różne różności

Cezary Michalski o styku religii i polityki

Opublikowano: 11 marca 2010 | brak komentarzy

tutaj odniosłem się do “zatrudnienia” Michalskiego jako stałego współpracownika Krytyki Politycznej, natomiast w niniejszym wpisie zamierzam się odnieść do jego dwóch tekstów publikowanych na stronie KP.

w felietonie Człowiek przebrany za Boga Michalski dokonuje analizy czegoś, co zdecydowanie można określić jako “wzywanie imienia Boga nadaremno” czyli grzech przeciwko drugiemu przykazaniu Bożemu. celowo stosuję określenia związane z religią, ponieważ Michalski przywołuje przykład katolików, którzy do celów politycznych nie wahają się traktować wyznawanych wartości instrumentalnie i w celu osiągnięcia bardzo wymiernych i doczesnych korzyści. taka postawa wydaje mi się obrzydliwa i wstrętna z bardzo prostego powodu: jest nieprawdopodobnie obłudna.

pozwolę sobie zacytować dwa zdania z cytowanego felietonu, które właściwie nie wymagają żadnego komentarza: “I trudno już udawać, iż nie wiemy, że Bóg żądający niekontrolowanej, niekwestionowanej i nienegocjowanej władzy nad człowiekiem w polityce, to w istocie występujący w Jego imieniu człowiek żądający niekontrolowanej, niekwestionowanej i nienegocjowalnej władzy nad drugim człowiekiem.” oraz “Wypada szanować gigantyczny dorobek Kościoła w dziedzinie cywilizacyjnej, ale żaden fakt, żadna epoka w fascynującej historii tej instytucji nie pozwala stwierdzić, że Kościół jest czymś więcej niż jedną z instytucji ziemskich, wymagających takich samych świeckich narzędzi kontroli zewnętrznej i samokontroli, jak każda inna ziemska instytucja.” nic dodać, nic ująć.

poniekąd związany z tą tematyką jest felieton Historia przemocy, w którym Michalski nawiązuje do głośnej sprawy ekskomuniki nałożonej przez brazylijskiego biskupa na wszystkich związanych z aborcją u dziewięciolatki zgwałconej przez swojego ojczyma. na ekskomunice się jednak nie skończyło, ponieważ Rino Fischella, przewodniczący Papieskiej Akademii Życia w swoim wystąpieniu dał wyraz swemu głęboko ludzkiemu podejściu do tej smutnej sprawy i skrytykował swego brata w biskupstwie (pisałem na ten temat tutaj). sprawa miała ciąg dalszy, bo do papieża został wystosowany list zarzucający Fischelli  zbytnie “mięczactwo”. wśród sygnatariuszy tego listu była Polka – Maria Smereczyńska.

Michalski swój felieton poświęca analizie powodów napisania tego listu przez Smereczyńską i stawia diagnozę następującą: “A tam, gdzie polityka, społeczeństwo, państwo, prawo, instytucje… nie kojarzą się z niczym dobrym, tam wkrada się Bóg, Bóg zdziczały, nieludzki, nie mający dla człowieka litości. Pokolenie pierwszej „Solidarności”, przerażone chaosem, kojarzące politykę, państwo i prawo wyłącznie z pozbawioną legitymizacji przemocą wybrało Boga w jego postaci najbardziej nieludzkiej.”

jak wiadomo, natura nie znosi próżni. tak więc społeczeństwo, dla którego oparciem w czasach komunizmu był Kościół, a instytucje państwowe kojarzyło głównie z aparatem mniejszej lub większej opresji, kiedy wreszcie mogło samo decydować o sobie, wybrało tak, a nie inaczej. w związku z czym Michalski ma rację pisząc: “Pokolenie pierwszej „Solidarności”, jak to potwierdza przykład Marii Smereczyńskiej, nie jest źródłem cywilizacji w Europie, cywilizację w Europie, póki co, trzeba przed nami bronić.” myślę, że jego intuicja jest słuszna z prostej przyczyny: mamy mniej więcej 45 lat opóźnienia w budowaniu społeczeństwa obywatelskiego, a z błędów popełnianych na w Europie Zachodniej nie wyciągamy wniosków, ale je niestety powielamy.

niechcący tak wyszło, że niniejszy wpis składa się głównie z cytatów z felietonów Michalskiego, ale z drugiej strony  oba cytowane przeze mnie felietony są napisane bardzo konkretnie i odnoszą się do istotnych problemów styku religii i polityki. taka tematyka jest niezwykle interesująca i Michalski ciekawie o niej pisze, w przeciwieństwie do felietonów dotyczących polityki, gdzie czasami zawodzi go intuicja i dziennikarska, tudzież bywa na bakier z faktami i logiką.

interesujące? podziel się...
  • Blip
  • del.icio.us
  • Facebook
  • Flaker
  • FriendFeed
  • HelloTxt
  • Tumblr
  • Twitter
  • Wykop

Elżbieta Radziszewska dostarcza

Opublikowano: 3 marca 2010 | brak komentarzy

popełniłem tutaj wpis dotyczący minister Elżbiety Radziszewskiej, ale po namyśle uznałem, że pani minister ds. równego traktowania zasługuje na coś więcej, niż trzyzdaniowy wpis. postanowiłem więc dokonać nieco szerszej analizy jej wypowiedzi zawartych w wywiadzie dla Rzeczypospolitej, który znajduje się tutaj. oto efekt.

już w odpowiedzi na pierwsze pytanie jest nieźle: “[...] feministki dobrze się czują w ferworze walki, muszą mieć jakiegoś wroga. Najlepiej ideologicznego, i do tego katolika, taki jest wręcz idealny.” bzdura. feministki starają się zwrócić uwagę na pewne rzeczy, ale do tego niepotrzebny im żaden wróg. oczywiście piętnowanie pewnych zachowań wiąże się czasami z podaniem przykładów, ale raczej nie widziałbym w tym walki na śmierć i życie niezbędnej do istnienia ruchu feministycznego.

odpowiedź na pytanie dotyczące przyjścia na Manifę brzmiąca: “Głęboko bym się zastanowiła, bo jeśli poprzednią Manifę promowano hasłem „Chcemy zdrowia, nie zdrowasiek”, to ja się pytam, o co chodzi?” moim zdaniem świadczy o niezrozumieniu problematyki kobiecej przez panią minister. praktycznie od momentu uchwalenia tak zwanej ustawy antyaborcyjnej Kościół katolicki skutecznie wpływa na uchwalanie niektórych ustaw, często dotyczących tak zwanego zdrowia reprodukcyjnego. w związku z czym feministki przygotowały hasło mówiące o tym, że zależy im na dobrym i skutecznym prawie chroniącym kobiety, a nie na zbyt dużym wpływie Kościoła katolickiego na ustawodawstwo. niestety ta interpretacja umknęła pani minister, jak się wydaje.

wypowiedź pani minister na temat parytetów świadczy z kolei o niezrozumieniu ich idei. sama ustawa oczywiście będzie obowiązywać w przypadku wyborów samorządowych, wyborów do Sejmu RP i wyborów do Parlamentu Europejskiego, ale docelowo ma zmierzać do zmiany świadomości w polityce. tymczasem w ustach Radziszewskiej została sprowadzona do aktu prawnego, który będzie służył przede wszystkim “paniom z Warszawy”. zaś porównanie Polski do krajów Europy Zachodniej jest wyjątkowo nietrafione, bo w  Europie Zachodniej ruchy feministyczne działają nieprzerwanie od ponad 60 lat, a rewolta roku ‘68 zmieniła tam postrzeganie świata i jego problemów, a w Polsce w tym czasie myślano nad strategiami walki z opresyjnym systemem, a po 1989 roku próbowano na nowo wszystko poukładać tak, by działało.

jeśli chodzi brak zaproszenia na Kongres Kobiet, na którzy Radziszewska narzeka, śpieszę z informacją, że zaproszenie nie było potrzebne. była natomiast potrzeba dobra wola i chęć uczestnictwa i dialogu. albowiem w Kongresie Kobiet mógł uczestniczyć kto tylko chciał, pod warunkiem, że się zarejestrował. rozumiem, że pani minister uważa się za ważną personę i oczekiwała zaproszenia ze względu na swoje stanowisko, ale powinna pamiętać, że piastuje je tylko przejściowo i to ona powinna zabiegać o poparcie środowisk kobiecych, które były, są i będą.

zaś zdanie: “Widocznie uznano, że lepiej, by była jednomyślność jak za starych, słusznych czasów, a ci, którzy mają inne poglądy, by się z nimi nie objawiali. A ja jeszcze bym coś powiedziała, co paniom popsułoby atmosferę. Więc uznano mnie za osobę niepożądaną.” jest wyrazem niewiedzy o tym, kto w Kongresie Kobiet uczestniczył (lewica i prawica, bizneswomen i gospodynie domowe, polityczki, aktorki i przedstawicielki innych zawodów) i co miał on na celu (dialog, dyskusję, podsumowanie 20 lat transformacji ustrojowej).

smutne, że osoba o tak nikłym poziomie wiedzy na niektóre tematy jest pełnomocnikiem rządu ds. równego traktowania. niestety jest to element wpisujący się w większą całość polityki PO pod przewodnictwem Donalda Tuska, który zamiast zmierzyć się z realnymi problemami zajmuje się public relations.

dodam jeszcze, że Tygodnik Powszechny również zrobił z minister Radziszewską wywiad, który można przeczytać tutaj i warto to zrobić dla porównania. oprócz tego z kronikarskiego obowiązku dodam, że o pani minister pisałem tutaj, tutaj i tutaj

interesujące? podziel się...
  • Blip
  • del.icio.us
  • Facebook
  • Flaker
  • FriendFeed
  • HelloTxt
  • Tumblr
  • Twitter
  • Wykop

równi i równiejsi, czyli katolicy parkują

Opublikowano: 20 lutego 2010 | 2 komentarzy

Tomasz Piątek w felietonie Msza-plujka opisuje rzecz, która w cywilizowanym kraju absolutnie nie powinna mieć miejsca.  chodzi o zamieszczoną w Polityce informację na temat słów warszawskiej Straży Miejskiej, a mówiących o tym, że “podczas nabożeństw w kościołach na Starym Mieście, gdzie obowiązuje zakaz ruchu kołowego i parkowania, nie będzie karać mandatami kierowców przybyłych do świątyń. Po mszach jednak zaczną ścigać właścicieli pozostawionych aut. Przymknięcie oka na łamanie obowiązujących przepisów ma zachęcić warszawiaków do uczestniczenia w mszy świętej”.

podobnie jak T. Piątek uważam, że skandaliczne jest, by Straż Miejska (czyli  w pewnym sensie “zbrojne ramię” władzy samorządowej) w ten sposób zachęcało pośrednio do uczestniczenia w nabożeństwach kościelnych, a konkretnie: do uczestnictwa w katolickiej Mszy świętej. w ten sposób władza faworyzuje jedno wyznanie: Kościół katolicki. jest to sprzeczne z artykułami 25 i 32 Konstytucji RP, na które autor słusznie się powołuje.

gdyby pobłażliwość funkcjonariuszy Straży Miejskiej dotyczyłaby również uczestnictwa w nabożeństwach innych wyznań, w dalszym ciągu takie działanie jest sprzeczne z zasadą neutralności światopoglądowej państwa, która niestety jest tylko zapisem prawnym, a w rzeczywistości nie jest respektowana w ogóle, jak widać. chciałbym wiedzieć również, jak się to wszystko ma do zdrowego rozsądku oraz poszanowania obowiązującego prawa, które zakazuje parkowania w określonych miejscach bez posiadania stosownego zezwolenia.

stosując taką formę zachęty do uczestnictwa w praktykach religijnych, Kościół katolicki nie tylko pośrednio zachęca do łamania prawa, ale również uczy hipokryzji i kombinatorstwa. podobnie zresztą, jak z przywołanym przeze mnie w tym wpisie uczestnictwem w katechezie szkolnej i możliwości wypisania się w każdej chwili z tejże.

pozwolę sobie jeszcze zacytować autora felietonu: “Cała ta praktyka znaczy: katolikom wolno bezkarnie łamać niektóre przepisy. Ich rytuały są  ważniejsze niż równość wobec prawa, niż społeczne umowy. Ty też możesz złamać przepis, jeśli jesteś katolikiem. Albo jeśli katolika udajesz.” powyższe zdanie oddaje niestety bardzo wiernie postawę wielu polityków, którzy nie widzą niczego nagannego w instrumentalnym wykorzystywaniu religii w służbie polityki . nie zdając sobie kompletnie sprawy z tego, że taka postawa powoduje zarówno psucie polityki, jak i tworzenie zdecydowanie negatywnej otoczki dla religii.

interesujące? podziel się...
  • Blip
  • del.icio.us
  • Facebook
  • Flaker
  • FriendFeed
  • HelloTxt
  • Tumblr
  • Twitter
  • Wykop

o parytetach, kohabitacji i pozornych oszczędnościach

Opublikowano: 13 lutego 2010 | brak komentarzy

w tym artykule Henryka Bochniarz wyjaśnia, dlaczego popiera parytety. warto się z nim zapoznać, żeby nie bredzić tak, jak Liliana Sonik we wczorajszym programie Bogdana Rymanowskiego. w wymienionym programie występowała również Kazimiera Szczuka, którą górowała nad L. Sonik opanowaniem, inteligencją i merytorycznymi argumentami. Rymanowski albo udawał głupiego, albo taki ma styl prowadzenia swoich programów, w każdym razie zadawał średnio mądre pytania, które nakręcały tak zwaną debatę, ale nie wnosiły nic konstruktywnego. otrzymał on moim zdaniem  zdecydowanie niesłusznie nagrodę Dziennikarza Roku 2008. zresztą nie tylko moim zdaniem, tutaj jest celny komentarz Piotra Pacewicza.

Platforma Obywatelska ustami swojego przewodniczącego ogłosiła propozycje zmian w konstytucji, można się z nimi zapoznać tutaj. może ktoś niewyrobiony politycznie da się nabrać populistyczne propozycje PO, czyli oszczędności, które teoretycznie wynikną ze zmniejszenia liczby posłów i senatorów albo ograniczenie władzy prezydenta, które byłoby możliwe do uchylenia zwykłą większością głosów. moim zdaniem prawdziwym powodem zmian proponowanych przez PO jest chęć zawłaszczenia dla siebie całej władzy. wszystko to nie jest oczywiście czynione tak ordynarnie, jak za rządów PiS, za to konsekwencje tego procesu będą trwalsze.

a przecież by kohabitacja prezydenta z rządem była mniej problemowa, wystarczy dobra wola z jednej i drugiej strony. pozostałe kwestie poruszone przez PO da się załatwić odpowiednimi zmianami w regulaminie Sejmu czy  poprawkami do ustaw. ale nie, zbliżają się wybory, więc trzeba pokazać ludowi, że politycy się o niego troszczą. a że pomysły polityków są kretyńskie? trudno, ważne jest to, że się w mediach mówi o partii. nieważne jak mówią, byleby mówili, jak mówi znane powiedzenie branży reklamowej. w przypadku PO jest to podwójnie słuszne, bo partia ta skupia się przede wszystkim na public relations, zamiast zająć się prawdziwymi problemami.

interesujące? podziel się...
  • Blip
  • del.icio.us
  • Facebook
  • Flaker
  • FriendFeed
  • HelloTxt
  • Tumblr
  • Twitter
  • Wykop

społeczny Nobel i Orliki, czyli o tym, co dla kogo ważne

Opublikowano: 11 lutego 2010 | brak komentarzy

w nawiązaniu do filmu “Podziemne państwo kobiet”, o którym pisałem w tym wpisie, zapodaję linka do galerii zawierającej zdjęcia z akcji  terenowych Separatystycznych Rewolucyjnych Oddziałów Macicznych (w skrócie SROM): tutaj.

Krytyka Polityczna informuje tutaj, że Sylwia Chutnik, którą szanuję, lubię i podziwiam, otrzymała tak zwanego społecznego Nobla, czyli nagrodę organizacji Ashoka. przyznawana jest ona ludziom, którzy przyczyniają się swoimi działaniami do rozwiązania problemów dotykających jakąś grupę ludzi, a robią to w sposób umożliwiający zaadaptowanie ich rozwiązań gdzie indziej. Sylwia prowadzi fundację MaMa zajmującą się przystosowaniem przestrzeni miejskiej do potrzeb rodziców z dziećmi i osób poruszających się na wózkach. oprócz samej nagrody, która jest ważna ze względów prestiżowych, Sylwia otrzymała trzyletnie stypendium, bardzo istotne dla dalszego rozwoju jej samej i jej inicjatyw. gratulacje!

profesor Magdalena Środa zwraca uwagę w swoim felietonie Budżet ma płeć na problem jednostronnego wydawania  na wsiach i w małych miastach środków publicznych i dotacji unijnych z tak zwanych funduszy społecznych. są one przeznaczane prawie wyłącznie na inwestycje służące mężczyznom i chłopcom, czyli boiska i tym podobne obiekty, natomiast mało jest miejsc służących wszystkim, nie tylko mężczyznom, czyli na przykład domów kultury, świetlic i tym podobnych. nie trzeba być mieć doktoratu z socjologii, żeby dojść do wniosku, że takie miejsca świetnie służą budowaniu lokalnej społeczności, wzmacnianiu więzi międzyludzkich i i integrowaniu mieszkańców. wystarczy chwilę pomyśleć i mieć minimum dobrej woli, czego niestety permanentnie brakuje osobom odpowiedzialnym za wydawanie tychże środków.

interesujące? podziel się...
  • Blip
  • del.icio.us
  • Facebook
  • Flaker
  • FriendFeed
  • HelloTxt
  • Tumblr
  • Twitter
  • Wykop

o edukacji seksualnej i samorządzie terytorialnym

Opublikowano: 26 stycznia 2010 | brak komentarzy

GW informuje tutaj o losach akcji prowadzonej w łódzkich szkołach, a finansowanej przez łódzki magistrat. nie chcę się jakoś przesadnie chwalić, ale moich wcześniejszych wpisach (tutaj i tutaj) nie wróżyłem tej inicjatywie “edukacyjnej” dużego powodzenia. jak widać, nie pomyliłem się w swoich przewidywaniach.

najwidoczniej Jerzy Kropiwnicki (były prezydent Łodzi, odwołany ze stanowiska w wyniku referendum – informacja tutaj) i podlegli jemu urzędnicy wiedzą lepiej, jakie treści i w jaki sposób przekazywać młodym ludziom na tematy związane ze sferą seksualną człowieka. gdyby jeszcze robili to za własne pieniądze, zgoda – niech sobie robią, co chcą. w końcu mamy wolny kraj.

natomiast jeśli swoje dziwne pomysły finansują z pieniędzy publicznych, czyli pieniędzy podatników, powinni wziąć pod uwagę celowość finansowania tego rodzaju inicjatyw ze środków publicznych. w końcu edukacja seksualna jest tematem na tyle istotnym dla rozwoju młodych ludzi, że powinna być ona prowadzona sensownie, a przekazywane treści adekwatne do wieku uczniów i ich rozwoju psychoemocjonalnego i fizycznego. ponadto środki publiczne, których zawsze są nie wystarczające w stosunku do potrzeb, powinny być wydawane po to, by służyć dobru publicznemu, a nie po to, by realizować czyjąś wizję światopoglądową.

wydawałoby się, że powyższe prawdy powinny być oczywiste dla osób piastujących stanowiska państwowe. najwidoczniej nie są dla wszystkich. fakt ten przygnębia tym bardziej, że wyborcy potrafią docenić zaangażowanie prezydenta miasta/wójta/sołtysa w sprawy społeczności lokalnej często i odwdzięczają się przy okazji najbliższych wyborów samorządowych, głosując ponownie na osobę, która dba o ich potrzeby.

przykładem z najbliższego mi podwórka jest Piotr Uszok, prezydent Katowic. można mieć różne zdanie na temat jego dokonań, ale trzeba mu z całą pewnością oddać to, że miasto pod jego rządami bardzo się zmieniło na lepsze. oczywiście jeszcze jest sporo do zrobienia, choćby przebudowa rynku, ale bardzo dużo zostało już zrobione. dodam, że Piotr Uszok jest prezydentem trzecią kadencję, zapowiedział start w w najbliższych wyborach i ma dużą szansę na zwycięstwo już w pierwszej turze. to świadczy o dużym zaufaniu, co w polityce jest rzeczą bezcenną.

interesujące? podziel się...
  • Blip
  • del.icio.us
  • Facebook
  • Flaker
  • FriendFeed
  • HelloTxt
  • Tumblr
  • Twitter
  • Wykop

strzał w stopę Grzegorza Napieralskiego

Opublikowano: 8 stycznia 2010 | brak komentarzy

Gazeta Wyborcza informuje w tym artykule o żenującym ultimatum Grzegorza Napieralskiego, który żąda od szefa Platformy Obywatelskiej stanowisk w Radzie Polityki Pieniężnej czy innych instytucjach w zamian za poparcie niezbędne przy odrzuceniu prezydenckiego weta. jeśli kiedyś myślałem o możliwości głosowania na SLD w wyborach parlamentarnych czy samorządowych, to po tej propozycji zdecydowanie tą myśl odrzucam.

zachowanie SLD jest skrajnie nieodpowiedzialne. interesowność w polityce nie jest niczym nowym, ale trzeba wiedzieć kiedy i jakie są granice. mam wrażenie, że SLD kompletnie nie wyciągnęło wniosków z porażki wyborczej w 2005 roku, która oprócz afery Rywina była spowodowana zawłaszczaniem państwa na niespotykaną skalę tudzież interesownością, jeśli chodzi o bieżące działania polityczne.

Napieralski i inni politycy SLD nie rozumieją, że Polsce potrzeba nowoczesnej lewicy, a nie partii towarzyszy i baronów, którzy dbają tylko o swoje interesy. dopóki tego nie zrozumieją, czekają ich słabe wyniki  wyborcze. oczywiście SLD ma stały elektorat, ale w polityce nie można być niczego pewnym i trzeba robić wszystko, żeby przekonywać ciągle nowych ludzi do poparcia konkretnych idei i pomysłów, a przy urnie oddania głosu na tą, a nie inną partię. taka postawa zdecydowanie nie przysparza SLD popularności.

w związku z powyższym aktualnie jedyną partią, na którą z czystym sumieniem mogę oddać głos, jest Partia Demokratyczna – demokraci.pl, na którą zresztą głosuję odkąd uzyskałem czynne prawo wyborcze. moim zdaniem jedynie Ci politycy (wcześniej związani z Unią Demokratyczną, potem z Unią Wolności oraz politycy wywodzący się z innych partii, ale popierający program PD) gwarantują zaangażowanie w politykę zmierzające do poprawy sytuacji w Polsce oraz sensowny poziom debaty publicznej.

interesujące? podziel się...
  • Blip
  • del.icio.us
  • Facebook
  • Flaker
  • FriendFeed
  • HelloTxt
  • Tumblr
  • Twitter
  • Wykop