różne różności

dobra doczesne, czyli arcybiskup Głódź atakuje

Benedykcie XVI, czym Ci tak dopiekli mieszkańcy diecezji gdańskiej, że ich pokarałeś powołując na urząd biskupi Sławoja Leszka Głódzia? używając terminologii samochodowej: poprzedni metropolita, arcybiskup Tadeusz Gocłowski był jak  auto produkcji niemieckiej – czyste, solidne i eleganckie, natomiast aktualny biskup jest jak brudny i śmierdzący Fiat 126p, który się często psuje, a podczas jazdy wydziela dużą ilość smrodliwych spalin.

do powyższej konstatacji skłoniła mnie wypowiedź biskupa Głódzia na temat zwrotu zabytków wypożyczonych z Muzeum Narodowego w Warszawie do Bazyliki Mariackiej w Gdańsku. wypowiedział on takie słowa: „Konia ze stajni się nie wyprowadza. Te dzieła sztuki tam są i tam pozostaną, bo one tam były od zawsze (…) Skończmy te monologi, które prawdopodobnie wywołała sama pani dyrektor muzeum. Wyszła przed szyk, ona nie jest symetryczną stroną całego sporu, partnerem jest minister” (więcej na ten temat tutaj).

dowodzą one jasno, że biskup zachował się jak chciwy cham i prostak. być może nie zdaje sobie sprawy z tego, że dzieła sztuki nie są jego własnością, a rzeczy pożyczone należy oddawać. nie sądzę, żeby w wojsku (z którym Głódź miał kontakt przez znaczący okres swojego  życia jako biskup polowy) obowiązywały inne zasady. nie wspominając o tym, że jego stosunek do słów dyrektorki Muzeum Narodowego dowodzi niebywałej arogancji, która nie przystoi nikomu, a zdecydowanie najmniej pasterzowi Kościoła katolickiego. wstyd i hańba.

dla jasności: nie miałbym nic przeciwko temu, żeby dzieła znajdujące się w Bazylice Mariackiej były tam nadal. wszelako niezbędne byłoby spełnienie określonych warunków, takich jak: dopuszczenie konserwatorów do zbadania przechowywanych dzieł, rzeczowa rozmowa i przeprosiny oraz zaznaczenie, że rzeczone zabytki są wypożyczone z Muzeum Narodowego i nie stanowią własności Kościoła. oczywistą rzeczą jest, że dzieła sztuki muszą być przechowywane w stosownych dla nich warunkach nie mogą być narażone na kradzież czy akty wandalizmu.

niestety, postawa koncyliacyjna i pewien poziom kultury są, jak widać niedostępne  dla biskupa Głódzia, w związku z tym Muzeum Narodowe zdecydowało się na bezprecedensowy proces przeciw Bazylice Mariackiej w Gdańsku w sprawie odzyskania zagarniętych dzieł sztuki. nie zdziwiłbym się wcale, gdyby Muzeum Narodowe wygrało ten proces i i szczerze na to liczę. być może przegrana sprawa przyczyni się nieco do ukrócenia zapędów niektórych hierarchów kościelnych, którzy zamiast zająć się powierzonym im ludem, troszczą się przede wszystkim o dobra doczesne.

o płodności i świętości

wczoraj gfedorynski wrzucił na BLIP-a coś takiego: http://blip.pl/s/260446007. zaciekawiony treścią blipnięcia wszedłem pod wskazany adres, przeczytałem linkowany tekst i przyznam, że w pierwszej chwili nie wiedziałem, czy mam się śmiać, czy raczej zapłakać.

otóż pod wskazanym adresem znajduje się blog Tomasza Terlikowskiego, a konkretnie wpis Szaleństwo Bożej Miłości, w którym autor pisze, że cieszy się  z rozpoczęcia procesu beatyfikacyjnego małżeństwa, które miało 21 dzieci (z czego przeżyło trzynaścioro z nich). po krótkim guglaniu doszedłem to tej strony, na której są podane daty  narodzin i śmierci przyszłych świętych.

jak widać, żyli oni w dwudziestym wieku i zastanawiające jest to, że aż ośmioro dzieci im zmarło. no, ale z drugiej strony w trakcie ich życia odbyły dwie wojny światowe, we Włoszech rządził Benito Mussolini, a medycyna nie była tak rozwinięta, jak obecnie, więc ósemka dzieci miała prawo umrzeć.

o wiele bardziej zastanawia mnie inna rzecz: po co powoływać na świat aż tak liczne potomstwo? domyślam się, że wspomniane małżeństwo nie było specjalnie zamożne, a czasy, w których przyszło im żyć, były niespokojne, na pomoc państwa nie można było liczyć, więc płodzenie (wtedy) dwudziestki dzieci oznacza dla mnie skrajną głupotę i nieodpowiedzialność, a nie wzór do naśladowania.

rozumiem, że Kościół katolicki pokazuje jako przykład świętości życie świętej Joanny Beretta Mola, która mimo włókniaka macicy donosiła ciążę, a niedługo po narodzinach dziecka zmarła. jestem w stanie zrozumieć, co nie znaczy, że uważam jej postawę za wzór do naśladowania. natomiast jest dla mnie niepojęte, że mogą zostać wyniesieni na ołtarze ludzie, którzy spłodzili dwudziestkę dzieci, z czego prawie połowa im zmarła. nie bardzo rozumiem, w jaki sposób taka postawa ma być przykładem dla wiernych?

Terlikowski (można powiedzieć, że jak zwykle) przeinacza fakty. pisze między innymi: „w świecie, w której kobieta wychowująca dzieci w domu uznawana jest za niespełnioną, a mężczyzna za niewyżytego”. być może żyjemy w alternatywnych rzeczywistościach, ale feministki (bo do nich zapewne pije autor) walczą zarówno o to, żeby kobieta mogła nie mieć dzieci, jeśli nie chce, ale również o to, żeby mogła ich mieć jak najwięcej, jeśli chce. wysiłki feministek zmierzają do skłonienia państwa do pomocy w OBU przypadkach, czego autor niestety nie zauważa.

autor pisze dalej: „Oczywiście przyjęcie dwudziestki (a nawet dziesiątki) dzieci wymaga zaufania. Tu ludzkie wyliczenia nie wystarczą, trzeba głęboko wierzyć Bogu, temu, że nie pozostawi on swoich dzieci bez pomocy, że wraz z dzieckiem przyjdzie na świat także kolejny bochenek chleba” .

niewątpliwie jest w tym trochę racji, równocześnie jednak trzeba być realistą i mieć po pierwsze świadomość wyniszczenia organizmu kobiety, która ma rodzić te dzieci, po drugie zdawać sobie sprawę z tego, że najnormalniej w świecie nie da się kochać tak samo wszystkich dzieci, a po trzecie brać pod uwagę różne nieprzewidziane wydarzenia (choćby choroba czy śmierć jednego z rodziców albo utrata źródła utrzymania).

większość ludzi chcących mieć dzieci bierze pod uwagę różne ograniczenia, którym jako istoty ludzkie/kobiety i mężczyźni/będący w pewnym wieku/obywatele danego państwa są poddani. moim zdaniem jest to używanie rozumu, będącego darem Boga i sensowna realizacja Bożego zamysłu wyrażonego w słowach: „bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną” (por. Rdz 1, 28).

Terlikowski zdaje się tego nie rozumieć i bredzi o „antyżyciowej histerii”, „mentalności antykoncepcyjnej” i „strachu przed życiem”. mam wrażenie, że autor zmierza do tego, że najlepiej będzie, jeśli wszyscy bez opamiętania zaczniemy się rozmnażać, a troskę o zapewnienie dzieciom i rodzicom chleba powszedniego pozostawimy Bogu. bo przecież „skoro dał dziecko, da i na dziecko”, nieprawdaż?

poganizacja czyli o pośrednikach i utracie kontroli

Tomasz Piątek prawie rok temu napisał felieton Rozważania nad likwidacją polskiego katolicyzmu. odnosi się w nim do dość istotnej dla polskiej polityki i Kościoła katolickiego w Polsce kwestii, jaką jest wpływ Kościoła na życie polityczne w Polsce. wpływ, który nie jest mierzalny wprost („ile dywizji ma papież”), a jego siła wyraża się w bezalternatywności (oby przejściowej) dotyczącej sposobu funkcjonowania w polskim życiu społeczno-politycznym.

świetnie ten fakt ilustrują zdania z cytowanego przez autora artykułu Wiesława Władyki i Mariusza Janickiego:  „Większość polityków, włącznie z postkomunistyczną lewicą, układała się z Kościołem po jego myśli, nie szła z nim na żadną wojnę, tak jak gdyby przyjęto żelazną zasadę, że tu frontów się nie buduje, tu trzeba się dogadać, czyli ustąpić.” oraz: „Bo wobec Kościoła wszyscy coś robią na wszelki wypadek”. w jakiś sposób jest to zgodne z polską mentalnością, która każe nie wychylać się, ale równocześnie uczy kombinowania i radzenia sobie na własną rękę, niestety przeważnie po szkodzie.

Piątek twierdzi, że w społeczeństwie nie dokonuje się tak naprawdę laicyzacja (zakładająca świadomy wybór, refleksję natury moralnej i autonomiczne decyzje odpowiedzialnych jednostek), tylko poganizacja (oddanie życia duchowego w ręce kogoś, kto zaspokoi moje potrzeby w tym względzie, ale nie będzie wymagał przemiany duchowej i pozwoli żyć tak, jak wcześniej).

jeśli ktoś zamierza zarzucić mi rozpowszechnianie nieprawdy, proponuję odpowiedzenie sobie na pytanie: jak funkcjonuje katolicyzm w Polsce? czy rządzi nim tradycja i przyzwyczajenie, czy jest oparty na katechezie prowadzącej do zmiany życia na lepsze? mam na myśli katolicyzm en bloc, a nie grupy typu Odnowa w Duchu Świętym, Ruch Światło-Życie, Droga Neokatechumenalna czy im podobne.

autor felietonu proponuje rozwiązanie tego problemu. mianowicie radzi ludziom wierzącym, by swojego kontaktu z Bogiem nie zostawiali w rękach pośredników (kapłanów i biskupów), bo: „Można natomiast poszukać bezpośredniego kontaktu z Bogiem – i życie wcale nie musi stać się od tego straszniejsze (w moim przypadku było wręcz przeciwnie).” oczywiście generalizuje i przesadza pisząc: „Nie trzeba płacić chciwym obłudnikom ani uczestniczyć w ich kampaniach nienawiści.”, jednak należy pamiętać, że najbardziej widoczne są niestety rzeczy, które zdecydowanie w instytucji opierającej się na Ewangelii nie powinny mieć miejsca i to one rzutują na obraz całości (por. powiedzenie o łyżce dziegciu w beczce miodu).

w niedawnym felietonie Kato się doigrało Piątek zauważa symboliczne pęknięcie Polski na dwie części, które się dokonało (dokonuje?), a dla którego kluczowe są: katastrofa smoleńska i jej wykorzystanie w kampanii prezydenckiej, „bitwa pod krzyżem” i wielkość poparcia dla Jarosława Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich. wszystkie te wydarzenia spowodowały według Piątka to, że Kościół katolicki przestaje w Polsce być potrzebny klasie średniej, która jest kluczowa w demokracji liberalnej (a z całą pewnością przestaje być potrzebny PO, określającej się jako przedstawiciel tejże klasy średniej).

dowodami na ową „niepotrzebność” są między innymi przegrana popieranego mniej lub bardziej jawnie przez Kościół katolicki Jarosława Kaczyńskiego (przegrana mimo poparcia potężnej instytucji, jaką jest Kościół), rosnące poparcie dla postulatów realnego rozdziału Kościoła od państwa oraz postępująca coraz szybciej modernizacja państwa, która niestety idzie w parze z pauperyzacją społeczeństwa.

Piątek określa ów ostatni proces jako „plastikową-pseudomodernizację” i prorokuje nadejście, a może i wygraną w wyborach kogoś, kto będzie skrzyżowaniem populisty z liberałem, czyli polskiej wersji Berlusconiego (świetnie napisała o Berlusconim i upadki polityki Agnieszka Graff w felietonie Wielka pupa, wielki cyc). obawiam się, że obydwoje mają rację, jeśli chodzi o przewidywanie kierunku, w którym podąża polska polityka i polskie media. wobec powyższego pytanie nie brzmi: „czy?”, tylko „kiedy?”

z kolei Cezary Michalski w felietonie Najwierniejsza córa kontrreformacji opisuje związek Kościoła z polską polityką z nieco innej perspektywy, mianowicie historycznej. udowadnia on, że Kościół katolicki w Polsce od czasów kontrreformacji żywi się słabością świeckiej Polski, szczególnie zaś jej efektownymi klęskami i upadkami (powstania, zabory). także niektórzy politycy, których znaczenie jest raczej marginalne, mogą liczyć na poparcie Kościoła. jak pisze Michalski: „Im są słabsi, tym chętniej Kościół używa ich jako narzędzi.”

jeśli założyć, że któryś z wymienionych przeze mnie felietonistów ma rację, będzie to oznaczać, że w miarę upływu czasu wpływ Kościoła katolickiego na polską politykę będzie maleć nie przez zeświecczenie społeczeństwa czy wpływ „cywilizacji śmierci”. bezpośrednią przyczyną będzie brak sensownej „oferty” skierowanej do ogółu wierzących (którzy stanowią równocześnie elektorat partyjny) oraz wzrost znaczenia w polskim Kościele hierarchów pokroju biskupa Sławoja Leszka Głódzia czy ojca Tadeusza Rydzyka.

niestety hierarchowie nie dostrzegają zagrożenia i skupiają się na kwestiach praw reprodukcyjnych (in vitro, aborcja) albo na świętowaniu 20-lecia wprowadzenia katechezy do szkół. cóż, pasażerowie Titanica też do pewnego momentu nie dostrzegali, że toną…

o zgorszeniu i przyzwoitości

Gazeta Wyborcza informuje tutaj, że Watykańska Kongregacja ds. Biskupów odwołała dekret, którym zakazała arcybiskupowi Juliuszowi Paetzowi sprawowania posługi biskupiej w archidiecezji poznańskiej po ujawnieniu przypadków molestowania przez niego kleryków w poznańskim seminarium. Paetz został wtedy zmuszony do rezygnacji ze stanowiska metropolity poznańskiego i jako biskup senior zamieszkał w domu w Poznaniu.

nie udało mi się dotrzeć do oficjalnego komunikatu Kongregacji, w związku z tym mogę tylko zakładać, że wiadomości podane przez GW są prawdziwe. ks. Adam Boniecki nie chce sprawy komentować, ponieważ jest osobą publiczną i redaktorem Tygodnika Powszechnego, natomiast ja jako anonimowy bloger mogę nie czyniąc takiego zastrzeżenia odnieść się do całej sytuacji.

w pierwszej chwili po przeczytaniu wspomnianych informacji poczułem głęboki niesmak. i nie wynikał on z samej natury przewinienia biskupa Paetza, ale z braku przyzwoitości w jego postępowaniu. wprawdzie nie przyznał się do zarzucanych mu czynów i nie został on skazany prawomocnym wyrokiem, ale stało się tak dlatego, że pokrzywdzeni nie złożyli zawiadomienia o przestępstwie. w jakimś stopniu można tłumaczyć takie postępowanie strachem przed zamknięciem sobie drogi, jeśli chodzi o „karierę” w Kościele, co mogłoby mieć miejsce, biorąc pod uwagę rozległe znajomości Paetza.

jeśli rzeczywiście biskupowi Paetzowi zależy na odczytaniu stosownego listu we wszystkich kościołach archidiecezji poznańskiej, oznacza to, że jest w pewnym sensie osobą mściwą i chce swoich przeciwników upokorzyć, wykorzystując do tego władzę biskupią. ten, kto spodziewałby się więcej pokory po pasterzu Kościoła katolickiego, srodze się pomylił. widzę tutaj zaprzeczenie słów Jezusa: Wiecie, że ci, którzy uchodzą za władców narodów, uciskają je, a ich wielcy dają im odczuć swą władzę. Nie tak będzie między wami.” (Mk 10, 42-43)

trudno mi też zgodzić się ze słowami ks. Bonieckiego, który powiedział: „Jest w Ewangelii napisane, że „większa jest radość z jednego grzesznika czyniącego pokutę niż z 99 sprawiedliwych”. Ktoś, kto był odsunięty, może wrócić. Wspólnota chrześcijańska powinna się z tego radować.” przyczyna jest prosta – po biskupie Paetzu nie widać skruchy i żalu za popełnione czyny. jak powiedział o. Joachim Badeni w przywołanym przez Jana Turnaua komentarzu Szczyty zła: „A on sobie spokojnie siedzi tam, gdzie siedział – nie urzęduje co prawda, nie zarządza diecezją, ale gdzie kara? Gdzie publiczne przeproszenie wszystkich pokrzywdzonych? Tego nie ma!”

najgorsze jest w całej sytuacji zgorszenie, które ta sytuacja wywołuje wśród wiernych, dla których biskup (jako pasterz Kościoła) powinien być wzorem postępowania. niewykluczone, że dla wielu z nich stał się przyczyną odejścia od Kościoła. rację ma Turnau pisząc: „Nie pojmuję zatem, jak Watykan mógł podjąć decyzję korzystną dla winnego, przywrócić mu święte uprawnienia. Widać są tam ludzie, którzy uważają, że póki nie ma protestów, nie ma sprawy. Spokojnie czekają, aż Polska będzie drugą Irlandią.”

jest jedna zasadnicza różnica między Irlandią a Polską: Kościół katolicki ma  w Polsce ogromny wpływ na partie polityczne. i kiedy faktycznie podobne nadużycia w dużej ilości zaczną wychodzić na jaw, a sądy zostaną zasypane pozwami procesowymi, może okazać się, że z polskiego Kościoła nie będzie czego zbierać. z całą pewnością zmieni to polską politykę, a władzę może przejąć na długie lata antyklerykalna lewica. obawiam się wszelako, że hierarchowie polskiego Kościoła są zbyt skupieni na ochronie praw zarodków i innych kwestiach związanych z tak zwaną sprawiedliwością reprodukcyjną, by podobny scenariusz przyszedł im na myśl.

Kościół i wybory

jak wiadomo, niedługo odbędą się wybory prezydenckie. podobnie, jak to ma miejsce przy okazji każdych innych wyborów, Kościół katolicki przeżywa ten sam problem, którym jest nadmierne angażowanie się niektórych duchownych w kampanię wyborczą. pisze o tym między innymi Dominika Wielowieyska w komentarzu Kościół i PiS: jak daleko, jak blisko.

w komitecie poparcia Jarosława Kaczyńskiego znalazło się pięciu księży wykładających na  Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II. na szczęście zarówno władze Uniwersytetu, jak i krakowska kuria odcięły się od tego gestu i wydały stosowne oświadczenia, w których stwierdzają, że zaangażowanie duchownych jest przejawem ich prywatnych poglądów (więcej: tutaj). również ks. Kazimierz Sowa (dyrektor kanału telewizyjnego religia.tv) odniósł się krytycznie do zaangażowania wymienionych księży stwierdzając tutaj między innymi: „Nikt nie ma pretensji, kiedy ksiądz idzie w dniu wyborów i zakreśla tego czy innego kandydata – to jest bycie obywatelem. Trochę gorzej, jak ktoś chce zbudować rzeczywistość ziemską według przepisu, który wydaje mu się że jest słuszny.”

powyższe opinie nie zmieniają jednak stanu rzeczy, z którego wynika, że na zaangażowaniu duchownych w politykę traci polityka, z której debata oparta na argumentach merytorycznych zostaje wyparta przez opartą na argumentach emocjonalnych, których bazą są nieweryfikowalne przesłanki, jakimi charakteryzuje się ex definitione wiara w rzeczywistość nadprzyrodzoną. traci również religia, której zostaje po trosze odebrana podmiotowość i która staje się tylko narzędziem wykorzystywanym do osiągania bieżących celów politycznych.

prymas Józef Kowalczyk w wywiadzie dla GW dostępnym tutaj wypowiedział między innymi bardzo mądre słowa: „Prywatnie każdy kapłan może mieć swoje poglądy, ale ambona nie służy do wskazywania ludziom, na kogo mają głosować. To absolutnie niedopuszczalne. Można jedynie modlić się o wybór człowieka prawego sumienia, który będzie dbał o dobro wszystkich obywateli.”

wybranie arcybiskupa Józefa Michalika na przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski nie przeszkodziło mu w angażowaniu się politycznym. niespecjalnie się przejął powyższymi słowami prymasa Kowalczyka i wystosował w trakcie Uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej (Boże Ciało) kazanie do wiernych, w którym powiedział między innymi „Jeśli naród nie będzie miał przywódców, którzy bronią prawa natury, prawa Bożego, prawa narodu do własnej historii, jeśli nie będzie miał przywódców mądrych, którzy będą potrafić łączyć nowoczesność z tradycją, nie rozwinie się nigdy.”

dla przypomnienia: Prezydent Polski (między innymi): „jest najwyższym przedstawicielem polskich władz, gwarantem ciągłości władzy państwowej, najwyższym organem państwa w zakresie władzy wykonawczej, czuwa nad przestrzeganiem postanowień i zapisów Konstytucji, zwierzchnikiem Sił Zbrojnych Rzeczpospolitej Polskiej.” (Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej, artykuły 126 – 145). w związku z czym wymienione przez arcybiskupa Michalika cechy kandydata na prezydenta są raczej drugorzędne, a na pewno nie są niezbędne.

trzeba wszelako przyznać uczciwie, że we wspomnianym kazaniu padły również słowa zachęcające do pójścia na wybory i oddania głosu, co nie jednak zmienia faktu, że w tak ważnym dla katolików dniu kazanie powinno dotyczyć na przykład Eucharystii i wartości Komunii świętej, a nie polityki.

Mirosław Czech w komentarzu Arcybiskup jednego procentu słusznie krytykuje słowa arcybiskupa Michalika wypowiedziane w wywiadzie dla Naszego Dziennika: „Ja zagłosuję na kandydata, który pokazał, że potrafi bronić życia niezależnie od układów, ufając, że przy swoich dużych umiejętnościach zawsze będzie wierny zasadom troski o dobro.” (cały tekst wywiadu tutaj).

w ten sposób Michalik wskazuje wprost i bezpośrednio na jednego z kandydatów (Marka Jurka), co zdecydowanie nie powinno mieć z uwagi na konkordat między Stolicą Apostolską a Rzeczpospolitą Polską, który stwierdza między innymi: „Państwo i Kościół katolicki są – każde w swej dziedzinie – niezależne i autonomiczne oraz zobowiązują się do pełnego poszanowania tej zasady we wzajemnych stosunkach i we współdziałaniu dla rozwoju człowieka i dobra wspólnego”.

Czech słusznie pisze: „Abp Michalik może uważać, że poza sprawami ochrony życia poczętego i sposobami przezwyciężania bezpłodności nie liczy się nic innego. I że właściwa postawa w tej materii daje certyfikat moralnej nieomylności. W polityce państwowej tak jednak nie jest. Dla zdecydowanej większości polskich katolików liczą się inne kwestie.” poparcie dla Marka Jurka w sondażach prezydenckich oscylujące w okolicach tak zwanego błędu statystycznego zdecydowanie potwierdza tą tezę. dodałbym jeszcze: na szczęście dla Polaków inne kwestie są ważne, choć wolałbym, żeby ich wyrazem była debata o Polsce i ważnych dla niej sprawach, a nie walka PO z PiS-em.

segregacja katolików

Katarzyna Wiśniewska w komentarzu Biskupi grożą: albo in vitro, albo komunia odnosi się do oświadczenia Rady Episkopatu ds. Rodziny dostępnego tutaj. temat wiodący spotkania owej Rady był taki: „Duszpasterstwo rodzin wobec rozwodów”. ładnie się to komponuje z moim poprzednim wpisem i tematyką poruszoną w poprzednim numerze Gościa Niedzielnego.

słusznie mówi cytowana przez Wiśniewską Halina Bortnowska: „Sądzę, że nie można kogoś odsuwać od sakramentu za poglądy w sprawie, która nie ma charakteru dogmatycznego. Nauczanie rady biskupów o in vitro dogmatem przecież nie jest.” nauczanie o in vitro nie jest również prawdą wiary, której negowanie mogłoby uniemożliwić przystępowanie do komunii świętej, więc naprawdę trudno mi zrozumieć intencje, którymi się kierowali biskupi wydając oświadczenie o takiej, a nie innej treści.

mam wrażenie, że wspomniane oświadczenie ma na celu przypomnienie wiernym, że mają słuchać tego, co głosi Kościół i się zastosować bez namysłu i refleksji, a dyskusja na pewne tematy nie jest możliwa. dlaczego nie? bo nie. mnie osobiście takie podejście nie satysfakcjonuje i przypuszczam, że takich osób w Polsce jest więcej. co więcej: bardzo nie podoba mi się założenie, że wierni są nie owieczkami, tylko stadem baranów, które trzeba zapędzić do zagrody kijem, ewentualnie zanęcić od czasu do czasu marchewką.

można by się spodziewać, że Rada ds. Rodziny zdobędzie się na jakąś duszpasterską refleksję albo że w jakikolwiek sposób uzasadni treść oświadczenia. niestety, wierni otrzymali po raz kolejny przekaz wykluczający i oceniający, dodatkowo wsparty segregacją na tych, którzy do komunii mogą przystąpić i na tych, którzy nie mogą. jednak biskupi zapominają o tym, co słusznie przypomina Grzegorz Sroczyński w komentarzu Wierzcie w in vitro, przyjmujcie komunię.

podkreśla on (podobnie, jak Halina Bortnowska), że nauczanie Kościoła o in vitro nie ma charakteru dogmatycznego, więc należy do sumienia indywidualnego człowieka. bardzo trafne są słowa: „Wolność sumienia w nauce katolickiej jest jedną z podstawowych wartości. To skarb, czasem zakopywany pracowicie w ziemi. W polskim kościele bywa, że bardzo głęboko.” nic dodać, nic ująć.

oczywiście można uważać, że prawne zakazywanie czegokolwiek przyniesie jakieś sensowne efekty. jednak jest to wiara nie biorąca pod uwagę rzeczywistości i ludzkich potrzeb. dodatkowo trzeba wziąć pod uwagę to, że Polacy mają do stanowionego prawodawstwa stosunek dość elastyczny i zawsze znajdą sposób, żeby je obejść. na szczęście biskupi  nie stanowią w Polsce prawa, choć niestety mają czasami zbyt duży wpływ na tych, którzy się tym zajmują.

o rozwodach w Gościu Niedzielnym

tematem aktualnego numeru Gościa Niedzielnego są rozwody. wypowiada się na ten temat między innymi Bogumił Łoziński, który „rzucony na odcinek dotyczący rodziny” (używając języka partyjnego) napisał artykuł Plaga rozwodów. artykuł ten charakteryzuje się brakiem wrażliwości dla ludzi niemieszczących się w jego światopoglądzie.  w pewnym sensie jest to postawa charakterystyczna dla redaktorów Gościa Niedzielnego, którzy chcieliby świat, a przynajmniej Polskę urządzić po swojemu, bez brania pod uwagę osób myślących inaczej.

już w pierwszym zdaniu artykułu można znaleźć błędne sformułowanie: „Współczesny świat opanowany jest przez mentalność rozwodową.” według tej definicji mentalność jest charakterystycznym sposobem myślenia uwarunkowanym społecznie i biologicznie i z całą pewnością obejmującym więcej, niż tylko podejście do instytucji małżeństwa, jak zdaje się sugerować autor artykułu.

w dalszej części artykułu są przytoczone informacje dotyczące ustawodawstwa rozwodowego w innych krajach oraz dane statystyczne dotyczące liczby rozwodów w Polsce. co ciekawe, autor zżyma się na niektóre rozwiązania prawne  jakoby przyczyniające się do zwiększenia liczby rozwodów, ale nie pisze, że te rozwiązania zostały wycofane parę lat później. ponadto nie zauważa tego, że to nie prawodawstwo przyczynia się do większej liczby rozwodów, ale kombinatorstwo obywateli i peerelowska mentalność właśnie, której cechą charakterystyczną jest chęć „załatwienia” czegoś w nieuczciwy sposób.

w cytowanym artykule autor powołuje się na zmianę świadczeń wypłacanych Funduszu Alimentacyjnego na dodatek dla osób samotnie wychowujących dzieci. poskutkowało to zwiększoną liczbą rozwodów, będących jednakże rozwodami na papierze, bez faktycznego rozpadu związku, a służącymi jedynie do otrzymywania dodatkowych pieniędzy od państwa za darmo i bez wysiłku. o tym już autor nie napisał, bo nie pasowałoby mu to do koncepcji artykułu.

w dalszej części artykułu są prezentowane 2 pomysły, których urzeczywistnienie zdaniem autora mogłoby ograniczyć liczbę rozwodów. pierwszym z nich jest zakaz rozwodów, będący moim zdaniem krokiem naprzód do państwa wyznaniowego, czemu jestem zdecydowanie przeciwny. drugim jest wprowadzenie „prawo dające parom, zawierającym sakrament małżeństwa w Kościele katolickim, możliwość podpisania specjalnego zobowiązania o nierozerwalności małżeństwa w wymiarze cywilnym”.

przyznam się, że dawno nie słyszałem tak absurdalnego pomysłu i jestem przekonany o tym, że jego wprowadzenie w życie miałoby odwrotny skutek od zamierzonego. zapewne większość par na wszelki wypadek żyłaby przez długi czas w konkubinacie lub mając jedynie ślub cywilny, ewentualnie biorąc ślub kościelny po uzyskaniu większego, niż na początku trwania związku przekonania, że się on nie rozpadnie.

jak słusznie pisze Jan Drzymała w komentarzu Może cię nie opuszczę… „Batem nikt nikogo jeszcze nie wychował. Jeśli prawo nie jest poparte autentycznym przekonaniem i nie ma odzwierciedlenia w rzeczywistości, nie będzie stosowane. Wzbudzi tylko falę protestów i społecznego sprzeciwu. Będzie miało raczej pozory represji niż autentycznej troski.” zgadzam się w zupełności, jak również z własnego doświadczenia potwierdzam opinie autora o katastrofalnym stanie jakościowym nauk przedślubnych prowadzonych w parafiach.

na koniec swojego artykułu Łoziński pisze mądre słowa „Jeśliby przestrzegali zasad swojej wiary, to liczba rozwodów na pewno by spadła.” są to piękne słowa, ale jak mówi znane powiedzenie „teoria swoje, życie swoje”. istnieją przecież przypadki, kiedy chęć ratowania małżeństwa jest tylko po jednej stronie, a rozwód służy uregulowaniu prawnemu statusu faktycznego, czyli rozpadu związku, nawet wśród katolików. i nie zawsze istnieje podstawa do stwierdzenia nieważności zawarcia sakramentu małżeństwa. warto o tym pamiętać, formułując tak jednoznaczne opinie.