różne różności

o płodności i świętości

wczoraj gfedorynski wrzucił na BLIP-a coś takiego: http://blip.pl/s/260446007. zaciekawiony treścią blipnięcia wszedłem pod wskazany adres, przeczytałem linkowany tekst i przyznam, że w pierwszej chwili nie wiedziałem, czy mam się śmiać, czy raczej zapłakać.

otóż pod wskazanym adresem znajduje się blog Tomasza Terlikowskiego, a konkretnie wpis Szaleństwo Bożej Miłości, w którym autor pisze, że cieszy się  z rozpoczęcia procesu beatyfikacyjnego małżeństwa, które miało 21 dzieci (z czego przeżyło trzynaścioro z nich). po krótkim guglaniu doszedłem to tej strony, na której są podane daty  narodzin i śmierci przyszłych świętych.

jak widać, żyli oni w dwudziestym wieku i zastanawiające jest to, że aż ośmioro dzieci im zmarło. no, ale z drugiej strony w trakcie ich życia odbyły dwie wojny światowe, we Włoszech rządził Benito Mussolini, a medycyna nie była tak rozwinięta, jak obecnie, więc ósemka dzieci miała prawo umrzeć.

o wiele bardziej zastanawia mnie inna rzecz: po co powoływać na świat aż tak liczne potomstwo? domyślam się, że wspomniane małżeństwo nie było specjalnie zamożne, a czasy, w których przyszło im żyć, były niespokojne, na pomoc państwa nie można było liczyć, więc płodzenie (wtedy) dwudziestki dzieci oznacza dla mnie skrajną głupotę i nieodpowiedzialność, a nie wzór do naśladowania.

rozumiem, że Kościół katolicki pokazuje jako przykład świętości życie świętej Joanny Beretta Mola, która mimo włókniaka macicy donosiła ciążę, a niedługo po narodzinach dziecka zmarła. jestem w stanie zrozumieć, co nie znaczy, że uważam jej postawę za wzór do naśladowania. natomiast jest dla mnie niepojęte, że mogą zostać wyniesieni na ołtarze ludzie, którzy spłodzili dwudziestkę dzieci, z czego prawie połowa im zmarła. nie bardzo rozumiem, w jaki sposób taka postawa ma być przykładem dla wiernych?

Terlikowski (można powiedzieć, że jak zwykle) przeinacza fakty. pisze między innymi: „w świecie, w której kobieta wychowująca dzieci w domu uznawana jest za niespełnioną, a mężczyzna za niewyżytego”. być może żyjemy w alternatywnych rzeczywistościach, ale feministki (bo do nich zapewne pije autor) walczą zarówno o to, żeby kobieta mogła nie mieć dzieci, jeśli nie chce, ale również o to, żeby mogła ich mieć jak najwięcej, jeśli chce. wysiłki feministek zmierzają do skłonienia państwa do pomocy w OBU przypadkach, czego autor niestety nie zauważa.

autor pisze dalej: „Oczywiście przyjęcie dwudziestki (a nawet dziesiątki) dzieci wymaga zaufania. Tu ludzkie wyliczenia nie wystarczą, trzeba głęboko wierzyć Bogu, temu, że nie pozostawi on swoich dzieci bez pomocy, że wraz z dzieckiem przyjdzie na świat także kolejny bochenek chleba” .

niewątpliwie jest w tym trochę racji, równocześnie jednak trzeba być realistą i mieć po pierwsze świadomość wyniszczenia organizmu kobiety, która ma rodzić te dzieci, po drugie zdawać sobie sprawę z tego, że najnormalniej w świecie nie da się kochać tak samo wszystkich dzieci, a po trzecie brać pod uwagę różne nieprzewidziane wydarzenia (choćby choroba czy śmierć jednego z rodziców albo utrata źródła utrzymania).

większość ludzi chcących mieć dzieci bierze pod uwagę różne ograniczenia, którym jako istoty ludzkie/kobiety i mężczyźni/będący w pewnym wieku/obywatele danego państwa są poddani. moim zdaniem jest to używanie rozumu, będącego darem Boga i sensowna realizacja Bożego zamysłu wyrażonego w słowach: „bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną” (por. Rdz 1, 28).

Terlikowski zdaje się tego nie rozumieć i bredzi o „antyżyciowej histerii”, „mentalności antykoncepcyjnej” i „strachu przed życiem”. mam wrażenie, że autor zmierza do tego, że najlepiej będzie, jeśli wszyscy bez opamiętania zaczniemy się rozmnażać, a troskę o zapewnienie dzieciom i rodzicom chleba powszedniego pozostawimy Bogu. bo przecież „skoro dał dziecko, da i na dziecko”, nieprawdaż?

o krzyżu i podziałach

jak zapewne wiedzą niektórzy z moich czytelników, jestem ANTYfanem Jana Pospieszalskiego, a jego „twórczość” uważam za świadectwo postawy nie mającej wiele wspólnego katolicyzmem, do którego Pospieszalski (może nie zawsze wprost, ale jednak) się odwołuje. mam również wrażenie, że pan Jan wyobraża sobie, że jest kimś w rodzaju współczesnego kaznodziei. niestety ani zdolności, ani poziom intelektualno-moralny nie predestynują go tej roli. i choć niewyrobionemu czytelnikowi/widzowi jego produkcje mogą się podobać, to jednak ich blask jest blaskiem tombaku, a nie złota, że pozwolę sobie na niewyszukane porównanie.

niedawno Pospieszalski popełnił artykuł Ten krzyż jest wyrzutem sumienia. niestety już w drugim akapicie autor dokonuje manipulacji pisząc: „Nie tylko dlatego, że Polska staje się znów krajem jednej partii i jednej gazety (a być może niebawem także jednej, choć przez kilku nadawców realizowanej, telewizji). Walka z krzyżem na Krakowskim Przedmieściu, wyjąwszy atak ZOMO, przebiega przy użyciu tych samych metod, co w PRL. Z drobnymi naturalnie różnicami.”

pozwolę sobie autorowi przypomnieć, że to obywatele decydują, komu powierzają mandat poselski i kogo wybierają na prezydenta. nie przypominam sobie protestów, gdy większość parlamentarną miał PiS, a prezydentem był Lech Kaczyński, z PiS-u się wywodzący. zaś wpływ tytułów prasowych (w tym przypadku GW) na rzeczywistość jest przez autora przeceniany.

porównanie zaś aktualnych przepychanek związanych z krzyżem przed Pałacem Prezydenckim do walki z chrześcijaństwem w czasach PRL-u jest świadectwem niebywałego cynizmu autora artykułu. w przeciwieństwie do okresu 1945 – 1989 w wolnej i demokratycznej Polsce każdy może wyznawać dowolną religię (kwestię równości wszystkich religii wobec polskiego prawa świadomie pomijam), nikt nikogo nie prześladuje za to, w co wierzy, a symbole religijne nie są zakazane. co więcej: krzyże wiszą w prawie każdym urzędzie, klasie szkolnej i w innych miejscach, niekoniecznie do tego celu przeznaczonych.

dalej autor cytuje opinię doktora Wojciecha Jabłońskiego stwierdzającą, że krzyż jest „samowolką budowlaną”. postawienie krzyża w okresie żałoby narodowej było uzasadnione emocjami i nikt wtedy nie zastanawiał się, czy jest to zgodne z prawem. ten stan rzeczy był w pewnym sensie naturalny, jednak jeśli wziąć pod uwagę przepisy prawa budowlanego zinterpretowane na przykład w tym artykule, to postawienie krzyża nie było zgodne z prawem. Pospieszalski jako dziennikarz nie zwykł zawracać sobie głowy podobnymi drobiazgami i niuansami, ważna jest teza i dopasowane do niej argumenty.

według autora artykułu „krzyż pozostaje świadectwem tygodnia Narodowego Czuwania.” (pisanego koniecznie z Dużych Liter), a jego i Ewy Stankiewicz produkcja „Solidarni 2010″ jest zapisem tego, co naród przeżywa i czego doświadcza. uważny widz dostrzeże, że ów „film” jest ordynarną manipulacją, w której pozwolono się wypowiedzieć reprezentantom tylko jednej opcji politycznej, którzy winą za katastrofę smoleńską obciążają Rosjan, sugerując zamach. ludzie występujący w filmie atakują również GW, rząd Donalda Tuska i uważają, że władza „została przekazana mafijnym układom medialno-biznesowym.” recenzja tego wiekopomnego dzieła sztuki reporterskiej jest dostępna tutaj, natomiast sam film można bez trudu znaleźć na serwisie youtube.com.

słowa: „Katastrofy smoleńskiej i tego, czego doświadczyliśmy jako wspólnota po 10 kwietnia, nie da się wymazać czy usunąć tak, jak wymienia się kafle na trotuarze.” są kolejnym nadużyciem. nikt nie ma zamiaru wymazywać i usuwać ani samej katastrofy smoleńskiej ani doświadczeń polskich obywateli, zarówno tych indywidualnych, jak i wspólnotowych. wszelako Pospieszalski dzielący świat na: MY (dobrzy) i ONI (źli) uważa, że ONI mogą posłużyć się siłą, by sprzed Pałacu Prezydenckiego usunąć ludzi, którzy przyjdą „by domagać się wyjaśnienia tej tragedii.”

gdyby cytowane przez mnie słowa były autorstwa jednego z pacjentów #psychiatryk24, skwitowałbym to prawdopodobnie wzruszeniem ramion, jednakże gdy drukowanie podobnych bzdur w ogólnopolskim dzienniku jest szkodliwe i niebezpieczne. w związku z tym wydało mi się stosownym odniesienie się do artykułu Pospieszalskiego w niniejszym wpisie.

niejako dla równowagi zacytuję słowa księdza Jacka Prusaka, który w artykule Krakowskie Przedmieście to nie Golgota dobitnie mówi, czym krzyż jest i do czego nie powinien służyć.

mianowicie: „krzyż nie jest symbolem ani żałoby, ani tragedii smoleńskiej. Dla chrześcijanina jest symbolem męki Jezusa z Nazaretu, symbolem wiary i przedmiotem kultu religijnego, a także jednym z najważniejszych gestów liturgicznych.” oraz „Można więc mówić o „kulcie smoleńskim” w znaczeniu szerszym (społecznym, historycznym), ale walka o krzyż na Krakowskim Przedmieściu po to, żeby był on znakiem kultu „nowych męczenników” czy okazją do manifestowania własnych poglądów politycznych, dzieląc obywateli na lepszych i gorszych katolików, jest jawną manipulacją krzyżem i nie ma nic wspólnego z kultem religijnym.” nic dodać, nic ująć.

warto również zapoznać się ze zdaniem Stołecznego Konserwatora Zabytków, dostępnym tutaj, a dotyczącym ingerowania w przestrzeń architektoniczną przy Pałacu Prezydenckim.

Barack Obama i zdrowie

Gazeta Wyborcza informuje tutaj, że Izba Reprezentantów Kongresu USA uchwaliła ustawę o reformie opieki zdrowotnej, która nakłada obowiązek posiadania ubezpieczenia zdrowotnego na wszystkich Amerykanów, a dla biedniejszych obywateli przewiduje subwencje z budżetu. postanowienia zawarte w ustawie uniemożliwiają także stosowanie praktyk dyskryminacyjnych firm ubezpieczeniowych, które dotychczas pod różnymi pretekstami starały się odmówić ubezpieczenia niektórych osób albo odmówić zwrotu kosztów leczenia. ten mechanizm postępowania jest świetnie pokazany w filmie Piła VI.

doniosłość tej reformy jest bezprecedensowa przede wszystkim dlatego, że dotychczas Stany Zjednoczone były postrzegane jako kraj, w którym tak zwany zwykły człowiek w przypadku zachorowania był zdany na łaskę i niełaskę instytucji, w której udało mu się wykupić indywidualne  ubezpieczenie medyczne. oczywiście zakładając, że było go stać na polisę ubezpieczeniową albo że wykupił mu ją pracodawca. natomiast jeśli ktoś nie posiadał polisy ubezpieczeniowej albo leczenie przekroczyło kwotę wymienioną na polisie, musiał liczyć się z ogromnymi kosztami.

rządy Baracka Obamy są przełomowe, ponieważ jego reformy mają charakter systemowy, a taka opcja zawsze jest trudniejsza i bardziej ryzykowna, niż próba naprawienia istniejącego stanu rzeczy przez uchwalanie poprawek do aktualnych ustaw. zarówno ustawa o reformie opieki zdrowotnej, jak i ustawa dotycząca ograniczenia zużycia paliwa przez produkowane samochody (pisałem o niej tutaj) są częścią spójnej polityki Obamy zmierzającą do dokonania pewnych zmian w mentalności Amerykanów.

Obama zostając prezydentem USA miał szczęście trafić na kryzys ekonomiczno-finansowy. świadomie piszę, że miał szczęście, ponieważ jego niektóre pomysły są na tyle kontrowersyjne, że w okresie normalnego funkcjonowania gospodarki mogłyby nie znaleźć zrozumienia nawet u demokratycznych senatorów i kongresmanów, a co dopiero być przegłosowane w Senacie USA. oczywiście oprócz sprzyjających okoliczności Obama ma również chęć i odwagę dokonania głębokich reform.

szkoda, że premier Donald Tusk nie ma ani chęci, ani odwagi do dokonania reformy finansów publicznych, reformy służby zdrowia czy choćby przyspieszenia prywatyzacji przedsiębiorstw państwowych. mimo świetnych warunków zewnętrznych, takich jak ogromne zaufanie społeczne po okresie rządów PiS czy kryzys umożliwiający przeforsowanie niepopularnych decyzji, premier Tusk nie podjął się niestety przeprowadzenia żadnej poważnej reformy.

Cezary Michalski o styku religii i polityki

tutaj odniosłem się do „zatrudnienia” Michalskiego jako stałego współpracownika Krytyki Politycznej, natomiast w niniejszym wpisie zamierzam się odnieść do jego dwóch tekstów publikowanych na stronie KP.

w felietonie Człowiek przebrany za Boga Michalski dokonuje analizy czegoś, co zdecydowanie można określić jako „wzywanie imienia Boga nadaremno” czyli grzech przeciwko drugiemu przykazaniu Bożemu. celowo stosuję określenia związane z religią, ponieważ Michalski przywołuje przykład katolików, którzy do celów politycznych nie wahają się traktować wyznawanych wartości instrumentalnie i w celu osiągnięcia bardzo wymiernych i doczesnych korzyści. taka postawa wydaje mi się obrzydliwa i wstrętna z bardzo prostego powodu: jest nieprawdopodobnie obłudna.

pozwolę sobie zacytować dwa zdania z cytowanego felietonu, które właściwie nie wymagają żadnego komentarza: „I trudno już udawać, iż nie wiemy, że Bóg żądający niekontrolowanej, niekwestionowanej i nienegocjowanej władzy nad człowiekiem w polityce, to w istocie występujący w Jego imieniu człowiek żądający niekontrolowanej, niekwestionowanej i nienegocjowalnej władzy nad drugim człowiekiem.” oraz „Wypada szanować gigantyczny dorobek Kościoła w dziedzinie cywilizacyjnej, ale żaden fakt, żadna epoka w fascynującej historii tej instytucji nie pozwala stwierdzić, że Kościół jest czymś więcej niż jedną z instytucji ziemskich, wymagających takich samych świeckich narzędzi kontroli zewnętrznej i samokontroli, jak każda inna ziemska instytucja.” nic dodać, nic ująć.

poniekąd związany z tą tematyką jest felieton Historia przemocy, w którym Michalski nawiązuje do głośnej sprawy ekskomuniki nałożonej przez brazylijskiego biskupa na wszystkich związanych z aborcją u dziewięciolatki zgwałconej przez swojego ojczyma. na ekskomunice się jednak nie skończyło, ponieważ Rino Fischella, przewodniczący Papieskiej Akademii Życia w swoim wystąpieniu dał wyraz swemu głęboko ludzkiemu podejściu do tej smutnej sprawy i skrytykował swego brata w biskupstwie (pisałem na ten temat tutaj). sprawa miała ciąg dalszy, bo do papieża został wystosowany list zarzucający Fischelli  zbytnie „mięczactwo”. wśród sygnatariuszy tego listu była Polka – Maria Smereczyńska.

Michalski swój felieton poświęca analizie powodów napisania tego listu przez Smereczyńską i stawia diagnozę następującą: „A tam, gdzie polityka, społeczeństwo, państwo, prawo, instytucje… nie kojarzą się z niczym dobrym, tam wkrada się Bóg, Bóg zdziczały, nieludzki, nie mający dla człowieka litości. Pokolenie pierwszej „Solidarności”, przerażone chaosem, kojarzące politykę, państwo i prawo wyłącznie z pozbawioną legitymizacji przemocą wybrało Boga w jego postaci najbardziej nieludzkiej.”

jak wiadomo, natura nie znosi próżni. tak więc społeczeństwo, dla którego oparciem w czasach komunizmu był Kościół, a instytucje państwowe kojarzyło głównie z aparatem mniejszej lub większej opresji, kiedy wreszcie mogło samo decydować o sobie, wybrało tak, a nie inaczej. w związku z czym Michalski ma rację pisząc: „Pokolenie pierwszej „Solidarności”, jak to potwierdza przykład Marii Smereczyńskiej, nie jest źródłem cywilizacji w Europie, cywilizację w Europie, póki co, trzeba przed nami bronić.” myślę, że jego intuicja jest słuszna z prostej przyczyny: mamy mniej więcej 45 lat opóźnienia w budowaniu społeczeństwa obywatelskiego, a z błędów popełnianych na w Europie Zachodniej nie wyciągamy wniosków, ale je niestety powielamy.

niechcący tak wyszło, że niniejszy wpis składa się głównie z cytatów z felietonów Michalskiego, ale z drugiej strony  oba cytowane przeze mnie felietony są napisane bardzo konkretnie i odnoszą się do istotnych problemów styku religii i polityki. taka tematyka jest niezwykle interesująca i Michalski ciekawie o niej pisze, w przeciwieństwie do felietonów dotyczących polityki, gdzie czasami zawodzi go intuicja i dziennikarska, tudzież bywa na bakier z faktami i logiką.

Elżbieta Radziszewska dostarcza

popełniłem tutaj wpis dotyczący minister Elżbiety Radziszewskiej, ale po namyśle uznałem, że pani minister ds. równego traktowania zasługuje na coś więcej, niż trzyzdaniowy wpis. postanowiłem więc dokonać nieco szerszej analizy jej wypowiedzi zawartych w wywiadzie dla Rzeczypospolitej, który znajduje się tutaj. oto efekt.

już w odpowiedzi na pierwsze pytanie jest nieźle: „[...] feministki dobrze się czują w ferworze walki, muszą mieć jakiegoś wroga. Najlepiej ideologicznego, i do tego katolika, taki jest wręcz idealny.” bzdura. feministki starają się zwrócić uwagę na pewne rzeczy, ale do tego niepotrzebny im żaden wróg. oczywiście piętnowanie pewnych zachowań wiąże się czasami z podaniem przykładów, ale raczej nie widziałbym w tym walki na śmierć i życie niezbędnej do istnienia ruchu feministycznego.

odpowiedź na pytanie dotyczące przyjścia na Manifę brzmiąca: „Głęboko bym się zastanowiła, bo jeśli poprzednią Manifę promowano hasłem „Chcemy zdrowia, nie zdrowasiek”, to ja się pytam, o co chodzi?” moim zdaniem świadczy o niezrozumieniu problematyki kobiecej przez panią minister. praktycznie od momentu uchwalenia tak zwanej ustawy antyaborcyjnej Kościół katolicki skutecznie wpływa na uchwalanie niektórych ustaw, często dotyczących tak zwanego zdrowia reprodukcyjnego. w związku z czym feministki przygotowały hasło mówiące o tym, że zależy im na dobrym i skutecznym prawie chroniącym kobiety, a nie na zbyt dużym wpływie Kościoła katolickiego na ustawodawstwo. niestety ta interpretacja umknęła pani minister, jak się wydaje.

wypowiedź pani minister na temat parytetów świadczy z kolei o niezrozumieniu ich idei. sama ustawa oczywiście będzie obowiązywać w przypadku wyborów samorządowych, wyborów do Sejmu RP i wyborów do Parlamentu Europejskiego, ale docelowo ma zmierzać do zmiany świadomości w polityce. tymczasem w ustach Radziszewskiej została sprowadzona do aktu prawnego, który będzie służył przede wszystkim „paniom z Warszawy”. zaś porównanie Polski do krajów Europy Zachodniej jest wyjątkowo nietrafione, bo w  Europie Zachodniej ruchy feministyczne działają nieprzerwanie od ponad 60 lat, a rewolta roku ’68 zmieniła tam postrzeganie świata i jego problemów, a w Polsce w tym czasie myślano nad strategiami walki z opresyjnym systemem, a po 1989 roku próbowano na nowo wszystko poukładać tak, by działało.

jeśli chodzi brak zaproszenia na Kongres Kobiet, na którzy Radziszewska narzeka, śpieszę z informacją, że zaproszenie nie było potrzebne. była natomiast potrzeba dobra wola i chęć uczestnictwa i dialogu. albowiem w Kongresie Kobiet mógł uczestniczyć kto tylko chciał, pod warunkiem, że się zarejestrował. rozumiem, że pani minister uważa się za ważną personę i oczekiwała zaproszenia ze względu na swoje stanowisko, ale powinna pamiętać, że piastuje je tylko przejściowo i to ona powinna zabiegać o poparcie środowisk kobiecych, które były, są i będą.

zaś zdanie: „Widocznie uznano, że lepiej, by była jednomyślność jak za starych, słusznych czasów, a ci, którzy mają inne poglądy, by się z nimi nie objawiali. A ja jeszcze bym coś powiedziała, co paniom popsułoby atmosferę. Więc uznano mnie za osobę niepożądaną.” jest wyrazem niewiedzy o tym, kto w Kongresie Kobiet uczestniczył (lewica i prawica, bizneswomen i gospodynie domowe, polityczki, aktorki i przedstawicielki innych zawodów) i co miał on na celu (dialog, dyskusję, podsumowanie 20 lat transformacji ustrojowej).

smutne, że osoba o tak nikłym poziomie wiedzy na niektóre tematy jest pełnomocnikiem rządu ds. równego traktowania. niestety jest to element wpisujący się w większą całość polityki PO pod przewodnictwem Donalda Tuska, który zamiast zmierzyć się z realnymi problemami zajmuje się public relations.

dodam jeszcze, że Tygodnik Powszechny również zrobił z minister Radziszewską wywiad, który można przeczytać tutaj i warto to zrobić dla porównania. oprócz tego z kronikarskiego obowiązku dodam, że o pani minister pisałem tutaj, tutaj i tutaj

równi i równiejsi, czyli katolicy parkują

Tomasz Piątek w felietonie Msza-plujka opisuje rzecz, która w cywilizowanym kraju absolutnie nie powinna mieć miejsca.  chodzi o zamieszczoną w Polityce informację na temat słów warszawskiej Straży Miejskiej, a mówiących o tym, że „podczas nabożeństw w kościołach na Starym Mieście, gdzie obowiązuje zakaz ruchu kołowego i parkowania, nie będzie karać mandatami kierowców przybyłych do świątyń. Po mszach jednak zaczną ścigać właścicieli pozostawionych aut. Przymknięcie oka na łamanie obowiązujących przepisów ma zachęcić warszawiaków do uczestniczenia w mszy świętej”.

podobnie jak T. Piątek uważam, że skandaliczne jest, by Straż Miejska (czyli  w pewnym sensie „zbrojne ramię” władzy samorządowej) w ten sposób zachęcało pośrednio do uczestniczenia w nabożeństwach kościelnych, a konkretnie: do uczestnictwa w katolickiej Mszy świętej. w ten sposób władza faworyzuje jedno wyznanie: Kościół katolicki. jest to sprzeczne z artykułami 25 i 32 Konstytucji RP, na które autor słusznie się powołuje.

gdyby pobłażliwość funkcjonariuszy Straży Miejskiej dotyczyłaby również uczestnictwa w nabożeństwach innych wyznań, w dalszym ciągu takie działanie jest sprzeczne z zasadą neutralności światopoglądowej państwa, która niestety jest tylko zapisem prawnym, a w rzeczywistości nie jest respektowana w ogóle, jak widać. chciałbym wiedzieć również, jak się to wszystko ma do zdrowego rozsądku oraz poszanowania obowiązującego prawa, które zakazuje parkowania w określonych miejscach bez posiadania stosownego zezwolenia.

stosując taką formę zachęty do uczestnictwa w praktykach religijnych, Kościół katolicki nie tylko pośrednio zachęca do łamania prawa, ale również uczy hipokryzji i kombinatorstwa. podobnie zresztą, jak z przywołanym przeze mnie w tym wpisie uczestnictwem w katechezie szkolnej i możliwości wypisania się w każdej chwili z tejże.

pozwolę sobie jeszcze zacytować autora felietonu: „Cała ta praktyka znaczy: katolikom wolno bezkarnie łamać niektóre przepisy. Ich rytuały są  ważniejsze niż równość wobec prawa, niż społeczne umowy. Ty też możesz złamać przepis, jeśli jesteś katolikiem. Albo jeśli katolika udajesz.” powyższe zdanie oddaje niestety bardzo wiernie postawę wielu polityków, którzy nie widzą niczego nagannego w instrumentalnym wykorzystywaniu religii w służbie polityki . nie zdając sobie kompletnie sprawy z tego, że taka postawa powoduje zarówno psucie polityki, jak i tworzenie zdecydowanie negatywnej otoczki dla religii.

społeczny Nobel i Orliki, czyli o tym, co dla kogo ważne

w nawiązaniu do filmu „Podziemne państwo kobiet”, o którym pisałem w tym wpisie, zapodaję linka do galerii zawierającej zdjęcia z akcji  terenowych Separatystycznych Rewolucyjnych Oddziałów Macicznych (w skrócie SROM): tutaj.

Krytyka Polityczna informuje tutaj, że Sylwia Chutnik, którą szanuję, lubię i podziwiam, otrzymała tak zwanego społecznego Nobla, czyli nagrodę organizacji Ashoka. przyznawana jest ona ludziom, którzy przyczyniają się swoimi działaniami do rozwiązania problemów dotykających jakąś grupę ludzi, a robią to w sposób umożliwiający zaadaptowanie ich rozwiązań gdzie indziej. Sylwia prowadzi fundację MaMa zajmującą się przystosowaniem przestrzeni miejskiej do potrzeb rodziców z dziećmi i osób poruszających się na wózkach. oprócz samej nagrody, która jest ważna ze względów prestiżowych, Sylwia otrzymała trzyletnie stypendium, bardzo istotne dla dalszego rozwoju jej samej i jej inicjatyw. gratulacje!

profesor Magdalena Środa zwraca uwagę w swoim felietonie Budżet ma płeć na problem jednostronnego wydawania  na wsiach i w małych miastach środków publicznych i dotacji unijnych z tak zwanych funduszy społecznych. są one przeznaczane prawie wyłącznie na inwestycje służące mężczyznom i chłopcom, czyli boiska i tym podobne obiekty, natomiast mało jest miejsc służących wszystkim, nie tylko mężczyznom, czyli na przykład domów kultury, świetlic i tym podobnych. nie trzeba być mieć doktoratu z socjologii, żeby dojść do wniosku, że takie miejsca świetnie służą budowaniu lokalnej społeczności, wzmacnianiu więzi międzyludzkich i i integrowaniu mieszkańców. wystarczy chwilę pomyśleć i mieć minimum dobrej woli, czego niestety permanentnie brakuje osobom odpowiedzialnym za wydawanie tychże środków.