różne różności

biskup Juliusz Paetz – kłopotów ciąg dalszy

podczas pisania poprzedniego wpisu dotyczącego odwołania watykańskiego dekretu zakazującego sprawowania władzy biskupiej Juliuszowi Paetzowi przypuszczałem, że sprawa jest „rozwojowa”, ale nie sądziłem, że do tego stopnia. i nie przyszłoby mi do głowy, że wydarzenia będą następować tak szybko.

jak informuje tutaj GW (za PAP-em), arcybiskup Stanisław Gądecki złożył rezygnację z urzędu, czemu z kolei zaprzecza tutaj poznańska kuria. Katarzyna Wiśniewska trafnie skomentowała decyzję Gądeckiego w komentarzu Abp Gądecki odważny i bezradny. jest to zaiste krok godny podziwu i naśladowania, jeśli chodzi o prawdziwą troskę o Kościół jako powierzoną sobie owczarnię Pańską. obawiam się wszakże, że taka postawa jest niestety postawą Don Kichote’a. honorową i piękną, ale będącą wyrazem bezradności mimo posiadanej racji.

Tomasz Terlikowski wypowiada się tutaj na temat istnienia tak zwanej „lawendowej mafii”. nie darzę autora zbytnim szacunkiem ze względu na jego zafiksowanie na punkcie aborcji i homoseksualizmu, ale jestem skłonny uwierzyć w jego słowa choćby ze względu na to, że brzmią one dość prawdopodobnie. Terlikowski zwraca uwagę  na to, co podkreśla również wielu świeckich publicystów: wyjaśnienie skandali związanych z molestowaniem seksualnym (również homoseksualnym) nie może się opierać tylko na kościelnych instancjach, niezbędna jest współpraca z władzami świeckimi.

jakkolwiek dziwnie to brzmi dla mnie samego, zgadzam się z Terlikowskim, który przewiduje, że rozwiązanie sprawy biskupa Paetza w sposób, z jakim mamy do czynienia, może przyspieszyć proces laicyzacji w Polsce. zarówno Terlikowski, jak i Wiśniewska zwracają uwagę na to, że w bieżącym kontekście słowa papieża potępiającego nadużycia seksualne księży (na przykład w liście katolików do Irlandii, o czym pisałem tutaj) brzmią mało wiarygodnie.

profesor Józef Baniak w wywiadzie Ultimatum abp. Gądeckiego podkreśla troskę Gądeckiego o jedność diecezji i dobro moralne wiernych. pewne zdumienie muszą budzić słowa: „Nie wiem, czy Watykan przypadkiem nie „testuje” sytuacji: co stałoby się w Polsce, gdyby cofnął zakazy abp. Paetzowi.” zakładam, że faktycznie wspomniany dekret został odwołany (czemu zdecydowanie jestem przeciwny). jeśli jednak tak nie jest, a wspomniana sytuacja jest faktycznie „testem”, oznacza to robienie z wiernych durniów, czemu jestem również przeciwny, ponieważ jako chrześcijanin wyposażony w podmiotowość nie życzę sobie tego typu traktowania.

skoro już w drugim miejscu pojawiają się pewne określenia, stosownym będzie odniesienie się do nich. mam na myśli „to sprawa prestiżu” (tutaj) oraz „splendor hierarchy czynnego w Kościele lokalnym” (tutaj). naprawdę trudno mi powiedzieć, jak ma się zabieganie o ziemski prestiż i splendor do słów Jezusa: „Lecz kto by między wami chciał stać się wielkim, niech będzie waszym sługą. A kto by chciał być pierwszym między wami, niech będzie niewolnikiem waszym, na wzór Syna Człowieczego, który nie przyszedł, aby Mu służono, lecz aby służyć i dać swoje życie na okup za wielu.” (Mt 20,26-28)

o zgorszeniu i przyzwoitości

Gazeta Wyborcza informuje tutaj, że Watykańska Kongregacja ds. Biskupów odwołała dekret, którym zakazała arcybiskupowi Juliuszowi Paetzowi sprawowania posługi biskupiej w archidiecezji poznańskiej po ujawnieniu przypadków molestowania przez niego kleryków w poznańskim seminarium. Paetz został wtedy zmuszony do rezygnacji ze stanowiska metropolity poznańskiego i jako biskup senior zamieszkał w domu w Poznaniu.

nie udało mi się dotrzeć do oficjalnego komunikatu Kongregacji, w związku z tym mogę tylko zakładać, że wiadomości podane przez GW są prawdziwe. ks. Adam Boniecki nie chce sprawy komentować, ponieważ jest osobą publiczną i redaktorem Tygodnika Powszechnego, natomiast ja jako anonimowy bloger mogę nie czyniąc takiego zastrzeżenia odnieść się do całej sytuacji.

w pierwszej chwili po przeczytaniu wspomnianych informacji poczułem głęboki niesmak. i nie wynikał on z samej natury przewinienia biskupa Paetza, ale z braku przyzwoitości w jego postępowaniu. wprawdzie nie przyznał się do zarzucanych mu czynów i nie został on skazany prawomocnym wyrokiem, ale stało się tak dlatego, że pokrzywdzeni nie złożyli zawiadomienia o przestępstwie. w jakimś stopniu można tłumaczyć takie postępowanie strachem przed zamknięciem sobie drogi, jeśli chodzi o „karierę” w Kościele, co mogłoby mieć miejsce, biorąc pod uwagę rozległe znajomości Paetza.

jeśli rzeczywiście biskupowi Paetzowi zależy na odczytaniu stosownego listu we wszystkich kościołach archidiecezji poznańskiej, oznacza to, że jest w pewnym sensie osobą mściwą i chce swoich przeciwników upokorzyć, wykorzystując do tego władzę biskupią. ten, kto spodziewałby się więcej pokory po pasterzu Kościoła katolickiego, srodze się pomylił. widzę tutaj zaprzeczenie słów Jezusa: Wiecie, że ci, którzy uchodzą za władców narodów, uciskają je, a ich wielcy dają im odczuć swą władzę. Nie tak będzie między wami.” (Mk 10, 42-43)

trudno mi też zgodzić się ze słowami ks. Bonieckiego, który powiedział: „Jest w Ewangelii napisane, że „większa jest radość z jednego grzesznika czyniącego pokutę niż z 99 sprawiedliwych”. Ktoś, kto był odsunięty, może wrócić. Wspólnota chrześcijańska powinna się z tego radować.” przyczyna jest prosta – po biskupie Paetzu nie widać skruchy i żalu za popełnione czyny. jak powiedział o. Joachim Badeni w przywołanym przez Jana Turnaua komentarzu Szczyty zła: „A on sobie spokojnie siedzi tam, gdzie siedział – nie urzęduje co prawda, nie zarządza diecezją, ale gdzie kara? Gdzie publiczne przeproszenie wszystkich pokrzywdzonych? Tego nie ma!”

najgorsze jest w całej sytuacji zgorszenie, które ta sytuacja wywołuje wśród wiernych, dla których biskup (jako pasterz Kościoła) powinien być wzorem postępowania. niewykluczone, że dla wielu z nich stał się przyczyną odejścia od Kościoła. rację ma Turnau pisząc: „Nie pojmuję zatem, jak Watykan mógł podjąć decyzję korzystną dla winnego, przywrócić mu święte uprawnienia. Widać są tam ludzie, którzy uważają, że póki nie ma protestów, nie ma sprawy. Spokojnie czekają, aż Polska będzie drugą Irlandią.”

jest jedna zasadnicza różnica między Irlandią a Polską: Kościół katolicki ma  w Polsce ogromny wpływ na partie polityczne. i kiedy faktycznie podobne nadużycia w dużej ilości zaczną wychodzić na jaw, a sądy zostaną zasypane pozwami procesowymi, może okazać się, że z polskiego Kościoła nie będzie czego zbierać. z całą pewnością zmieni to polską politykę, a władzę może przejąć na długie lata antyklerykalna lewica. obawiam się wszelako, że hierarchowie polskiego Kościoła są zbyt skupieni na ochronie praw zarodków i innych kwestiach związanych z tak zwaną sprawiedliwością reprodukcyjną, by podobny scenariusz przyszedł im na myśl.

o rozwodach w Gościu Niedzielnym

tematem aktualnego numeru Gościa Niedzielnego są rozwody. wypowiada się na ten temat między innymi Bogumił Łoziński, który „rzucony na odcinek dotyczący rodziny” (używając języka partyjnego) napisał artykuł Plaga rozwodów. artykuł ten charakteryzuje się brakiem wrażliwości dla ludzi niemieszczących się w jego światopoglądzie.  w pewnym sensie jest to postawa charakterystyczna dla redaktorów Gościa Niedzielnego, którzy chcieliby świat, a przynajmniej Polskę urządzić po swojemu, bez brania pod uwagę osób myślących inaczej.

już w pierwszym zdaniu artykułu można znaleźć błędne sformułowanie: „Współczesny świat opanowany jest przez mentalność rozwodową.” według tej definicji mentalność jest charakterystycznym sposobem myślenia uwarunkowanym społecznie i biologicznie i z całą pewnością obejmującym więcej, niż tylko podejście do instytucji małżeństwa, jak zdaje się sugerować autor artykułu.

w dalszej części artykułu są przytoczone informacje dotyczące ustawodawstwa rozwodowego w innych krajach oraz dane statystyczne dotyczące liczby rozwodów w Polsce. co ciekawe, autor zżyma się na niektóre rozwiązania prawne  jakoby przyczyniające się do zwiększenia liczby rozwodów, ale nie pisze, że te rozwiązania zostały wycofane parę lat później. ponadto nie zauważa tego, że to nie prawodawstwo przyczynia się do większej liczby rozwodów, ale kombinatorstwo obywateli i peerelowska mentalność właśnie, której cechą charakterystyczną jest chęć „załatwienia” czegoś w nieuczciwy sposób.

w cytowanym artykule autor powołuje się na zmianę świadczeń wypłacanych Funduszu Alimentacyjnego na dodatek dla osób samotnie wychowujących dzieci. poskutkowało to zwiększoną liczbą rozwodów, będących jednakże rozwodami na papierze, bez faktycznego rozpadu związku, a służącymi jedynie do otrzymywania dodatkowych pieniędzy od państwa za darmo i bez wysiłku. o tym już autor nie napisał, bo nie pasowałoby mu to do koncepcji artykułu.

w dalszej części artykułu są prezentowane 2 pomysły, których urzeczywistnienie zdaniem autora mogłoby ograniczyć liczbę rozwodów. pierwszym z nich jest zakaz rozwodów, będący moim zdaniem krokiem naprzód do państwa wyznaniowego, czemu jestem zdecydowanie przeciwny. drugim jest wprowadzenie „prawo dające parom, zawierającym sakrament małżeństwa w Kościele katolickim, możliwość podpisania specjalnego zobowiązania o nierozerwalności małżeństwa w wymiarze cywilnym”.

przyznam się, że dawno nie słyszałem tak absurdalnego pomysłu i jestem przekonany o tym, że jego wprowadzenie w życie miałoby odwrotny skutek od zamierzonego. zapewne większość par na wszelki wypadek żyłaby przez długi czas w konkubinacie lub mając jedynie ślub cywilny, ewentualnie biorąc ślub kościelny po uzyskaniu większego, niż na początku trwania związku przekonania, że się on nie rozpadnie.

jak słusznie pisze Jan Drzymała w komentarzu Może cię nie opuszczę… „Batem nikt nikogo jeszcze nie wychował. Jeśli prawo nie jest poparte autentycznym przekonaniem i nie ma odzwierciedlenia w rzeczywistości, nie będzie stosowane. Wzbudzi tylko falę protestów i społecznego sprzeciwu. Będzie miało raczej pozory represji niż autentycznej troski.” zgadzam się w zupełności, jak również z własnego doświadczenia potwierdzam opinie autora o katastrofalnym stanie jakościowym nauk przedślubnych prowadzonych w parafiach.

na koniec swojego artykułu Łoziński pisze mądre słowa „Jeśliby przestrzegali zasad swojej wiary, to liczba rozwodów na pewno by spadła.” są to piękne słowa, ale jak mówi znane powiedzenie „teoria swoje, życie swoje”. istnieją przecież przypadki, kiedy chęć ratowania małżeństwa jest tylko po jednej stronie, a rozwód służy uregulowaniu prawnemu statusu faktycznego, czyli rozpadu związku, nawet wśród katolików. i nie zawsze istnieje podstawa do stwierdzenia nieważności zawarcia sakramentu małżeństwa. warto o tym pamiętać, formułując tak jednoznaczne opinie.

list do Tomasza Piątka

Tomasz Piątek w felietonie Zabawa w chowanego zechciał zalinkować mojego bloga (przy okazji niezmiernie dziękuję za reklamę!), a wzmianka dotyczyła tego wpisu, w którym odniosłem się do felietonu Piątka Wieża Wawel.

właściwie najprostszym wyjściem byłoby napisanie stosownego komentarza pod wspomnianym felietonem, jednakże po krótkim namyśle postanowiłem, że lepszym pomysłem będzie napisanie listu do Tomasza Piątka. oto i on.

„Szanowny Panie Tomaszu,

jest mi niezmiernie miło, że przeczytał Pan mój wpis, skomentował go i zalinkował mój blog w swoim felietonie. Aby mieć pewność, że będę dobrze zrozumiany, chciałbym w niniejszym liście odnieść się do zaistniałej sytuacji i wyjaśnić niektóre kwestie.

Nie przeczę, że w swoim wpisie odniosłem się do Pana felietonu krytycznie. Jednak świadomie użyłem słowa „niestety”, bo uważam, że większość Pana felietonów Pana autorstwa zamieszczane na stronie Krytyki Politycznej jest niezwykle mądra, a diagnozy w nich zawarte świetnie oddają stan polskiej polityki i kondycję polskiego społeczeństwa. Być może użyłem zbyt ostrych słów, ale Pana felieton był którymś z kolei felietonem na stronie KP, gdzie miałem wrażenie, że autor stawia się jakiś sposób ponad społeczeństwem (być może moje wrażenie jest mylne, ale w tym tonie wypowiadają się Izabela Cywińska, Małgorzata Szumowska i Manuela Gretkowska). Więc nie wytrzymałem i napisałem tak, a nie inaczej.

Bardzo cenię twórczość Pana i wymienionych przeze mnie osób i mam świadomość, że wszyscy Państwo jesteście artystami, czyli osobami, które z jednej strony wyrosły w danych uwarunkowaniach, a z drugiej strony starają się te uwarunkowania przekroczyć. Jednak moim zdaniem owo staranie czasami idzie zbyt daleko i niebezpiecznie zbliża się do pewnego oddalenia od przeciętnego przedstawiciela społeczeństwa, a to z kolei może prowadzić do pogardy dla myślących inaczej, która jest niedopuszczalna niezależnie od barw politycznych i poglądów.

Leszek Miller w wywiadzie z Cezarym Michalskim bardzo trafnie ujął ogół takich sytuacji. Pozwolę sobie przytoczyć dwa fragmenty: „Wyszydzanie reakcji, nad którymi nie można zapanować, których nie da się spacyfikować, oznacza mobilizowanie ich przeciwko sobie. I w konsekwencji takie definiowanie tożsamości lewicy, że ta lewica będzie trwale odrzucana przez znaczącą większość społeczeństwa. To uniemożliwia zdobycie władzy.” i „W demokracji albo taka „awangarda” nauczy się negocjować z nastrojami społecznymi, albo ją społeczeństwo wypluje.”

Moim zdaniem Leszek Miller trafnie ocenia sytuację aktualnie panującą w Polsce w tym sensie, że każdy, kto myśli o  dojściu do władzy w Polsce musi liczyć się z tym, co mówi i robi społeczeństwo. Co oczywiście brzmi jak banalny truizm, ale ma swój głębszy sens, bo praca edukacyjna wykonywana przeze środowisko KP (notabene bardzo przeze mnie ceniona i poważana) może nie dać zauważalnych efektów w dającym się dojrzeć horyzoncie czasowym. Oczywiście jest ona niezbędna, ale nie można czekać, aż społeczeństwo się zmieni. Z kolei Sławomir Sierakowski w swoim tekście Wywrócimy stolik z oszustami w niezwykle trafny sposób diagnozuje możliwości (a raczej ich brak) zmian w polskiej polityce, jeśli chodzi o zaistnienie kolejnej partii politycznej. Więc aktualnie jesteśmy w klinczu, z którego brak sensownego wyjścia.

W swoim felietonie pisze Pan, że Polacy mogliby się jednoczyć wokół czego innego, niż grobów. Otóż jestem tego samego zdania, a cała ta polska martyrologia jest dla niezmiernie nudna i męcząca w większych dawkach. Problem w tym, że zarówno Pan, jak i ja wiemy, że w znakomitej większości ludzie nie chcą się angażować, a polityką są znudzeni i zniesmaczeni. Niech Pan mi wierzy, że wolałbym Polaków zjednoczonych wokół praw pracowniczych, praw kobiet czy praw różnego rodzaju mniejszości.

Co do długości trwania żałoby – można się spierać, ale nie da się ukryć, że niektóre media (chodzi mi konkretnie o TVN24) relacjonowały wydarzenia związane z całą tą tragiczną sytuacją w sposób raczej stonowany i pomagający w przeżywaniu. Nie porównywałbym też tych relacji z różnorakimi bzdurami przekazywanymi przez media ku uciesze gawiedzi. Mimo wszystko jest jakaś liczba ludzi, którzy przez ten tydzień przeżywali szczerą żałobę po tragicznie zmarłych. Oni też mają swoją opowieść, że posłużę się zdaniem z Desideraty.

Pana słowa dotyczące modelu socjaldemokratycznego w krajach skandynawskich uważam za niezwykle trafne. Może uda się jakoś połączyć wspomnianą przeze mnie pracę edukacyjną wykonywaną przez środowisko KP (oraz inne środowiska) z nowoczesnym lewicowym podejściem do wielu kwestii, jeśli chodzi o partie polityczne i „duchem”  protestanckim? Taki model byłby jeśli nie idealny, to na pewno niezwykle atrakcyjny dla wielu ludzi. Pytanie tylko, czy ma szanse zaistnieć w Polsce. Mam nadzieję, że tak.

Pozdrawiam serdecznie,

miguelm75″

trzy głosy na temat żałoby

dla tych, którzy chcą poczytać, co o niektórych tragicznie zmarłych pod Smoleńskiem  myślą inni, podaję linki do notek wspomnieniowych o Krystynie Bochenek, Grażynie Gęsickiej, Marii Kaczyńskiej, Tomaszu Mercie, Izabeli Jarudze-Nowackiej i Jerzym Szmajdzińskim.

Cezary Michalski pisze tutaj o polityce historycznej, fascynacji śmiercią i o związanych z nią niebezpieczeństwach dla przyszłej polskiej polityki. szczególnie znamienne są słowa na początku felietonu: „Szanuję każdą ofiarę Katynia [...] Nie szanuję Katynia jako symbolu polityki historycznej, polityki śmierci. Polityki historycznej [...] jako metody politycznej zbudowanej na fascynacji śmiercią, a na poziomie strategii i taktyki polegającej na szantażowaniu się wzajemnie, budowaniu „hierarchii ofiar”, czynieniu z odpowiednio wymodelowanej pamięci historycznej maczugi w polityce wewnętrznej i zagranicznej. „

Joanna Erbel analizuje tutaj jeden ze sposobów przeżywania żałoby po tragicznie zmarłych ofiarach katastrofy pod Smoleńskiem. słusznie zauważa, że „Dla wielu osób wyjście z przestrzeni prywatnej do publicznej nie jest zwykłym spacerem. Jest to próba odnalezienia świeckiej, a często nawet lewicowej formy uczczenia i emocjonalnego włączenia się zbiorowe doświadczenie żałoby.” dodałbym jeszcze do tego coś w rodzaju chęci uczestnictwa w pewnego rodzaju przeżyciu pokoleniowym czy wydarzeniu historycznym dziejącym się obecnie.

natomiast Tomasz Piątek tutaj niestety daje upust swoim najgorszym instynktom i w żenujący sposób krytykuje kwestie związane z żałobą narodową: poczynając od długości jej trwania, poprzez chęć przeżywania jej przez Polaków, aż do zapowiedzi ewentualnego pojednania. autor zapomina o jednej zasadniczej kwestii: po 1989 roku nie było w historii Polski wydarzenia cementującego naród jako taki. więc ludzie próbują chwytać się wszystkiego, co pozwoli im poczuć się taką czy inną wspólnotą. ponadto Piątek także jest przedstawicielem tegoż narodu, więc jego stawianie się ponad resztą jest zwyczajnie żałosne.

Smoleńsk, 10.04.2010

nie ukrywam, że Lech Kaczyński nie był moim wymarzonym prezydentem. nie głosowałem na niego w wyborach i nie popierałem partii, z której się wywodził. jego niektóre posunięcia budziły mój zdecydowany sprzeciw i czasami trudno było mi zrozumieć motywacje, które nim kierowały.

pomimo tego i pomimo upływu ponad doby od tragicznej katastrofy, w której prezydent zginął wraz z małżonką i osobami towarzyszącymi, nie umiem się do końca pozbierać i dojść do siebie. i choć mnie samemu wydaje się ta myśl nieco trudną do przyjęcia, nie umiem pozbyć się przeświadczenia,  że zginął ktoś należący do mojej rodziny, ktoś bardzo mi bliski.

właściwie dopiero dzisiaj dociera do mnie realne znaczenie określenia „Głowa państwa”. według polskiej konstytucji prezydent RP jest najważniejszą osobą w państwie i mimo moich innych sympatii politycznych czuję, że w katastrofie rzeczywiście zginęła najważniejsza osoba w Polsce.

zdaję sobie sprawę z pewnej abstrakcyjności tej myśli i podobnych określeń, ale napiszę to: czuję się w jakiś sposób przez śmierć prezydenta Lecha Kaczyńskiego osierocony.

oczywiście mój ból, żal i żałoba są spowodowane nie tylko śmiercią prezydenta RP, ale także wszystkich innych osób, które zginęły wraz z nim. każda z tych osób była ważna, szczególna i jako człowiek niezastąpiona. jednak ze względu na wagę urzędu śmierć prezydenta Lecha Kaczyńskiego  jest spośród tych wszystkich śmierci wszystkich największą stratą dla całego narodu i dla mnie osobiście.

cześć pamięci wszystkich, którzy zginęli we wczorajszej katastrofie…

pedofilia, Irlandia i słowa papieża

jakiś czas temu przeczytałem wstrząsający reportaż Katarzyny Surmiak-Domańskiej Bierz cukierek i milcz, w którym opisuje ona stosowanie przemocy i praktyki pedofilskie, jakich dopuszczali się księża, zakonnicy i osoby świeckie pracujące w tak zwanych szkołach zawodowych w Irlandii.

w reportażu jest wspomniany raport, z którego wynika między innymi, że „że 250 placówek, które przez lata funkcjonowały w świadomości Irlandczyków jako azyle dla zaniedbanych dzieci, było w rzeczywistości siedliskami sadyzmu, którego dopuściło się ponad 800 członków męskich i żeńskich kongregacji zakonnych.” oraz „Żeby trafić do zawodówki, wystarczył dziecięcy wybryk, jak zbicie szyby podczas gry w piłkę, wagary, drobna kradzież. Także w przypadku śmierci lub ciężkiej choroby matki lub ojca albo gdy jedno z rodziców było protestantem, sąd czasem zamykał dziecko w katolickim ośrodku odosobnienia.”

reportaż zrobił na mnie ogromne wrażenie, ponieważ napisany jest pozornie beznamiętnym językiem i relacjonuje fakty nie podając opinii. jednak siła jego oddziaływania bierze się właśnie z opisywania wydarzeń z przeszłości, które trudno przyjąć do wiadomości ze względu na to, gdzie miały miejsce i kto był ich sprawcą.

wspomniany przeze mnie reportaż przypomniał mi się w kontekście listu pasterskiego papieża Benedykta XVI do katolików w Irlandii, który można znaleźć na przykład tutaj. zadałem sobie trud przeczytania go w całości i niestety nigdzie nie znalazłem przeprosin ze strony papieża. dla uściślenia: za przeprosiny uważam słowo „przepraszam” albo na przykład wyrażenie „proszę o przebaczenie” i tym podobne. oczywiście papież we wspomnianym liście pisze, że „jest mu przykro”, „poczuł się zdradzony” i „głęboko poruszony”, jednak z całą pewnością trudno te i podobne sformułowania użyte we wspomnianym liście uznać za przeprosiny.

przypuszczam, że ofiarom tych nadużyć zależy najbardziej na słowach przeprosin i niespecjalnie jest dla większości z nich ważne, że papieżowi jest przykro. zapewne chcieliby usłyszeć, że papież prosi o przebaczenie, ale niestety takie słowa nie padają. papież jako zwierzchnik Kościoła katolickiego na świecie jest odpowiedzialny za to, co czynią jego członkowie – mam na myśli odpowiedzialność papieża jako szefa pewnej instytucji, w tym wypadku Kościoła katolickiego. wbrew temu, co sądzi przywołany tutaj Luigi Accattoli, nie chodzi o odpowiedzialność zbiorową, ale o umiejętność wzięcia na siebie odpowiedzialności za cudze winy, z którą akurat w przypadku Kościoła nie powinno być problemów.

jestem głęboko zniesmaczony postawą papieża i uważam, że ten list do katolików w Irlandii niczego nie załatwia, ale jest podobny do orędzia wygłoszonego przez polityka jakiejkolwiek partii posądzonej o nadużycia finansowe czy wplątanej w skandal obyczajowy. w liście nie ma zbyt wiele o braniu odpowiedzialności przez Kościół za to, co się stało, natomiast są okrągłe zdania w stylu „Nasze refleksje były szczere i konstruktywne.” albo „Pozytywne kroki zostały już uczynione, ale pozostaje jeszcze wiele do zrobienia.”