strzał w stopę Grzegorza Napieralskiego
Gazeta Wyborcza informuje w tym artykule o żenującym ultimatum Grzegorza Napieralskiego, który żąda od szefa Platformy Obywatelskiej stanowisk w Radzie Polityki Pieniężnej czy innych instytucjach w zamian za poparcie niezbędne przy odrzuceniu prezydenckiego weta. jeśli kiedyś myślałem o możliwości głosowania na SLD w wyborach parlamentarnych czy samorządowych, to po tej propozycji zdecydowanie tą myśl odrzucam.
zachowanie SLD jest skrajnie nieodpowiedzialne. interesowność w polityce nie jest niczym nowym, ale trzeba wiedzieć kiedy i jakie są granice. mam wrażenie, że SLD kompletnie nie wyciągnęło wniosków z porażki wyborczej w 2005 roku, która oprócz afery Rywina była spowodowana zawłaszczaniem państwa na niespotykaną skalę tudzież interesownością, jeśli chodzi o bieżące działania polityczne.
Napieralski i inni politycy SLD nie rozumieją, że Polsce potrzeba nowoczesnej lewicy, a nie partii towarzyszy i baronów, którzy dbają tylko o swoje interesy. dopóki tego nie zrozumieją, czekają ich słabe wyniki wyborcze. oczywiście SLD ma stały elektorat, ale w polityce nie można być niczego pewnym i trzeba robić wszystko, żeby przekonywać ciągle nowych ludzi do poparcia konkretnych idei i pomysłów, a przy urnie oddania głosu na tą, a nie inną partię. taka postawa zdecydowanie nie przysparza SLD popularności.
w związku z powyższym aktualnie jedyną partią, na którą z czystym sumieniem mogę oddać głos, jest Partia Demokratyczna – demokraci.pl, na którą zresztą głosuję odkąd uzyskałem czynne prawo wyborcze. moim zdaniem jedynie Ci politycy (wcześniej związani z Unią Demokratyczną, potem z Unią Wolności oraz politycy wywodzący się z innych partii, ale popierający program PD) gwarantują zaangażowanie w politykę zmierzające do poprawy sytuacji w Polsce oraz sensowny poziom debaty publicznej.
Pospieszalski o antykoncepcji
tutaj pisałem o chamskiej wypowiedzi J. Pospieszalskiego na temat kobiet stosujących antykoncepcję. niestety Pospieszalski prowadzi on również program telewizyjny w TVP2 pod tytułem „Warto rozmawiać”, gdzie może kolportować w świat swoje dziwne poglądy za państwowe pieniądze.
próbowałem oglądać ten program, ale poziom intelektualny prowadzącego oraz sam sposób prowadzenia programu obrażają moją inteligencję (a tak, uważam się za inteligenta, pardon: wykształciucha), więc uznałem, że szkoda czasu. niektórzy mają więcej samozaparcia i potrafią wytrwać do końca. na przykład Katarzyna Wiśniewska z GW opisuje tutaj wydanie z dnia 21.10.2009. zaznaczam, że widziałem dawno temu jeden odcinek wyłącznie dlatego, że chciał obejrzeć go kolega będący akurat u mnie z wizytą. jednakże opis tego konkretnego odcinka autorstwa K. Wiśniewskiej utwierdza mnie w przekonaniu, że dobrze robię nie oglądając, bo nie zmieniło się kompletnie nic w sposobie prowadzenia, a wypowiedzi J. Pospieszalskiego w dalszym ciągu urągają zdrowemu rozsądkowi.
krótko mówiąc: „Warto rozmawiać”, ale nie warto oglądać.
kataryna, anonimowość i etyka dziennikarska
tak uważałem od dawna, ale ostatnie wydarzenia dostarczyły mi pewności niezbitej. tak ostra opinia z mojej strony jest podyktowana ewidentnym naruszeniem standardów dziennikarskich, etyki dziennikarskiej, brakiem zwykłej przyzwoitości oraz stosowaniem szantażu. szczegółowe informacje wraz z odnośnikami znajdują się tutaj.
wygląda na to, że nie tylko GN uważa swoich czytelników za ludzi mało inteligentnych. „Dziennik” również. Cezary Michalski jako publicysta „Dziennika” zapewne czasem przegląda to, co piszą jego koledzy/koleżanki, a już na pewno artykuły dotyczące ważnych spraw, więc nie wierzę, że nie zajrzał do artykułu zamieszczonego tutaj. w takim razie publikując komentarz zamieszczony tutaj ma czytelników za ćwierćinteligentów, którzy w dodatku nie wiedzą, że komputer może służyć do wyszukiwania informacji.
ups, przepraszam. zapomniałbym o jednej istotnej sprawie. Michalski i jego koledzy/koleżanki z „Dziennika” są niestrudzonymi krzewicielami demokracji i piewcami przyzwoitości i w życiu publicznym. bo przecież przyklaskiwali idei IV RP, która według nich była samą doskonałością. to znaczy przyklaskiwali na początku, kiedy wydawało się, że bracia Kaczyńscy mają jakąś szansę urzeczywistnienia swoich chorych pomysłów. kiedy się okazało, że cały projekt się sypie, oklaski ze strony „Dziennika” trochę ucichły. a kiedy się sypnął całkiem, przestał ich popierać. stosowny tekst dotyczący postawy tychże tytanów myśli politycznej znajduje się tutaj.
tutaj natomiast znajduje się treść SMS-a, jakiego kataryna otrzymała od Sylwii Czubkowskiej, która napisała w „Dzienniku” artykuł o niej. szantaż tutaj stosowany budzi obrzydzenie, a tłumaczenie „to frustrujące wiedzieć i nie móc napisać” budzi politowanie. w takim razie mentalnie Sylwia Czubkowska jest najprawdopodobniej na poziomie dziecka które dostało cukierka, ale może go zjeść dopiero po obiedzie. no ale przecież tak bardzo chce… tylko go poliże… żałosne i żenujące.
nie wiem, jakimi kryteriami kierował się ten, kto S. Czubkowską zatrudnił w „Dzienniku”. a jeśli ma ukończone studia dziennikarskie, to chciałbym wiedzieć kto i dlaczego wystawił jej ocenę pozytywną z przedmiotu „Etyka dziennikarska”, „Prawo prasowe” czy pokrewnego. nie chcę nic sugerować, po prostu chętnie poznam odpowiedzi na oba pytania.
„Dziennik” dodatkowo pogrąża to, że „Fakt”, którym straszyła katarynę S. Czubkowska, stanowczo odcina się od całej sprawy – informacja wraz treścią komunikatu przesłanego do Gazety Wyborczej znajduje się tutaj. biorąc pod uwagę poziom merytoryczny materiałów zamieszczanych w „Fakcie” oraz typowy gazet tego formatu brak delikatności (że nazwę rzecz oględnie) musi zastanawiać chęć tak stanowczego odseparowania się od całej sprawy „Faktu”. wytłumaczeń zapewne jest dużo, mnie przychodzą do głowy takie:
- ta sprawa naprawdę nie leży w orbicie zainteresowań „Faktu”,
- „Dziennik” tą sprawą strzelił sobie nie tyle w stopę, co w brzuch i „Fakt” nie chce być jakkolwiek łączony po pierwsze z całą sprawą, po drugie z „Dziennikiem”,
- być może dziennikarze „Faktu” wbrew pozorom mają jakieś poczucie przyzwoitości, w przeciwieństwie do dziennikarzy „Dziennika”.
pikanterii dodaje fakt, że wydawcą zarówno „Dziennika”, jak i „Faktu” jest jeden koncern medialny.
ludzie, którzy podobnie jak C. Michalski oskarżają anonimowych blogerów o to, że tylko będąc anonimowymi potrafią być odważni oraz zarzucają im brak odpowiedzialności imieniem i nazwiskiem za napisane słowa nie biorą pod uwagę jednej rzeczy. mianowicie anonimowe publikowanie w internecie czy to komentarzy czy blogów, czy wreszcie artykułów zasadniczo różni się od publikowania dziennikarza znanego z imienia i nazwiska: dziennikarz otrzymuje wynagrodzenie za to, co napisze, natomiast użytkownik internetu nie otrzymuje nic. poza tym publikujący gdziekolwiek dziennikarz reprezentuje gazetę, czasopismo, wydawnictwo, portal czy inną formę życia medialnego, co siłą rzeczy wymusza zgodność z linią programową pracodawcy i ogranicza niezależność opinii. anonimowy użytkownik internetu reprezentuje tylko i wyłącznie siebie.
poza tym, jak słusznie pisze Igor Czajka tutaj, ktoś podpisujący to, co robi pseudonimem a nie nazwiskiem, pracuje od zera na swoją markę, która akurat w tym znaczeniu jest równoznaczna z nazwiskiem. przykład pierwszy z brzegu: Banksy. kogo obchodzi, jak się naprawdę nazywa? ważna jest jego sztuka. a to, że jest znany od początku dzięki swej twórczości jako Banksy, a nie przykładowy John Smith, to naprawdę drobiazg.
w tym sporze jestem całym sercem po stronie kataryny, niezależnie od jej poglądów.
parę słów o wolności twórczej
tutaj jest artykuł portalu feminoteka.pl dotyczący procesu Doroty Nieznalskiej o „obrazę uczuć religijnych”, na którą jakoby artystka naraziła dwoje ówczesnych posłów z ramienia LPR (Gertrudę Szumską i Roberta Strąka). mam szczerą nadzieję, że dla artystki ten koszmar się wreszcie skończy i że na kolejnej rozprawie, wyznaczonej na 4 czerwca 2009 r. usłyszy wyrok uniewinniający.
podstawową kwestią jest: kto się za co obraża i dlaczego (swoją drogą to dość pojemne określenie „obraza uczuć religijnych”, można pod to podciągnąć prawie wszystko), jednakże istotniejsze jest to, że proces od samego początku opierał się na nieobiektywnym newsie nadanym przez TVN, zawierającym informacje o dziele Doroty Nieznalskiej, którymi posłowie poczuli się obrażeni. swoją drogą to jakiś absurd opierać swoje oskarżenie na materiale wyemitowanym przez telewizję. widocznie ci posłowie są jak dzieci i wierzą w to, co się mówi w telewizji. to z kolei stawia pod dużym znakiem zapytania ich kwalifikacje do uprawiania polityki. oboje są z LPR, więc to może nieco tłumaczyć ich problem z racjonalnym podejściem do czegokolwiek.
chwała sędziemu, który, jak pisze feminoteka.pl: „zadał sobie trud zamówienia eksperckich opinii, sięgnął do materiałów źródłowych w sprawie, czyli 16 minutowego filmu, tzw. surówki, nakręconej przez operatora TVN 18 stycznia 2002 r.” skandaliczne jest to, że tak ważny dowód został odnaleziony dopiero w listopadzie zeszłego roku. we wspomnianym materiale filmowym (16 minutowym!): „dziennikarz TVN zadawał Dorocie Nieznalskiej rzeczowe pytania, artystka spokojnie tłumaczyła, na czym polega jej instalacja i jaka jest jej intencja. Dorota kilkakrotnie zapewniła, że instalacja „Pasja” nie odnosi się do uczuć religijnych i nie powinna nikogo obrażać.”
można sobie wyobrazić, jakiego newsa (który trwał zapewne 30 sekund? minutę? dwie minuty?) można zmontować z 16 minutowego materiału oraz co zostało z całego wywiadu po przemonotowaniu. zresztą wspomniany portal pisze, co zostało: „Telewizja wyeksponowała skandal i szokujące reakcje, wycięto merytoryczny opis pracy. W pierwszej instancji w 2003 r. została skazana za przysługujące jej konstytucyjne prawo do wolności twórczej.” tegoż prawa należy bronić do upadłego, inaczej grozi nam upadek kultury. inną sprawą jest wartość artystyczna dzieł „szokujących” i „obrażających”. wierzę, że niezależnie od tego typu upraszczających klasyfikacji, wartościowe dzieła same się obronią, a te kiepskie szybko zostaną zapomniane.
z tego co wiem, nikt nikogo nie zmusza do oglądania czegokolwiek w galeriach czy podobnych miejscach, do większości z nich wstęp jest biletowany, zawartość uznana za kontrowersyjną jest chyba przeważnie jakoś oznaczana i zapewne większość pracowników muezów czy galerii udzieli wyczerpujących informacji na temat tego, czy wystawa nadaje się do obejrzenia przez dzieci czy młodzież. w związku z tym możliwość narażenia kogoś na obrazę uczuć religijnych czy naruszenie dobrego smaku jest dość ściśle „reglamentowana”. innymi słowy: po prostu trzeba chcieć zostać obrażonym.
powoływanie się na opinię z drugiej czy trzeciej ręki i wypowiedzi typu: „nie widziałem, ale wiem” są niepoważne. a składanie doniesienia do prokuratury o podejrzeniu popełnienia przestępstwa na podstawie zmontowanego materiału telewizyjnego prowokuje pytanie o granice wolności sztuki oraz z drugiej strony o intencje i poczytalność składających tego typu doniesienia.
EDIT:
jak informuje feminoteka.pl w tym artykule, Dorota Nieznalska została uniewinniona.