że razem z mężem przetrwaliśmy okropne, gorzkie cztery lata. Nie byłoby to możliwe, gdyby nie miłość. Jesteśmy dumni z tego, że nasze dziecko poczęło się z miłości i w miłości.”

obrazuje on niestety częstą dla Kościoła katolickiego hipokryzję. jeśli coś jest pobłogosławione przez Kościół (w tym wypadku małżeństwo), to automatycznie jest dobre, jeśli nie jest lub nie do końca jest zgodne z nauczaniem Kościoła, z definicji jest złe. koniec i kropka. białe – czarne, żadnych niuansów, żadnej próby zrozumienia, żadnej empatii. prawda, że to proste? może mi się wydaje, ale niebezpiecznie blisko stąd do definiowania świata w kategoriach „swoi” – „obcy” i budowania na tym podstawy do „rządu dusz”.

nikt również nie broni parlamentarzystom posiadania poglądów politycznych i ich głoszenia, ale prawo powinno być stanowione w taki sposób, aby było częścią wspólną poglądów jak największej liczby obywateli. może to nie dla wszystkich jest oczywiste, dla mnie na przykład jest: jeśli coś jest dozwolone, nie oznacza to, że jest nakazane.

parę słów o in vitro

jak mogłaby się notka nie zacząć od odpowiedniego odnośnika? no jak? otóż nie mogłaby ;-)

służę uprzejmie zatem:
tutaj jest ważny głos w debacie nad in vitro. wypowiada się profesor Stanisław Obirek. przy czym najważniejsze słowa nie dotyczą samej ustawy, ale dotyczą nauczania Kościoła katolickiego. brzmią następująco: „Stało się bowiem coś niedobrego z obecnością religii w przestrzeni publicznej w naszym kraju. A zwłaszcza z nauczaniem jednego z Kościołów. Jego głos, który powinien być jednym z wielu głosów wspólnot religijnych współtworzących polskie społeczeństwo, stał się głosem nie tylko dominującym, ale wręcz narzucającym rozwiązania konkretnych problemów, które są i powinny być rozwiązywane w wyniku społecznego kompromisu.” nic dodać, nic ująć.

dalej pisze Obirek o tym, że nauczanie KRK w kwestiach antykoncepcji (i innych kwestiach) nie jest nauczaniem nieomylnym. trudno się z tym nie zgodzić, mając choćby na uwadze stosunek Kościoła do różnych twierdzeń naukowych, że odwołam się za autorem choćby do Kopernika i Darwina. poza tym posłowie tworzący prawo zapominają, że jeśli coś nie jest zakazane, nie oznacza to automatycznie, że jest nakazane. przecież nikt nikogo nie zmusza do zapłodnienia in vitro, jeśli jest to niezgodne z jego przekonaniami. podobnie z aborcją, stosowaniem antykoncepcji i wieloma innymi sprawami. niby jest to rzecz oczywista, ale jak widać, nie dla wszystkich.

jako liberał (obyczajowy) uważam, że ważne jest, żeby dać człowiekowi wybór określony jakimiś ramami. oczywiście równie ważne jest ograniczenie zastosowania prawa ściśle określonymi warunkami. innymi słowy, nie jest tak, że wszystko i zawsze, co nie jest zabronione, jest dozwolone, ale dozwolone jest coś i w ściśle określonej sytuacji.

jak to ładnie powiedziała profesor Magdalena Środa w wywiadzie dla Dziennika„po co stawiać na jedną partię, skoro może mieć wszystkie” (cały wywiad tutaj). i tak to wszystkie znaczące partie albo zabiegają o poparcie KRK, albo odnoszą się do jego propozycji w różnych kwestiach. i zamiast rzeczowej debaty na różne ważne tematy partie zajmują się tym, co KRK ustami swoich hierarchów uważa na ten albo inny temat. celowo piszę „ustami hierarchów”, gdyż często większość „szeregowych” katolików ma zdanie zgoła odmienne w wielu kwestiach. ale w dyskursie publicznym raczej tego nie słychać. kłania się tutaj kwestia manipulacji wypowiedzi i prezentowania jej przez media, ale to temat na inną, obszerniejszą notkę.

moim skromnym marzeniem jest, by Polska była krajem świeckim, w którym do pisania ustaw niekoniecznie zaprasza się Kościół, a jeśli już ktoś uzna to za rzecz niezbędną, to powinno się dla zapewnienia pluralizmu zapraszać przedstawicieli wszystkich Kościołów, a nie tylko katolickiego. KRK za poprzedniego ustroju przyzwyczaił się do dominującej pozycji. ale sytuacja się zmieniła, czy tego chce, czy nie. sorry, Winnetou.

świetnym przykładem zaprzeczenia takiego podejścia jest tak zwana ustawa Gowina, do pisania której nie zaproszono przedstawicieli innych Kościołów (nie wspominając o wyznaniach niechrześcijańskich, również obecnych na duchowej mapie Polski), choć przecie wyborcami PO są nie tylko katolicy. nie wspomnę o tym, że nie zaproszono przedstawicielek środowisk kobiecych itd. ale widocznie PO pisze ustawę mając na uwadze kolejne wybory, a nie tych, których ta ustawa naprawdę powinna dotyczyć, czyli osoby nie mogące mieć dzieci.

i jeszcze jeden odnośnik na koniec, ponownie wypowiedź profesor M. Środy. tym razem na temat wysłuchania publicznego dotyczącego ustawy o in vitro. swoją drogą to jakiś skandal, żeby nie było żadnego posła, który chciałby posłuchać co na ten gorący temat mają do powiedzenia tak zwani zwykli obywatele. wstyd i hańba. i jak tu się dziwić ludziom, którzy mówią, że polityka ich nie interesuje, skoro polityków nie interesują ludzie?