różne różności

powyborcze refleksje

jak wiadomo, w niedzielę 09.10.2011 odbyły się wybory parlamentarne. wyniki jakie są, każdy mniej więcej wie (wygrała PO – 39,18%, drugi był PiS – 29,89 %, potem kolejno Ruch Palikota, PSL i SLD – wszystkie trzy z poparciem w okolicach 10%). można różnie interpretować te wyniki, ja pokuszę się również o parę słów w temacie.

wygrana PO niewątpliwie jest związana z tym, że albo większości Polakom odpowiada aktualny stan rzeczy albo tak się boją powrotu rządów PiS-u, że zagłosowali na PO ze strachu. poziom poparcia dla PiS-u wskazuje, że druga hipoteza nie jest całkiem bezpodstawna. co prawda partia Kaczyńskiego nie byłaby w stanie stworzyć koalicji z kimkolwiek, a rząd mniejszościowy od początku kadencji nie wchodziłby w grę w dzisiejszych czasach, ale zapewne spora część głosujących na PO powodowała się właśnie strachem przed PiS-em.

stosunkowo duże poparcie PiS-u przez głosujących oznacza, że spora część społeczeństwa daje się nabrać na brednie człowieka, który sprawia wrażenie nie tylko kompletnie oderwanego od jakichkolwiek realiów, ale też opętanego manią prześladowczą. te dwie rzeczy nie są groźne, natomiast w połączeniu z kwestionowaniem podstaw demokracji oraz obrażaniem i poniżaniem przeciwników są groźne, jeśli mają poparcie prawie jednej trzeciej głosujących. zadaniem PO na kolejne cztery lata rządów jest wytłumaczenie elektoratowi PiS-u, że można inaczej.

poparcie Ruchu Palikota na poziomie 10% jest wynikiem niebywałego zmęczenia Polaków wojną między PO i PiS-em. oznacza też, że można do parlamentu wprowadzić posłów nie dysponując dotacjami budżetowymi i nie mając tak zwanego „aparatu”. oczywiście Palikot dysponuje swoimi funduszami, jest osobą publiczną i ma kontrowersyjne poglądy odpowiadające sporej rzeszy ludzi. jednak nie byłoby tak dobrego wyniku bez jeżdżenia po Polsce i rozmawiania z ludźmi. czas pokaże, czy jego program (niewątpliwie dość populistyczny) był obliczony głównie na wynik wyborczy czy zostaną podjęte próby realizacji przynajmniej niektórych postulatów. liczę na drugą opcję.

katastrofalny wynik SLD oznacza zmianę przywództwa (wreszcie!). stawiam na kogoś z trójki: Piekarska, Kalisz, Balicki i jeśli rzeczywiście któreś z nich zostanie szefem Sojuszu, będzie oznaczało to większe otwarcie na inne środowiska (Zieloni2004, Partia Kobiet, osoby związane z Krytyką Polityczną), co może wyjść Sojuszowi tylko na lepsze. mówiąc: „otwarcie” mam na myśli nie tylko listy wyborcze, ale przede wszystkim współpracę ideową i odświeżenie wizerunku, które Sojuszowi jest zdecydowanie potrzebne.

stabilny wynik PSL-u jest konsekwencją tego, co ktoś powiedział na Twitterze: ich elektorat odwdzięcza się im za to, że cały czas realizują jego interesy. niby oczywiste, ale jak widać na przykładzie SLD pod rządami Napieralskiego, nie dla wszystkich. z drugiej strony trudno wyobrazić sobie parlament bez posłów PSL-u, bo niby kto miałby realizować postulaty rolników. oczywiście abstrahuję tutaj od zasadności tych postulatów, ale chyba elektorat agrarny jako jedyny z pełnym przekonaniem może powiedzieć „mamy SWOICH ludzi w Sejmie”.

osobiście cieszę się z  niezłego wyniku Ruchu Palikota, martwię się słabym wynikiem SLD, jestem przerażony stosunkowo dużym poparciem PiS-u. wynik PO i PSL pozwalający im rządzić przez drugą kadencję nie wzbudza we mnie specjalnych emocji.

z innej beczki: ciekaw jestem, czy hierarchowie Kościoła katolickiego wezmą sobie do serca spostrzeżenia Bogumiła Łozińskiego z Gościa Niedzielnego (Tusk zwycięzca), który zauważa, że „Poparcie antykościelnego ruchu przez ponad milion obywateli powinno wzbudzić refleksję wśród osób odpowiedzialnych za kształt Kościoła w Polsce m.in. na temat tego, jakie są powody niechęci do Kościoła tak znacznej grupy Polaków.

nie łudzę się specjalnie, bo od dłuższego czasu Kościół w Polsce, przynajmniej ten najbardziej widoczny i sprawujący władzę nad resztą, czyli hierarchiczny ma problem z wyciąganiem wniosków ze swoich porażek (o tym, że Kościół przegrał podwójnie, ciekawie pisze Katarzyna Wiśniewska). diagnozy autorstwa takich osób, jak ks. Adam Boniecki, o. Ludwik Wiśniewski czy o. Jacek Prusak są lekceważone, a to się kiedyś zemści.

teraźniejszość i przyszłość Grzegorza Napieralskiego

jak wiadomo, Grzegorz Napieralski w wyborach prezydenckich zdobył ponad 13 % głosów. nie jest to oszałamiający wynik, ale oceniając go, należy wziąć pod uwagę różne czynniki. przede wszystkim trzeba pamiętać, że pierwotnym kandydatem SLD był Jerzy Szmajdziński, który zginął pod Smoleńskiem, a Napieralski zdecydował się kandydować „w zastępstwie”. ponadto kampania wyborcza była wyjątkowo krótka i pozbawiona konkretów, co także nie ułatwiało mu zadania.

niewątpliwie na wynik Napieralskiego miało też wpływ zmęczenie Polaków polaryzacją polityki wokół sporu PO-PiS, co przełożyło się na poparcie kandydata lewicowego. atmosferę „podziału” Polski dodatkowo podgrzewały media publiczne i niepubliczne, które zachowywały się tak, jakby oprócz Komorowskiego i Kaczyńskiego nie startował nikt inny, a spór między prowadzącą dwójką był clou polskiej polityki.

mam nadzieję, że przewodniczący SLD albo ktoś z jego otoczenia czyta wypowiedzi innych ludzi, bo niejednokrotnie bywają w nich zawarte dobre pomysły. na przykład Marek Borowski tutaj sugeruje otwarcie lewicy na nowe środowiska, co jest niezbędne do budowania większego frontu lewicowego w Polsce i osiągania lepszego wyniku wyborczego. niewątpliwie słuszne są słowa: „Wynik wyborów pokazuje spory potencjał lewicy, ale pytanie, co Napieralski z tym potencjałem zrobi.” lewica ma swój stały elektorat, ale istotne jest by pozyskiwać cały czas niezdecydowanych i zniechęconych i tych, którzy uważają, że żadna partia/kandydat nie spełnia ich oczekiwań.

Kinga Dunin w opinii Drgnęło w lewo zauważa plusy i minusy wyniku Napieralskiego. minusami jest wygrana prawicy (Komorowski lub Kaczyński) oraz poparcie na poziomie nie pozwalającym samodzielnie rządzić. plusem jest zaistnienie retoryki lewicowej w dyskursie publicznym, które jeśli nawet nie doprowadzi do załatwienia ważnych dla lewicy spraw, będzie oznaczało konieczność odniesienia się do nich przez kandydatów w czasie kampanii przed II turą wyborów. obawiam się tylko jednej rzeczy, z której prawica słynie: zawłaszczenia lewicowych postulatów i rozmycia ich albo zmarginalizowania.

z kolei Sławomir Sierakowski w komentarzu zamieszczonym tutaj słusznie sugeruje, by Napieralski nie popierał żadnego z kandydatów i podtrzymywał istnienie „trzeciej siły”, a w miarę możliwości wzmacniał jej znaczenie. natomiast w opinii Napieralski poza dobrem i złem Sierakowski proponuje, by Napieralski jako „ten trzeci” na scenie politycznej próbował coś ugrać dla sympatyków lewicy, wymuszając na PO przegłosowanie konkretnych ustaw w zamian za poparcie w II turze wyborów. to wyjście jest trochę ryzykowne, bo lewicowi wyborcy mogą się poczuć oszukani dobijaniem targów ponad ich głowami. drugą opcją jest budowanie sensownego dystansu do obu partii prawicowych, co może zaprocentować w kolejnych wyborach.

moim zdaniem najlepszym opcją dla Napieralskiego i SLD jest wyrazistość poglądów i próba stworzenia wspólnego frontu lewicowego, obejmującego SLD, Zielonych2004, Unię Pracy, Partię Demokratyczną, SdPL,  Partię Kobiet i inne ugrupowania o charakterze lewicowym, którym na sercu leży dobro Polski. jeśli Napieralski chce osiągnąć sukces, nie może skupiać się na kwestiach personalnych, ale musi wziąć pod uwagę przede wszystkim współpracę programową. jedynie to może zagwarantować poparcie różnych grup społecznych i sukces formacji lewicowej (lub centrolewicowej) w wyborach samorządowych i parlamentarnych.

Kościół i wybory

jak wiadomo, niedługo odbędą się wybory prezydenckie. podobnie, jak to ma miejsce przy okazji każdych innych wyborów, Kościół katolicki przeżywa ten sam problem, którym jest nadmierne angażowanie się niektórych duchownych w kampanię wyborczą. pisze o tym między innymi Dominika Wielowieyska w komentarzu Kościół i PiS: jak daleko, jak blisko.

w komitecie poparcia Jarosława Kaczyńskiego znalazło się pięciu księży wykładających na  Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II. na szczęście zarówno władze Uniwersytetu, jak i krakowska kuria odcięły się od tego gestu i wydały stosowne oświadczenia, w których stwierdzają, że zaangażowanie duchownych jest przejawem ich prywatnych poglądów (więcej: tutaj). również ks. Kazimierz Sowa (dyrektor kanału telewizyjnego religia.tv) odniósł się krytycznie do zaangażowania wymienionych księży stwierdzając tutaj między innymi: „Nikt nie ma pretensji, kiedy ksiądz idzie w dniu wyborów i zakreśla tego czy innego kandydata – to jest bycie obywatelem. Trochę gorzej, jak ktoś chce zbudować rzeczywistość ziemską według przepisu, który wydaje mu się że jest słuszny.”

powyższe opinie nie zmieniają jednak stanu rzeczy, z którego wynika, że na zaangażowaniu duchownych w politykę traci polityka, z której debata oparta na argumentach merytorycznych zostaje wyparta przez opartą na argumentach emocjonalnych, których bazą są nieweryfikowalne przesłanki, jakimi charakteryzuje się ex definitione wiara w rzeczywistość nadprzyrodzoną. traci również religia, której zostaje po trosze odebrana podmiotowość i która staje się tylko narzędziem wykorzystywanym do osiągania bieżących celów politycznych.

prymas Józef Kowalczyk w wywiadzie dla GW dostępnym tutaj wypowiedział między innymi bardzo mądre słowa: „Prywatnie każdy kapłan może mieć swoje poglądy, ale ambona nie służy do wskazywania ludziom, na kogo mają głosować. To absolutnie niedopuszczalne. Można jedynie modlić się o wybór człowieka prawego sumienia, który będzie dbał o dobro wszystkich obywateli.”

wybranie arcybiskupa Józefa Michalika na przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski nie przeszkodziło mu w angażowaniu się politycznym. niespecjalnie się przejął powyższymi słowami prymasa Kowalczyka i wystosował w trakcie Uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej (Boże Ciało) kazanie do wiernych, w którym powiedział między innymi „Jeśli naród nie będzie miał przywódców, którzy bronią prawa natury, prawa Bożego, prawa narodu do własnej historii, jeśli nie będzie miał przywódców mądrych, którzy będą potrafić łączyć nowoczesność z tradycją, nie rozwinie się nigdy.”

dla przypomnienia: Prezydent Polski (między innymi): „jest najwyższym przedstawicielem polskich władz, gwarantem ciągłości władzy państwowej, najwyższym organem państwa w zakresie władzy wykonawczej, czuwa nad przestrzeganiem postanowień i zapisów Konstytucji, zwierzchnikiem Sił Zbrojnych Rzeczpospolitej Polskiej.” (Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej, artykuły 126 – 145). w związku z czym wymienione przez arcybiskupa Michalika cechy kandydata na prezydenta są raczej drugorzędne, a na pewno nie są niezbędne.

trzeba wszelako przyznać uczciwie, że we wspomnianym kazaniu padły również słowa zachęcające do pójścia na wybory i oddania głosu, co nie jednak zmienia faktu, że w tak ważnym dla katolików dniu kazanie powinno dotyczyć na przykład Eucharystii i wartości Komunii świętej, a nie polityki.

Mirosław Czech w komentarzu Arcybiskup jednego procentu słusznie krytykuje słowa arcybiskupa Michalika wypowiedziane w wywiadzie dla Naszego Dziennika: „Ja zagłosuję na kandydata, który pokazał, że potrafi bronić życia niezależnie od układów, ufając, że przy swoich dużych umiejętnościach zawsze będzie wierny zasadom troski o dobro.” (cały tekst wywiadu tutaj).

w ten sposób Michalik wskazuje wprost i bezpośrednio na jednego z kandydatów (Marka Jurka), co zdecydowanie nie powinno mieć z uwagi na konkordat między Stolicą Apostolską a Rzeczpospolitą Polską, który stwierdza między innymi: „Państwo i Kościół katolicki są – każde w swej dziedzinie – niezależne i autonomiczne oraz zobowiązują się do pełnego poszanowania tej zasady we wzajemnych stosunkach i we współdziałaniu dla rozwoju człowieka i dobra wspólnego”.

Czech słusznie pisze: „Abp Michalik może uważać, że poza sprawami ochrony życia poczętego i sposobami przezwyciężania bezpłodności nie liczy się nic innego. I że właściwa postawa w tej materii daje certyfikat moralnej nieomylności. W polityce państwowej tak jednak nie jest. Dla zdecydowanej większości polskich katolików liczą się inne kwestie.” poparcie dla Marka Jurka w sondażach prezydenckich oscylujące w okolicach tak zwanego błędu statystycznego zdecydowanie potwierdza tą tezę. dodałbym jeszcze: na szczęście dla Polaków inne kwestie są ważne, choć wolałbym, żeby ich wyrazem była debata o Polsce i ważnych dla niej sprawach, a nie walka PO z PiS-em.

dzielenie społeczeństwa, żałoba i spiski

Paweł Poncyljusz w odpowiedzi na apel rodzin ofiar katastrofy pod Smoleńskiem (dostępny tutaj) twierdzi, że ten list „może być elementem gry politycznej”. mówi także: „Ja szczerze mówiąc nie widzę takich przykładów, żeby ktokolwiek dzisiaj zawłaszczał tę tragedię, szczególnie ze strony sztabu Jarosława Kaczyńskiego [..]„. (więcej: tutaj). mam wrażenie, że Poncyljusz chyba żyje  w alternatywnej rzeczywistości. chociaż z drugiej strony: czy telewizja bezczelnie agitująca za Jarosławem Kaczyńskim (przykłady tutaj i tutaj) jest częścią sztabu? nie jest. albo: czy reżyserka żenującego filmu „Solidarni 2010″ jest częścią sztabu? też nie jest. więc pod względem logicznym wszystko jest w porządku.

problem w tym, że zawłaszczanie tragedii i dzielenie Polaków następuje w niespotykany dotąd sposób, o czym bardzo mądrze pisze Tomasz Lis w komentarzu Jednomyślność kontra pluralizm. wiadomo nie od dziś, że istotą rządzenia PiS-u jest dzielenie społeczeństwa i zagospodarowywanie elektoratu, który można ogólnie określić jako „ludzie niezadowoleni z przemian III RP”. dotychczas owo dzielenie miało jakieś ramy i zasady, jednak odkąd poparcie w sondażach zaczęło spadać, a formuła Jedynych Prawdziwych Patriotów zaczęła się wyczerpywać, PiS-owi zaczął się palić grunt pod nogami. dodatkowo niektóre sondaże nie dawały większych szans Lechowi Kaczyńskiemu nie tylko na reelekcję, ale nawet na wejście do drugiej tury wyborów prezydenckich.

jak wiemy, 10.04.2010 wydarzyła się katastrofa pod Smoleńskiem, w której zginął prezydent wraz z 95 innymi osobami. nie trzeba było długo czekać, aż partia Jarosława Kaczyńskiego wystawi go jako kandydata w wyborach prezydenckich (choć przez chwilę w to wątpiłem, o czym napisałem tutaj). on sam w wygłoszonym oświadczeniu określił się jako kontynuator polityki zmarłego brata, a jego sztab przystąpił do pracy. choć właściwie w kontekście tego, co się dzieje w telewizji i internecie, powinienem powiedzieć: do brudnej roboty.

ciekawie o pewnym dualizmie związanym z żałobą pisze Waldemar Kuczyński w komentarzu Knebel Żałoby zwracając uwagę na to, że „Krytyka PiS, jego prezesa i zmarłego brata, jest przedstawiana jako przestępstwo moralne, godzenie w powagę żałoby i lekceważenie cierpienia ludzi, którzy stracili bliskich. Przy tym szantaż nie obejmuje jednakową ochroną wszystkich ofiar i dotkniętych żałobą, lecz głównie prezydenta i jego brata.” a z drugiej strony „[...] ich medialne i internetowe armie są w natarciu, wykorzystując w stopniu niespotykanym wcześniej rynsztokowy rezerwuar języka. Ich samych żałobna cenzura nie obowiązuje rzecz jasna, bo wymyślają tym, którzy, ich zdaniem, zmarłych i ich rodziny nie chcą uszanować.”

nawet w takim wypadku, jak żałoba widać, kto jest/był naprawdę ważny w PiS-ie – Jarosław Kaczyński i jego brat. pomimo śmierci innych polityków, cenzura obowiązuje tylko w przypadku wymienionej dwójki. powód jest prosty – cokolwiek może szkodzić zmarłemu Lechowi Kaczyńkiemu – jest złe. a ponieważ Jarosław Kaczyński chce (w przenośni oczywiście) za pomocą trumny brata wwieźć się do Pałacu Prezydenckiego, krytyka Lecha Kaczyńskiego może mu szkodzić i na wszelki wypadek jest wycinana, pomniejszana, zagadywana i tak dalej.

oczywiście problemem jest wspomniane przeze mnie zawłaszczanie żałoby i bezwstydne agitowanie za kandydaturą prezesa PiS-u. jednak dużo większym problemem jest istnienie zaplecza w postaci różnej maści dziennikarzy i blogerów snujących różnego rodzaju teorie spiskowe, mające na przykład na celu poinformowanie społeczeństwa, że prezydent padł ofiarą zamachu. przykładem może być jest niejaki Toyah (notabene bloger roku 2009), który w tym wpisie sugeruje, że prezydent został zamordowany. prawicowi publicyści publikujący na platformie salon24.pl nie wierzą w to, co jest przekazywane w oficjalnych kanałach informacyjnych i uważają, że wszystkim rządzą Oni, którzy chcą źle dla Polski. dlatego też mają na BLIP-ie specjalny tag: #psychiatryk24.

to, w jaki sposób PiS wykorzystuje śmierć prezydenta Lecha Kaczyńskiego do własnych, nikczemnych celów, budzi moje obrzydzenie i sprzeciw. chociaż właściwie można się było tego w pewnym sensie spodziewać po partii, która wszelkimi dostępnymi sposobami chce wrócić do władzy, by zrealizować swój wymarzony projekt, czyli IV RP. mam szczerą nadzieję, że Jarosław Kaczyński poniesie sromotną porażkę w wyborach prezydenckich, a jego partia w wyborach samorządowych i parlamentarnych. mam również nadzieję, że Grzegorz Napieralski osiągnie dobry wynik w wyborach samorządowych, a partie lewicowe w wyborach parlamentarnych i samorządowych. w przeciwnym wypadku czeka nas kolejne zmarnowane 5 lat. chyba na to nie zasłużyliśmy?

serwer i rytuały żałobne

Cezary Michalski w felietonie Zbyt wielu liberałów na lewicowym serwerze wypowiada się na temat różnic w kampanii  prowadzonej przez najważniejszych kandydatów do fotela prezydenckiego (Kaczyński, Komorowski, Napieralski). o ile jestem skłonny przyznać mu rację co do dwóch pierwszych, to nie zgodziłbym się, jeśli chodzi o trzeciego. wybór Napieralskiego jako kandydata SLD był podyktowany między innymi jego możliwościami, jeśli chodzi o przyciągnięcie niezdecydowanych wyborców oraz tych, którzy nie wiedzą, czy w ogóle w wyborach będą uczestniczyć.

zainteresowanych odsyłam do poprzedniego wpisu, gdzie odniosłem się do kandydatury Napieralskiego. moim zdaniem widać starania, by jego kampania wyglądała inaczej, niż większość kampanii prezydenckich do tej pory – mam na myśli choćby jego aktywność na BLIP-ie (^napieralski). niewątpliwie mógłby trochę przystopować z informacjami o dodaniu filmów na YouTube, ale ogólne wrażenie jest dobre. do kandydatury Napieralskiego odniósł się pozytywnie Custom w tym wpisie, co jest o tyle cenne, że dotychczas tego blogera kojarzyłem ze zgoła inną opcją światopoglądowo-polityczną. aczkolwiek skoro Custom zmienił zdanie, to równie dobrze może zrobić to każdy inny potencjalny wyborca.

Michalski pisze: „Miller i Napieralski mają jednak trochę racji. Polskie społeczeństwo jest w swojej większości zachowawcze, zamiast Maja ‘68 łatwiej w nim uzyskać polityczną mobilizację za pomocą narodowej żałoby.” trudno się z tymi słowami nie zgodzić, a efekty już widać choćby w zwiększonej ilości osób zapisujących się do PiS-u. swoją drogą jest to dla mnie niepojęte, jak można być tak ślepym, by po dwóch latach psucia Polski  przez tą formację i kolejnych trzech latach bredzenia jej polityków o powrocie do władzy w dalszym ciągu popierać tą partię. aczkolwiek, jak słusznie powiedział Einstein: „Tylko dwie rzeczy są nieskończone: Wszechświat oraz ludzka głupota, choć nie jestem pewien co do tej pierwszej.

niezwykle ciekawą analizę polskiego i swojego przeżywania żałoby daje Antoni Pawlak w tekście Funeralpolo – między wspólnotą a stadem. ciekawą między innymi dlatego, że autor opowiada o swoich osobistych rytuałach żałobnych odprawianych po śmierci przyjaciół. oprócz tego autor trafnie diagnozuje polskie społeczeństwo w kontekście jego umiłowania wszelkich żałób, martyrologii i pamięci o rzeczach nieudanych oraz jednoczenia się tylko w obliczu tragedii. które to zjednoczenie trwa zresztą bardzo krótko i niczego w nas jako społeczeństwie nie zmienia.

o niektórych kandydatach

jak informuje tutaj Gazeta Wyborcza, Jarosław Kaczyński jest jednym z kandydatów na prezydenta RP. mój pogląd dotyczący możliwości jego startu w wyborach wyłożyłem w tym wpisie i jak się okazało, niestety nie miałem racji.

z samego faktu startu Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich można wnosić, że oprócz sukcesu jego partii i zwycięstwa ludzi myślących tak, jak on, nie liczy się absolutnie nic. natomiast z oświadczenia Kaczyńskiego (dostępnego tutaj) można wnioskować, że jego kampania i prezydentura będzie opierać się na tworzeniu podziałów społecznych. wymienianie z imienia i nazwiska tylko osób  pasujących do jego światopoglądu oraz słowa „Tragicznie przerwane życie Prezydenta RP, śmierć elity patriotycznej Polski, oznacza dla nas jedno: musimy dokończyć Ich misję.” nie pozostawiają wątpliwości co do zamiarów tegoż kandydata. co właściwie jest do przewidzenia od 5 lat. smutne jest tylko to, że polskie społeczeństwo podąża za tego typu politykami.

Grzegorz Napieralski również postanowił kandydować na najwyższy urząd w państwie. nie ukrywam, że wolałbym, by kandydatem szeroko pojętej lewicy był ktoś inny, na przykład Ryszard Kalisz czy Janusz Zemke albo chociażby Marek Siwiec. postępowanie Napieralskiego często budzi mój zdecydowany sprzeciw, a jedną z kontrowersyjnych sytuacji  z jego udziałem skomentowałem tutaj. wszelako po rezygnacji profesora Tomasza Nałęcza i zaskakującej deklaracji przewodniczącej Partii Demokratycznej Brygidy Kuźniak jestem niejako zmuszony oddać głos w wyborach prezydenckich na kandydata SLD. nie robię tego z przyjemnością, ale jest to jedyny kandydat lewicowy i głosowanie na niego w wyborach prezydenckich jest formą poparcia lewicowego podejścia do polityki.

Sławomir Sierakowski po raz kolejny trafnie opisuje polską politykę, która od długiego czasu jest oparta na sporze między PO i PiS. w opinii pod znamiennym tytułem Od polityki śmierci do śmierci polityki określa on spór między tymi dwoma partiami jako jałowy. trudno się z tym nie zgodzić, bo polaryzacja sceny politycznej na „PiS” i „anty-PiS” skutecznie eliminuje z debaty politycznej istotne dla większości społeczeństwa tematy. ewentualnie prowadzi do ich instrumentalizacji i zdobywania kolejnych punktów w sondażach.

w normalnym kraju polityka polega na cywilizowanym spieraniu się o rzeczy ważne dla społeczeństwa, przekonywaniu do swoich racji i minimalnej współpracy dla dobra państwa, ale w Bolandzie (czyli w kraju, gdzie obecnie mieszkamy) – niekoniecznie, jak widać.

dwa spojrzenia na kampanię prezydencką

Klaus Bachmann postuluje w felietonie zamieszczonym tutaj, by w nadchodzących wyborach prezydenckich zrezygnować z kampanii wyborczej. jako analogię mającą przybliżyć ten niecodzienny pomysł podaje ustalenia holenderskich partii politycznych po zamordowaniu holenderskiego polityka Pima Fortuyna w 2002 roku. sam pomysł jest ze wszech miar dobry, ale w polskich warunkach niewykonalny ze względu choćby na niską świadomość polityczną Polaków, brak zainteresowania polityką jako taką oraz niechęć do spełniania obowiązku obywatelskiego, jakim jest uczestnictwo w wyborach.

Bachmann stawia tezę: „Polityk, który w najbliższych tygodniach stawia na konflikt, przegra. Ostatnia rzecz, którą obywatele teraz zrozumieją, to potęgowanie osobistych animozji i pogłębienie podziałów politycznych.” myślę,  że nie do końca zna on polskie społeczeństwo. kwestia tego, czy „obywatele zrozumieją” miałaby zastosowanie  w warunkach dojrzałej demokracji w kraju Europy Zachodniej. w Polsce niestety polityka opiera się na tworzeniu podziałów, uwypuklaniu różnic i zagospodarowywaniu podzielonego elektoratu. oczywiście samo różnicowanie nie jest złe, natomiast złe jest , jeśli zostanie dołożona do tego nieumiejętność współpracy, a tę niestety mamy opanowaną do perfekcji.

hipoteza Cezarego Michalskiego wyrażona w felietonie Witajcie w niebezpiecznych czasach jest podobnie nieprzystająca do polskiego społeczeństwa. nie wiem, skąd autor wysnuwa wniosek, że „Polacy nadal wietrzą spisek”, „Polakom jeszcze mało” czy „wciąż nie lubią Rosjan”. oczywiście są grupy osób ulokowane na prawicy, które z nienawiści do Rosji uczyniły sobie jeden ze sztandarów (duża część tych gigantów myśli politycznej  jest aktywna na platformie blogowej salon24.pl czy na portalu fronda.pl), jednak nie sądzę, by uprawniało to autora do podobnych uogólnień. wymienione przeze mnie osoby stanowią na szczęście margines, większość zarówno Polaków, jak i polityków chce polepszenia stosunków z Rosją i widzi w tym obopólny interes.

Michalski sugeruje ponadto w swoim felietonie, że Jarosław Kaczyński wystartuje w wyborach prezydenckich z ramienia PiS-u. ta hipoteza wydaje mi się kompletnie nieprawdopodobna ze względu na to, że przeżywa on osobistą tragedię, jaką jest śmierć brata. poza tym jego matka jest od dłuższego czasu w szpitalu, a jej stan się nie poprawia, co więcej: w każdej chwili pani Jadwiga Kaczyńska może umrzeć. naprawdę trudno mi sobie wyobrazić, by w takiej sytuacji Jarosław Kaczyński zdecydował się na kandydowanie w wyborach prezydenckich. wszelako jeśli tak by się stało, oznaczałoby to, że jest kimś w rodzaju bezdusznego cyborga, jego życiem rządzi tylko i wyłącznie polityka, a nikt i nic innego się nie liczy. niejako na fali współczucia i optymizmu takiego scenariusza nie przyjmuję do wiadomości. czas pokaże, czy miałem rację.

z całą pewnością należy wziąć pod uwagę, że kampania, która wbrew sugestii Bachmanna się raczej odbędzie, może być brutalna i wyniszczająca dla polskiej sceny politycznej, a podziały przez nią stworzone mogą być jeszcze  trwalsze i trudniejsze do zasypania, niż te, które zafundowała nam wojna na górze. w pewnym sensie preludium do takiego czarnego scenariusza stanowi pomysł pochowania zmarłego prezydenta na Wawelu, w który zupełnie niepotrzebnie włączył się Kościół katolicki w osobie kardynała Stanisława Dziwisza. i nie jest ważne, kto wyszedł z taką propozycją – ważne, że ona zaistniała w świadomości Polaków, skutecznie ich dzieląc zaledwie cztery dni od tragicznej śmierci prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Michalski daje pewną radę utrudniającą rozpętanie nowej wojny politycznej: włączanie wszystkich partii w proces decyzyjny dotyczący powoływania choćby następców zmarłych polityków. aczkolwiek sprawa nie jest tak prosta, bo jak słusznie zauważa autor komentarza nr 9 pod wspomnianym felietonem: „PiS wyślizguje się od jakiejkolwiek współpracy, uchyla od współudziału w decyzjach. Na wszystko „teraz nie czas”, „uszanujmy”, „się pochylmy”. [...] W oczywisty sposób chcą sprowokować Komorowskiego do błędu. Jeżeli będzie czekał, aż oni „otrząsną się z szoku”, zarzucą mu później bezczynność i brak charakteru, jeżeli zacznie działać – uzurpację. A jeżeli jeszcze przypadkiem spadłoby PiS-owi z nieba uchybienie jakiejś procedurze prawnej, zawalenie jakiegoś terminu etc, ogłosiliby, że PO dokonuje zamachu na ład konstytucyjny.” na razie jest ze strony PiS-u zrozumiała cisza, ale nie można wykluczyć, że później właśnie tak sprawy się potoczą.

mam nadzieję, że uda się znaleźć sensowne rozwiązanie tego klinczu, w którym aktualnie znalazła się polska polityka. w przeciwnym razie znowu będą nią rządzić trumny, dyskurs publiczny znowu będzie się toczył wokół  sztucznie kreowanych tematów zastępczych, sprawy istotne z punktu widzenia zwykłego obywatela będą pomijane, a perspektywa zmian na lepsze oddali się poza dostrzegalny horyzont.

http://www.krytykapolityczna.pl/Opinie/Michalski-Witajcie-w-niebezpiecznych-czasach/menu-id-197.html