różne różności

pedofilia, Irlandia i słowa papieża

jakiś czas temu przeczytałem wstrząsający reportaż Katarzyny Surmiak-Domańskiej Bierz cukierek i milcz, w którym opisuje ona stosowanie przemocy i praktyki pedofilskie, jakich dopuszczali się księża, zakonnicy i osoby świeckie pracujące w tak zwanych szkołach zawodowych w Irlandii.

w reportażu jest wspomniany raport, z którego wynika między innymi, że „że 250 placówek, które przez lata funkcjonowały w świadomości Irlandczyków jako azyle dla zaniedbanych dzieci, było w rzeczywistości siedliskami sadyzmu, którego dopuściło się ponad 800 członków męskich i żeńskich kongregacji zakonnych.” oraz „Żeby trafić do zawodówki, wystarczył dziecięcy wybryk, jak zbicie szyby podczas gry w piłkę, wagary, drobna kradzież. Także w przypadku śmierci lub ciężkiej choroby matki lub ojca albo gdy jedno z rodziców było protestantem, sąd czasem zamykał dziecko w katolickim ośrodku odosobnienia.”

reportaż zrobił na mnie ogromne wrażenie, ponieważ napisany jest pozornie beznamiętnym językiem i relacjonuje fakty nie podając opinii. jednak siła jego oddziaływania bierze się właśnie z opisywania wydarzeń z przeszłości, które trudno przyjąć do wiadomości ze względu na to, gdzie miały miejsce i kto był ich sprawcą.

wspomniany przeze mnie reportaż przypomniał mi się w kontekście listu pasterskiego papieża Benedykta XVI do katolików w Irlandii, który można znaleźć na przykład tutaj. zadałem sobie trud przeczytania go w całości i niestety nigdzie nie znalazłem przeprosin ze strony papieża. dla uściślenia: za przeprosiny uważam słowo „przepraszam” albo na przykład wyrażenie „proszę o przebaczenie” i tym podobne. oczywiście papież we wspomnianym liście pisze, że „jest mu przykro”, „poczuł się zdradzony” i „głęboko poruszony”, jednak z całą pewnością trudno te i podobne sformułowania użyte we wspomnianym liście uznać za przeprosiny.

przypuszczam, że ofiarom tych nadużyć zależy najbardziej na słowach przeprosin i niespecjalnie jest dla większości z nich ważne, że papieżowi jest przykro. zapewne chcieliby usłyszeć, że papież prosi o przebaczenie, ale niestety takie słowa nie padają. papież jako zwierzchnik Kościoła katolickiego na świecie jest odpowiedzialny za to, co czynią jego członkowie – mam na myśli odpowiedzialność papieża jako szefa pewnej instytucji, w tym wypadku Kościoła katolickiego. wbrew temu, co sądzi przywołany tutaj Luigi Accattoli, nie chodzi o odpowiedzialność zbiorową, ale o umiejętność wzięcia na siebie odpowiedzialności za cudze winy, z którą akurat w przypadku Kościoła nie powinno być problemów.

jestem głęboko zniesmaczony postawą papieża i uważam, że ten list do katolików w Irlandii niczego nie załatwia, ale jest podobny do orędzia wygłoszonego przez polityka jakiejkolwiek partii posądzonej o nadużycia finansowe czy wplątanej w skandal obyczajowy. w liście nie ma zbyt wiele o braniu odpowiedzialności przez Kościół za to, co się stało, natomiast są okrągłe zdania w stylu „Nasze refleksje były szczere i konstruktywne.” albo „Pozytywne kroki zostały już uczynione, ale pozostaje jeszcze wiele do zrobienia.”

kłopoty z lefebrystami się nie skończyły

tutaj jest informacja o tym, co zamierzają nasi kochani bracia w wierze, czyli na łono Kościoła przywróceni przez Benedykta XVI lefebryści. kiedyś już zdarzyło mi się pisać na ten temat, konkretnie w tym miejscu.

widać jasno, że miałem rację, wyrażając swoje wątpliwości co do sensowności inicjatywy, z którą wyszedł papież. jak widać, suspendowani biskupi ani myślą się podporządkować nawet nie tyle władzy Watykanu, co obowiązującym przepisom KPK.

jeśli zajdzie konieczność ponownej ekskomuniki, Kościół straci wiarygodność w oczach wielu ludzi ze względu na brak konsekwentości w swoim postępowaniu. mówię tutaj o ekskomunice nakładanej z mocy ustawy automatycznie, a nie wydawanej decyzją papieża (por. definicja w wikipedii).

zasmuca mnie ta cała sprawa tym bardziej, że:

  • kwestia lefebrystów nie wydarzyła się wczoraj,
  • papież ich zna osobiście i wie, czego się można po nich spodziewać,
  • papież ma doradców, którzy chyba mu niespecjalnie pomagają w pełnieniu tej odpowiedzialnej posługi.

EDIT:
takie małe a propos: tutaj.

kolejny dogmat maryjny?

tutaj jest wzmianka o możliwości ogłoszenia kolejnego dogmatu maryjnego. na razie jest to bardziej w sferze domysłów i przypuszczeń, więc nic pewnego.

po przeczytaniu tego artykułu zadałem sobie krótkie pytanie, może nie do końca stosowne: „WTF?” po co to komu? jeśli rzeczywiście stałoby się to faktem, moim zdaniem będzie to bardzo duży krok w tył, jeśli chodzi o dialog ekumeniczny z chrześcijanami innych wyznań, nie wspominając o dialogu z niechrześcijanami. co zresztą nie dziwi za pontyfikatu Benedykta XVI, który na tym polu raczej się nie napracował, a na zmianę sytuacji się nie zanosi, jak widać.

abstrahuję w tym momencie od tego, że dla mnie cały kult maryjny jest lekkim odjazdem. a jeszcze teraz ten dogmat… coraz bardziej abstrakcyjne się to chrześcijaństwo robi dla mnie. hmm…

o mężach stanu (nieistniejących)

alex2001 pisze tutaj o deficycie mężów stanu. jeśli przyjąć jego definicję, trudno się z jego argumentami nie zgodzić. oczywiście, jeśli przyjąć definicję na przykład z wikipedii, to paru mężów stanu mieliśmy w naszym kraju. jednakże istotniejsza jest jedna z kolejnych notek alexa2001, zamieszczona tutaj. takie małe political fiction z cyklu: co było było, gdyby…? w tym przypadku: gdyby Karol Wojtyła nie został papieżem, tylko politykiem.

nie mam wystarczającej wiedzy, by w pełni ocenić dorobek Jana Pawła II, ale z wieloma wątkami poruszonymi w przywołanej notce trudno się nie zgodzić. oczywiście znam przysłowie, które mówi „o zmarłych dobrze, albo wcale”, wszelako nie mam na celu zmieszania dorobku Jana Pawła II z błotem. nie, chodzi mi o trochę bardziej obiektywne spojrzenie, niż prezentowane w Polsce podejście z czcią nabożną i nieomal na klęczkach, bo to przecież papież-Polak. symptomatycznie pisze alex2001: Dla nas był wyjątkowy, przyciągał tłumy, bo był człowiekiem sukcesu. Znanym na świecie Polakiem, co samo w sobie jest tak rzadkie, że nie można się tym nie zachwycać. Leczył nasze kompleksy. Gdyby Polak został nagle prezydentem USA wielbilibyśmy go podobnie.” coś jest na rzeczy, bo jakoś nie słyszałem równie strzelistych zachwytów nad Benedyktem XVI i jego pontyfikatem.

nie będę szczegółowo oceniał stosowania nauczania Karola Wojtyły w polskim Kościele, bo trudno tak naprawdę to ocenić, poza tym nie zajmuję się tą tematyką, ale chyba jest z tym cienko. abstrahuję w tym momencie od wartości teologicznej nauczania papieża, bo się na tym nie znam. mam na myśli kontrast między ciągłym powoływaniem się wszystkich na Jana Pawła II i jego nauki, a zastosowaniem tego w życiu codziennym czy funkcjonowaniu społeczno-politycznym.

papież, prezerwatywy, Afryka

jakimś dziwnym trafem ostatnie wpisy dotyczą głównie Kościoła. może dlatego, że uważam się za wierzącego, jednakże bolą mnie niektóre opinie, wypowiedzi czy fakty z życia Kościoła.

dzisiaj będzie znowu o Benedykcie XVI, tym razem dwojako.

bardzo duży plus za wypowiedź o korupcji oraz nadużyciach władzy, dotyczących między innymi aktualnego prezydenta Kamerunu. „Słowa Benedykta XVI o błędach władzy to dowód sporej odwagi. Afrykańscy katolicy oczekują od Kościoła właśnie tak wyraźnego zaangażowania na rzecz sprawiedliwości społecznej – tłumaczy kameruński dziennikarz Carly Ndi Chia z dziennika The Post. z pozostałą częścią wypowiedzi papieża na temat wyzysku Afryki przez resztę świata, przyczyn rozpadu więzi rodzinnych czy możliwości wspomagania rozwoju gospodarczego tego kontynentu zgadzam się bez większych zastrzeżeń (przywołany cytat za GW – więcej na temat pielgrzymki tutaj )

duży minus za wypowiedź na temat prezerwatyw. przy czym oczywiście rozumiem to, że Kościół promuje wstrzemięźliwość seksualną oraz wierność. z tym się jak najbardziej zgadzam. jednakże pozwolę sobie uczynić jedno zastrzeżenie: co w wypadku, kiedy jedno z małżonków jest zakażone wirusem HIV? wymaganie abstynencji seksualnej w takim wypadku wydaje mi się nakładaniem ciężaru nie do uniesienia (por. Łk 11, 46). uważam, że stosunek seksualny jest jedną z rzeczy budujących relację małżeńską i bliskość, pozwalającą się nawzajem obdarowywać sobą dwojgu ludziom. wymaganie od małżonków abstynencji jest pozbawianiem ich czegoś ważnego. zdecydowanie opowiadam się za możliwością „legalnego” (czyli nie zabranianego przez Kościół) stosowania prezerwatywy we współżyciu małżonków, bo w tym wypadku nie dają oni upustu swoim żądzom i nie kochają się dla rozładowania napięcia (mam na myśli dwoje rzeczywiście kochających się ludzi), ale dają sobie dowód wzajemnej miłości i oddania. a zakażenie wirusem HIV nie powinno im odbierać możliwości dopełnienia realizowania siebie w małżeństwie.

równocześnie zdaję sobie sprawę, jak zapewne większość ludzi, że powstrzymywanie się od seksu (pozamałżeńskiego) jest tylko częściowym rozwiązaniem. i przede wszystkim dla twardzieli. nie mówię tutaj o bzykaniu się na lewo i prawo, ale o w miarę normalnym funkcjonowaniu. niezależnie od tego, czy jest się chorym na AIDS, czy nie, większość ludzi niekoniecznie odmawia sobie seksu, jeśli ma taką możliwość. więc jeśli można zarazić mniej osób, albo wręcz żadnej, stosowanie prezerwatyw wydaje się to być mniejszym złem, jeśli ktoś jest aktywny seksualnie.

zdaję sobie oczywiście sprawę, że może to wyglądać, jakbym sprowadzał pielgrzymkę papieża do tej kwestii. tak nie jest, ale przy tej okazji chciałem zwrócić uwagę szanownych czytelników na ten konkretny problem.

osobom, szczególnie mężczyznom (choć oczywiście nie tylko), które zamierzają mnie przekonywać o słuszności nauczania Kościoła (dotyczącej abstynencji seksualnej w małżeństwie) proponuję uczciwe przyjrzenie się własnej częstotliwości współżycia, niezależnie od tego, czy są przed czy po ślubie. hipokrytom dziękuję za dobre rady.

o Benedykcie XVI i Kościele

jeśli ktoś nie wie, skąd się wziął kryzys ekonomiczno-finansowy, a chciałby wiedzy zaczerpnąć u samego źródła, papież śpieszy z wyjaśnieniem.

nie jakiś tam spadek cen nieruchomości, upadłości banków i firm ubezpieczeniowych, kryzys zaufania na rynku międzybankowym, kryzys na rynku pracy i surowców. nie. winne jest bałwochwalstwo. czyli człowiek grzeszy, więc Pan Bóg zsyła kryzys (upraszczając). zaiste, interpretacja godna profesora teologii, którym jest Benedykt XVI. możnaby się spodziewać po papieżu bardziej rozbudowanej interpretacji zjawisk ekonomiczonych dziejących się we współczesnym świecie. ale dostaje się dość prymitywną wykładnię przyczynowo-skutkową.

nie napiszę „a myśmy się spodziewali….”, bo wybór akurat tego papieża nie nastroił mnie specjalnie pozytywnie co do przyszłości Kościoła pod jego rządami. nie jestem rozczarowany, bo się za wiele nie spodziewałem. i coraz bardziej się przekonuję, że miałem rację. nie chciałbym się zbytnio przechwalać, ale zaraz po wybraniu kardynała J. Ratzingera na papieża powiedziałem, że jest to wybór raczej zachowawczy, choćby ze względu na wiek wybranego papieża (78 lat) i niczego nadzwyczajnego spodziewać się prawdopodobnie nie należy. jak widać, miałem rację. żeby nie być jedynym krytykiem Benedykta XVI, przywołam artykuł Marco Polittiego zamieszczony w dzienniku La Repubblica,a zamieszczonym w internecie tutaj .

i nadzwyczaj słuszne jest pierwsze zdanie wspomnianego artykułu, mówiące tak: „W trzecim roku pontyfikatu Joseph Ratzinger pokazuje obraz Kościoła okopującego się na pozycjach obrony wartości; obraz, który nie przemawia do uczuć zwyczajnych ludzi. Jakby dla Benedykta XVI doktryna znaczyła więcej niż więź z wiernymi”.

faktycznie, Kościół nie sprawia wrażenia przyjaznej instytucji, bo co by nie mówić, oprócz wymiaru eklezjalnego jest również w sensie ludzkim instytucją. jest instytucją sprawnie zarządzaną – może czasem zbyt sprawnie; dbającą o swoje interesy i funkcjonariuszy – może czasem zbyt tym pochłoniętą; zajętą sprawami niebieskimi – owszem, ale czasem zbyt oddaloną od codziennych spraw tak zwanych zwykłych ludzi; pokazującą heroiczne wzorce – ale wymagającą heroizmu od każdego, nawet od tych, których na ten heroizm nie stać; wreszcie: chcącą wpływać na losy świata – ale nie przez przepowiadanie Ewangelii, ale przez doraźne środki, takie jak wpływanie na stanowione prawo i niepozostawianie miejsca na ludzkie sumienie, tak zwany zdrowy rozsądek i wspólne wszystkim ludziom wartości zakorzenione w ich sercach.

powyższe opinie na temat Kościoła jako instytucji dotyczą Kościoła w Polsce, bo o nim wiem co nieco. być może na świecie jest podobnie albo wręcz odwrotnie, ale na ten temat nie śmiem się wypowiadać.

oczywiście Kościół w Polsce jest pełen dobra czynionego przez różnych świętych ludzi: kapłanów i biskupów, braci i siostry zakonne, świeckich i różne organizacje. tego wcale nie neguję, bardzo jestem z tego dumny, pochwalam to i podziwiam. ale nie do końca podoba mi się postawa niektórych pasterzy Kościoła w różnych kwestiach. ta notka jest tego jakimś wyrazem.

odniosłem się tylko do pierwszego zdania wspomnianego artykułu, bo jest on właściwie naszpikowany celnymi stwierdzeniami. zainteresowanych zachęcam do zapoznania się z całością. a temat pewnie jeszcze będę rozwijał.

kryzysik w Kościele – ciąg dalszy

obiecałem kiedyś, że temat rozwinę, więc niniejszym to czynię.

na początku jak zwykle odnośniki: tutaj jest petycja niemieckich teologów zaniepokojonych postępowaniem papieża dotyczącym lefebrystów, a tutaj informacja o tym, że może nie wyjść im to na dobre.

zastanawiam się, dlaczego papież zdejmuje ekskomunikę z lefebrystów bez żadnych warunków wstępnych – uznanie władzy papieskiej, uznanie całości nauczania Soboru Watykańskiego II, przyjęcie i zastosowanie w praktyce ekumenizmu. po co papieżowi to całe zamieszanie? może jestem naiwny, ale pierwszy krok powinien wyjść ze strony ekskomunikowanych biskupów, którzy proszą o przywrócenie na łono Kościoła i uznają swoje błędy publicznie, a nie ze strony papieża. jeśli wziąć pod uwagę wystosowaną do nich przez papieża w czerwcu 2008 deklarację zawierającą warunki powrotu do wspólnoty Kościoła, ta decyzja wydaje się wysoce niezrozumiała.

dodatkowo lefebryści wypowiadają się w duchu, który przy największym wysiłku i dobrej woli trudno uznać za chęć powrotu do wspólnoty Kościoła: „Bp Bernard Tissier de Mallerais zgadza się z opinią, że sprawa lefebrystów nie została jeszcze zakończona. Na pytanie, czy zrewidują oni swoje stanowisko w kwestiach spornych, hierarcha odpowiada: „Nie, zdecydowanie nie. My nie zmienimy naszego stanowiska, mamy natomiast zamiar nawrócić Rzym, to jest przeciągnąć Watykan na naszą stronę”. więcej na ten temat tutaj

biorąc pod uwagę skądinąd słuszną petycję niemieckich teologów oraz informację o możliwych konsekwencjach ze strony biskupa Ratyzbony, skłonny jestem pomyśleć sobie, że Kościołowi instytucjonalnemu zależy przede wszystkim na nieograniczonej kontroli nad teologami katolickimi. znamienne, że teologowie są wezwani do złożenia przed biskupem wyznania wiary oraz przysięgi wierności. można by pomyśleć, że nie wiadomo jakie zagrożenie dla Kościoła stwarzają tę petycją. sam tekst jest sformułowany nadzwyczaj ostrożnie (przynajmniej tak wynika z polskiego tłumaczenia), więc nie wiem, czego Kościół się obawia czy czego spodziewa po tym tekście? że będzie on drugimi 95 tezami Lutra? z całym szacunkiem dla autora i sygnatariuszy, ale raczej nie. nie ten kaliber.

w przywołanym tekście nie ma moim zdaniem (ale nie jestem teologiem, więc pewnie mogę się mylić) sformułowań, które kwestionowałyby władzę papieża i nauczanie magisterium Kościoła. są za to sformułowania typu: „napawa lękiem”, „prawdopodobne”, „trudno przewidzieć”, „z całym szacunkiem traktując starania Papieża”. trzeba mieć sporo chęci wykrycia wyimaginowanego zagrożenia, a jednocześnie jakieś lęki, żeby się dopatrzyć w tym tekście zagrożenia dla spójności nauczania Kościoła.

swoją drogą autor i sygnatariusze listu chyba przewidzieli, co ich czeka po opublikowaniu, bo w ostatnim akapicie zamieścili ciekawe zdanie: „Tak długo jak Watykan stara się o powrót „zagubionych owiec” z tradycjonalistycznego skrzydła Kościoła, nie znosząc przy tym innych klątw, nie rezygnując z prawa i procedur zmierzających do prześwietlania nauki zorientowanych na reformę teolożek i teologów, jak też wykazując brak gotowości do międzynarodowego dialogu z kręgami popierającymi reformy w Kościele, przechyla się Piotrowa Łódź na niebezpieczną stronę.” i nawet ten list nie jest jakimś wołaniem o reformy czy krytyką nauczania. jest wyrazem zaniepokojenia pewnym wydarzeniem. i tyle.

dla mnie oznacza to jedno: Kościół ustawia się w centrum, po lewej stronie mając różnej maści reformatorów, a po prawej różnej maści konserwatystów. w tym otoczeniu sprawia wrażenie umiarkowania. baaardzo sprytne posunięcie.

EDIT:
jednak okazało się, że można rozmawiać. teologowie spotkali się biskupem, sprawa została wyjaśniona, nie trzeba składać wyznań wiary i deklaracji posłuszeństwa (więcej na ten temat: tutaj ).

ale mimo wszystko niesmak pozostał, niestety.